Studia Amerykańskie: Nasz Elvis nie jest wystarczająco dobry, by znależć się na "Big List" chłopców z "Newsweeka".


PHILIP MARTIN
ARKANSAS DEMOCRAT - GAZETTE
2. stycznia 2000


Bezczelne - tak tylko można je określić - notowanie w numerze "Newsweeka" z dnia 1. stycznia, w którym przedstawiono krótką listę z wykazem osób i rzeczy, które, zgodnie z przekonaniem redaktorów, "Newsweeka", powinny przetrwać - bądż nie - w pamięci ludzi żyjących w następnym tysiącleciu. Pośród wymienionych zjawisk, rzeczy i osób, o których będzie się pamiętać do r. 3001, wymieniono Halloween, bitą śmietanę i "The Beatles". W tej drugiej grupie - ginącej w mroku zapomnienia - znalazła się psychoanaliza, szkła korekcyjne i - nie poruszający słuchaczy w stopniu dostatecznym i mało znaczący - Elvis Presley.

Prawdopodobnie nie powinniśmy się tym za bardzo przejmować - jest rzeczą jasną i oczywistą, że redaktorzy "Newsweeka" po prostu przygotowali taką właśnie listę, ponieważ postąpili zgodnie z instrukcją. Potrzebowali czegoś dla zrównoważenia swych przewidywań, że "The Beatles" przetrwają próbę czasu i wciąż będą pamiętani przez następne tysiąc lat, a Elvis stał się złożoną w ofierze ikoną. Potrzebna była osoba o wystarczająco dużej roli w kulturze i nie ma znaczenia, jak głośne nazwisko by nam podano - Gartha Brooksa [jeden z najpopularniejszych wykonawców muzyki country - przyp. tłum.] po prostu nie ma w milenijnej lidze. Elvis był jedyną odpowiednią - choć nie wartą zapamiętania - postacią, którą można było przeciwstawić nieprzemijającym Beatlesom.

Nie istnieje nic, czym należałoby się się zbytnio denerwować. Głupotą jest oczekiwanie, że coś tak efemerycznego, jak muzyka popularna, będzie pamiętane - w przeciwieństwie do zwykłych ludzi - przez naukowców i specjalistów. Podczas gdy ogromna część muzyki popularnej XX w. może jednak przetrwać te tysiąc lat, mało prawdopodobne jest, by zbyt duża jej częśc była znana szerokiej publiczniści w trzecim tysiącleciu. Za tysiąc lat Elvis będzie prawdopodobnie tak mało znany, jak Ozymandias. W przyszłych popularnych opracowaniach historycznych nasze czsy mogą zająć jeden rozdział lub zaledwie jedną linijkę.

Z drugiej jednak strony, jedyną pozytywną rzeczą jest to, że zauważono, iż Elvis - oraz jego fani - są najbezpieczniejszym celem ataku i - w tym kontekście - obiektem zainteresowania w końcu XX wieku. Biedny biały Południowiec, który zmarł w śmieszny sposób w swej toalecie, po wypełnionym pigułkami życiu, którego najbardziej charakterystycznymi elementami były dziecięca oblubienica i białe jumpsuity noszone w Las Vegas.

Elvis nie był zwykle dobrze traktowany przez swych biografów (Albert Goldman naopowiadał kłamstw na jego temat w sposób tak autorytatywny, że nabrały one charakteru czystej prawdy), przez swą wytwórnię płytową (RCA wykorzystywała katalog jego nagrań na wszelkie możliwe sposoby w celu osiągnięcia dorażnych i szybkich, lecz zawsze pokażnych korzyści finansowych), a rzeczą najgorszą było stanowisko pewnej części jego fanów, którzy domagali się traktowania Elvisa jako postaći quasi - religijnej. Każdego sierpnia, podczas Elvis Week, Memphis zatłoczone jest tłumem "ludzi Elvisa", którzy przybywają, by zapalić świece, ubrać się na czarno i debatować nad mało prawdopodobną, lecz - ich zdaniem istniejącą - możliwością, że King upozorował swą śmierć, by uciec od presji supergwiazdorstwa i wciąż spaceruje wśród nas.

