"SAMOTNY W TŁUMIE"     


Gerry McLafferty

 

 


"Czasami czuję się samotny .... Czuję się samotny w samym środku tłumu."
Elvis Presley, 1956r.


"Bycie w czwórkę było dobrą sprawą .... nie tak jak to było z Elvisem ...rozumiesz.
Zawsze później żałowałem Elvisa, ponieważ on był sam.
Byli z nim chłopcy, ale był tylko jeden Elvis.
Nikt inny nie wiedział jak się czuł i co czuł, a jeśli chodzi o nas, to nasze doświadczenia były wspólne."

Ex-Beatles George Harrison, 1995r. 

 

 

 


Kiedy w wieku 21 lat Elvis Presley opowiadał, podczas wydanego na plastikowej płytce dołączonej do młodzieżowego magazynu o swoim poczuciu osamotnienia, wyjawił bardzo dużo skrywanych motywacji. Istniała więc tajemnicza, bardzo złożona strona publicznego wizerunku ekstrawertycznego piosenkarza rock'n'rolla. 

Dwadzieścia jeden lat później, kiedy odchodził w wieku czterdziestu dwóch lat przeszedłszy przez życie w prawie nieustającym towarzystwie krewnych, przyjaciół i współpracowników Presley był w istocie ciągle rozpaczliwie samotnym człowiekiem. Nawet śmierć dosięgła go samotnego i bez opieki - tragiczny i smutny koniec człowieka tak czczonego przez miliony ludzi na całym świecie. 

Jak wielkie miał wsparcie w rodzinie i w przyjaciołach? Dzisiaj jest dość jasne, że w rzeczywistości to oni o wiele bardziej opierali się na nim, a stopień miłości i lojalności okazywany Elvisowi z ich strony jest wysoce wątpliwy. Jedynie może tylko jego ojciec Vernon oraz babka Minnie Mae, (która co zdumiewa przeżyła zarówno syna jak i wnuka) byli w stosunku do Elvisa lojalni i dla niego bardzo ważni, zwłaszcza po stracie ukochanej matki w 1958 roku. Obydwoje, ojciec i babka pojechali do Niemiec aby być z nim razem podczas 18-miesięcznej służby wojskowej i zostali przy nim w Memphis do końca jego dni (Vernon po powtórnym ożenku zamieszkał w domu sąsiadującym z Graceland).

Bliscy przyjaciele Elvisa Presley'a (jeśli można ich tak nazwać) stanowili jednocześnie część najbliższych współpracowników. Czuł się pewnie widząc, że ci wokół niego dbający o interesy pochodzili prawie bez wyjątku z jego stron - być może jest to wrodzona cecha mieszkańców Południa USA. Taki układ ma swoją zaletę, gdyż powinien praktycznie gwarantować zaufanie, ale zawiera także element ograniczający jeśli myśli wszystkich skierowane są w jednym kierunku. Czy osoba będąca w centrum takiego związku może naprawdę wierzyć, że przyjaciele-pracownicy podejmą szczere dyskusje na temat rozwijania kariery, czy po prostu będą potakiwać dla świętego spokoju? 

Jeśli wierzyć licznym wersjom (przesadzonym lub nie) o autokratycznym zachowaniu Presley'a, to jego charakter nie maluje się wspaniale podobnie jak i osób z jego najbliższego otoczenia, które w trakcie czasu trwania ich układu przyjaźni i współpracy nie próbowały zareagować na to i zadowalały się dostosowaniem do każdego stopnia żądanej manipulacji. Nikt nie szanuje wiecznie potakującego człowieka, a jeśli tylko takimi ludźmi mógł się otoczyć Elvis, to była to prawdziwie smutna sytuacja dla wszystkich zainteresowanych stron. 

Już od wczesnych dni swojej kariery otaczał się przyjaciółmi i korzystał z ich usług. Reda Westa, szkolnego kolegę z Humes High School w Memphis przekonał, aby ten towarzyszył jego grupie w podróży samochodem i zajął się przewozem ich bagażu z miasta do miasta. Red West (po odejściu Elvisa) upierał się, że nigdy mu za pracę nie płacono - podjął się tego obowiązku w imię przyjaźni, a jako że był wówczas młodym człowiekiem perspektywa podróżowania ekscytowała go nawet w charakterze osoby do pomocy. 

Ze wszystkich współpracowników Elvisa West w efekcie służył najdłużej i opuścił go w nieprzyjemnych okolicznościach dopiero latem 1976 roku (West bardzo brutalnie traktował fanów Elvisa co było przyczyną wielu spraw sądowych i odszkodowań, które Elvis pokrywał). 

W ciągu dwudziestu lat u boku Presley'a, West okazał się więcej niż ochroniarzem. Był także utalentowanym kompozytorem, dostarczając Elvisowi takich wspaniałych piosenek jak: "If Every Day Was Like Chrismas", "Seperate Ways" czy "If You Talk In Your Sleep" - wszystkie wydane na singlach odniosły sukcesy na listach przebojów. 