Oczywiście redaktorzy "Newsweeka", będący absolwentami Ivy League [zespół najlepszych uniwersytetów Wybrzeża Wschodniego, takich jak Harvard, Yale, Princeton, Cornell i kilka innych - przyp.tłum.], mogą parskać ze śmiechu nad tego rodzaju postacią - kościół Elvisa jest instytucją tak niedorzeczną, jak sam fakt, że jednak w ogóle istnieje i działa.
Podczas gdy wielu spośród największych wyznawców Elvisa jest obecnie wyznawcami religii chrześcijańskiej - a istnieją tacy, którzy sądzą, że odnoszenie się do Elvisa jak do "Króla" jest blużnierstwem - powstaje rodzaj kultu Elvisa, który niebezpiecznie zbliża się do kultu zmarłych (nekrolatrii). Każdy bohater, który, mimo fizycznej śmierci, wciąż żyje w przekonaniu swych ciemnowłosych, przebywających w przyczepach kempingowych czcicieli, stanowi obiekt dobrej zabawy autorów publikacji takich, jak sierpniowe publikacje "Newsweeka".

Nie ma znaczenia fakt, że Elvis był tak ważny, jak każdy inny Amerykanin żyjący w minionym stuleciu, oraz że przetrwanie Beatlesów będzie prawdopodobnie pierwszym powodem do zwrócenia uwagi na fakt, że bez niego czwórka z Liverpoolu na zawsze pozostałaby jedynie grupą skifflową. Elvis był postacią prometejańską, która - przy pomocy i Sama Phillipsa, i Chucka Berry'ego, i Ike'a Turnera, jak również garstki niedocenionych poprzedników - wznieciła pożar, który przetoczył się nad światem. Nie ma znaczenia fakt, że nigdy sam nie pisał piosenek, jak również to, że nie był biegłym muzykiem oraz że jego gust był absurdalny. Elvis Presley mógł pozostać jedynie zdumiewającym, krótkotrwałym zjawiskiem - pewne jest, że nigdy nie uświadamiał sobie konsekwencji tego, co robił. Pragnął być jedynie jeszcze jednym dzieciakiem showbiznesu, nagrać kilka płyt, a potem wystąpić w filmach, podobnie jak Dean Martin. Jest rzeczą równie pewną, że nigdy nie miał zamiaru stać się kimś w rodzaju alternatywnego Chrystusa, który miałby do zaoferowania obietnicę odopuszczenia grzechów. Zamiast tego dał natomiast przyzwolenie na naruszenie norm społecznych i obyczajowych.

Tego typu transformacja możliwa jest tylko dlatego, że Elvis nie żyje.

Gdy żył, nie oglądaliśmy tak wielu, jak dziś, jego naśladowców, z których niektórzy specjalizują się w "młodym Elvisie", inni - w Elvisie, jakim był w końcowej, dekadenckiej fazie swych występów w Las Vegas. Gdyby sam Elvis żył, byłby jednym, jedynym Elvisem, współczesnym Elvisem i mógłby nadal nagrywać płyty bądż też przebywać na emeryturze ; znajdować się w fazie odrodzenia lub zbliżenia się do kresu swej popularności i zainteresowania publiczności. Wydaje się rzeczą pewną, że żyjący, oddychający Elvis mógłby w r. 2000 być bardziej witalny niż "elvisowski przemysł", który rozkwitł - i nadal kwitnie - od czasu jego śmierci. To, że Elvis byłby starszy, mogłoby nie mieć znaczenia, że śmierć jest czasem najlepszym posunięciem w karierze - frazes, który okazał się prawdziwy.

Poprzez swą śmierć Elvis został przekształcony z posępnie złowieszczej postaci - człowieka rozkochanego w broni palnej i środkach farmakologicznych - w pewien rodzaj maskotki do przytulania, konwencję społeczną, która pozwala pozbyć się zahamowań. Elvis martwy to Elvis wolny od komplikacji ; Elvis "zaaresztowany" w dowolnym punkcie swej kariery, zgodnie z indywidualnymi, szczególnymi upodobaniami. Elvis martwy to Elvis nieśmiertelny - przynajmniej do czasu, gdy żyć będą podążający za nim wielbiciele. Co - zgodnie z tezą "Newsweeka" - z pewnością nie pokona bariery kolejnego tysiąclecia.


ELVIS HISTORYCZNY
Jest rzeczą niezmiernie ważną to, iż zdajemy sobie sprawę z faktu, że istnieje znacząca różnica pomiędzy symbolicznym Elvisem, który jest z nami teraz, a Elvisem historycznym, który zmarł w 1977 r., pomimo że Elvisowi zagraża ryzyko zamknięcia w okowach legendy. Od 16. sierpnia 1977 r. wyrosła cała nowa generacja - istnieją ludzie dorośli, którzy urodzili się po śmierci Elvisa.
Nie ma znaczenia to, że nie mogli oni znać Elvisa i widzieć go osobiście. Mogą poznać Elvisa tak, jak kiedyś znała go większość z nas - technologia uczyniła piosenkarzy i aktorów nieśmiertelnymi. Wciąż możemy słuchać Elvisa śpiewającego "Blue Moon of Kentucky" w 1954 r. (wtedy właśnie śpiewał tę piosenkę) czy też oglądać go, zagłodzonego do perfekcji oraz świecącego olśniewającym blaskiem w czarnej skórze, w swym zrealizowanym dla NBC "68 Comeback Special". "Rzeczywisty Elvis" wciąż istnieje, lecz jest to po prostu główna część "elvisowskiego przemysłu". Jeżeli ktoś uważa, że ten przemysł jest głupi bądż niestosowny, możliwe jest zlekceważenie elvisowskiej interpretacji "Mystery Train" czy też tamtego wysublimowanego momentu w "TV Special", gdy powalił wszystkich na kolana swą interpretacją "Trying To Get To You".
Jest to możliwe, ponieważ nikt nie musi słuchac czy oglądać Elvisa, by uświadomić sobie jego istnienie i ponieważ tylko jeden Elvis może być słyszany lub oglądany, czasami zupełnie przypadkowo. Może to być słabszy jakościowo Elvis, z uwagi na przestarzałą technikę nagraniową - single takie, jak "Heartbreak Hotel" czy "Hound Dog", klipy z wykonań telewizyjnych przeznaczone do pokazania samej istoty i niepowtarzalności Elvisa, które niezmiennie podkreślają żartobliwą, skorą do zabawy naturę Elvisa, przedstawiają go jednocześnie od strony mniej znanej. I podczas gdy te klipy - podobne do jednego z "The Steve Alen Shows", gdzie śpiewa on do żywego psa - sprawią, że poznamy Elvisa Presleya jako miłego faceta, lubiącego sport i zabawę, dzieciaka gorąco pragnącego zadowolić publiczność ; poznamy też wpływ, jaki miała owa publiczność na ludzi, którzy nie posiadali żadnego realnie istniejącego punktu odniesienia i nie zdawali sobie w istocie sprawy z tego, kim Elvis był naprawdę. Jest na tych klipach rozbrajający. Sprawią one, że Elvis wyda się człowiekiem nic nie znaczącym, po prostu postacią showbiznesu, dzieckiem Południa, strojącym miny Rickym Ricardo.

Martwy Elvis będzie bardziej trwały od męczącego, "bezwartościowego" głupca, którego można wrzycić do kosza z odpadkami, a który podpalał świat. Elvis - historyczny Elvis - był punktem, od którego i dzięki któremu czarna estetyka rozpoczęła oblężenie przeważającej części kultury ; Elvis był koniem trojańskim, który przemycił brzmienie dżungli i kojarzącego się z muzyką piekielną hot - jazzu. Ci, którzy obawiali się wpływu Elvisa w latach 50., wiedzieli o czym mówią. Elvis miał właśnie skrzyżować rasy, wszcząć bunt genetyczny i doprowadzić do przebudzenia świata.
Elvis był realnym zagrożeniem.


PODEPTANA MORALNOŚĆ
W r. 1956 pewien kaznodzieja z Des Moines oświadczył, że "duch presleizmu zatruł wszystkie normy moralne". I tymi, którzy podnosili lament, nie byli jedynie kaznodzieje - stare gwiazdy pop oraz autorzy piosenek rozumieli, jak wysoko wzniósł się Elvis. Bing Crosby zawsze go nienawidził, ponieważ Elvis był nie tylko konkurentem, lecz konkurentem, który zmienił wszystkie reguły i unieszkodliwił wszystkich rywali przy pomocy swego zawodzącego sposobu śpiewania, a przynajmniej udowodnił, że ich sposób interpretacji jest przestarzały i staromodny. Elvis - któremu pomogła II wojna światowa - wykreował coś, co określamy mianem "rynku młodzieżowego".

"Elvis nigdy nie zrobił żadnej cholernej rzeczy dla muzyki", powiedział Crosby w r. 1975 i na swój sposób miał rację. Elvis uczynił więcej dla ludzi nie parających się muzyką zawodowo niż dla samych muzyków. Crosby wyraził swe stwierdzenie pomimo faktu, że sam nie znał nut ani trochę lepiej od Elvisa - żaden z nich nie radził sobie naprawdę dobrze z żadnym instrumentem, choć Elvis mógł uderzać w struny gitary - rock 'n' roll, którego przykład stanowił Elvis, był, generalnie rzecz biorąc, środkiem przekazu dla uniesionych namiętnością amatorów. Nie wymagał wirtuozerii czy też nawet biegłości technicznej, lecz zamiast tego przyniósł extra dodatek w postaci autentyczności wyrażania emocji.
W swych najlepszych momentach, Elvis był niepodzielnie i nierozerwalnie związany z tym, co śpiewał, bez względu na to, czy wykonywał rockabilly czy "Amazing Grace". Jego najlepsze, najważniejsze osiągnięcia nie mogą być absolutnie przedmiotem ironii, bez względu na to, czy mocno zaciskał powieki w religijnym uniesieniu i zachwycie, czy też wówczas, gdy jego warga układała się w słynny, niezwykły (i zawsze nadający się do sprzedaży) szyderczy uśmiech. Elvis zdradził samego siebie, gdy został przede wszystkim wykonawcą estradowym, mogącym - tak, jak jeden z nagranych przez niego albumów - "kpić ze wszystkich otaczających scenę". Gdy Elvis stał się świadomy swej specyficznej siły - a można usłyszeć to już w r. 1956 - rozpoczął długie staczanie się po równi pochyłej.


ELVIS, OCALONY
W pewnym sensie możemy wierzyć, że Elvis został ocalony przez swą śmierć, ponieważ uchroniło go to przed staniem się wykonawcą przestarzałym, którego czas przeminął. Zawsze możemy wykorzystać prawdziwą, "dobrą" tragedię, historię o bogatym człowieku, który umarł młodo. Historia Elvisa może być napomnieniem, ostrzeżeniem, tragedią lub romansem. Zależy to od tego, kto ją opowiada i jakie są motywy tego opowiadania. Elvis jest duchem. Jako martwy, którym jest z całą pewnością, nawiedza świat, pojawiając się we wszystkich możliwych miejscach.

Czy jesteś samotna (lub samotny) dziś wieczorem? Przecież masz Elvisa, czarnowłosego Elvisa, Elvisa kołyszącego biodrami, Elvisa, który zaśpiewa serenadę dla Twojej ukochanej, gdy proponujesz jej małżeństwo, Elvisa do każdego celu, jaki tylko można sobie wyobrazić. Śmierć spowodowała eksplozję Elvisa i powstałe w wyniku tego drobiny różowego pyłu rozrosły się do rozmiarów mało wyrafinowanych i niesmacznych wariacji na temat ; Elvis o głowie hydry, której odcięcie oznacza, że dwie, osiem czy dwanaście nowych wyrośnie na jej miejscu. Elvis jest wszędzie, jak w piosence Mojo Nixon, i jest to prawda. Elvis jest wszechobecny, rozprzestrzenia się rozmieniany na drobne, rozcieńczony - jak jedna miliardowa cząstka powietrza, którym oddychamy. Na nieszczęście Elvis, którego najczęściej spotykamy, to raczej Elvis śpiewający "Hound Dog" czy oglądany w "The Trouble With Girls", niż Elvis z okresu "That's Alright Mama" czy nawet "Old Shep". Martwy Elvis może być zmuszany do prezentowania sobą wszystkiego, a więc de facto nie znaczy nic - zawiera w sobie realne i doszczętnie zniszczone znaczenie tamtego chłopaka z Tupelo, owego "Hillibilly Cat", "The Memphis Flash".

Był on jedynym, który stworzył fundamenty świeckiej religii. I podobnie jak założyciele innych religii, jest to często ten Elvis, który wywołuje największe oddanie tych wszystkich "pobożnych", którzy wyrządzają mu największą szkodę.

To właśnie oni czynią możliwym dla redaktorów "Newsweeka" lekceważenie go jako niezdolnego do przetrwania następnego tysiąclecia.

Wybacz im , E , bo nie wiedzą , co czynią !


 



© EPFP 2000
compiled by
Andrzej Lipczynski

e-mail
elvisal@kki.pl