Wszechobecny West pracował również regularnie w Hollywood jako odtwórca ról drugoplanowych i kaskader. Wystąpił w wielu filmach, najbardziej skutecznie w scenach walk. Podobnie jak Elvis interesowało go karate i otworzył na początku lat 70-tych w Memphis szkołę nauki walki.

Znając Elvisa od czasów kiedy byli nastolatkami West był prawdopodobnie bliżej niego niż ktokolwiek inny (oprócz rodziny i Charlie Hodge, który to mieszkał z Elvisem w Graceland przez siedemnaście lat), więc musiało być przykre dla Elvisa, że doszło do takiej sytuacji i już nigdy nie mieli okazji aby się pogodzić. 

W 1977 roku West napisał (wespół z innymi) "coś", co opisano jako pierwsze "expose" dotyczące Presley'a - przedstawiające go z dala od świateł reflektorów jako mrocznego, agresywnego i sprawiającego kłopoty osobnika. W rzeczywistości mimo tych niesmacznych "rewelacji" była to (jeśli można tak nazwać) łagodna publikacja w porównaniu do niektórych późniejszych biograficznych "prawd" o Elvisie, oraz zawierała trochę pozytywnych relacji z jego życia. 

Ponad połowę życia (do tamtej chwili) West spędził prawie wyłącznie jako ochroniarz Elvisa i kiedy nagle został odsunięty, nic dziwnego, że był wściekły. Ostatnio w wielu wywiadach West wyrażał pozytywne opinie na temat długotrwałej przyjaźni z Elvisem: "Byłem z nim przez długi okres czasu. Zachowałem wiele wspaniałych wspomnień. Muszę przyznać ... brakuje mi go ... naprawdę brakuje. Wiele jest rzeczy, które mogliśmy zrobić ... które powinniśmy zrobić, ale także pamiętam jak dużo dokonaliśmy. Spędziliśmy razem naprawdę wspaniałe chwile."

Cena lojalności nigdy nie była stała. Po śmierci Elvisa, mała grupa jego byłych "lojalnych przyjaciół" nagle odczuła wielką potrzebę, aby ujawnić nieprzyjemne strony jego życia. James Caughley, zatrudniony przez wiele lat jako garderobiany Elvisa, oraz Lamar Fike na liście płac od lat 50-tych aż do śmierci Elvisa dostarczyli wiele "szczegółowych informacji" do biografii Elvisa, której autorem jest Albert Goldman i była ona niczym jak złośliwym atakiem na międzynarodową osobowość. Trudno było uwierzyć, że tak nikczemne detale mogły być dostarczone przez ludzi, którzy byli zatrudnieni u niego na luksusowych warunkach przez wiele długich lat. 

Od jego śmierci ukazały się liczne publikacje autorstwa członków otoczenia Presley'a, niezmiennie ogłaszane jako "zakulisowa historia opowiedziana przez jego najbliższego przyjaciela". Tematy tych publikacji były rozmaite od prawdziwie interesujących - niewiarygodnej hojności i oddaniu pracy Presley'a do całkowicie banalnych - jego ulubionego jedzenia. Uznanie dla czyichś preferencji kulinarnych nie musi być całkowicie kwestionowane, ale cała książka na ten temat? 
Standardowa, prezentowana w mediach karykatura Presley'a jako objadającego się hamburgerami opuchniętego showmana jest ciągle podsycana przez takie bezsensowne i z gruntu nieinteresujące "dokumentacje". 

Zaskakujące jest, że taki program TV BBC jak "Arena", podobno zajmujący się sprawami sztuki, mógł poświęcić (w styczniu 1996 r.) godzinny program kulinarnym zwyczajom Elvisa Presley'a. Czy BBC naprawdę wierzy, że telewidzowie są zainteresowani takimi sprawami?
Udział w tym programie takich byłych współpracowników Presley'a jak: Billy Stanley i Lamar Fike nie stanowił żadnej niespodzianki, zważywszy na ich zaangażowanie w poprzednich równie wątpliwych "rewelacjach". Po upływie sześćdziesięciu niesmacznych minut było się oszołomionym czystą banalnością takiej produkcji. 

Pośród tych, którzy byli blisko Presley'a i pisali na temat jego życia i czasów byli: jego żona, wujek, kuzyn, sekretarka jego ojca, koledzy z wojska, jego pielęgniarka, instruktor karate, ochroniarze i tak dalej. Dzisiaj, kiedy obserwujemy media, możemy śmiało powiedzieć, że zawodowa kariera Presley'a mniej ich interesuje niż życie prywatne. 

Dwie członkinie z The Sweet Inspirations, które towarzyszyły Presley'owi przez wiele lat, zauważyły w jego życiu brak pewnego nie dającego się zdefiniować elementu - czegoś, co próbował zastąpić towarzystwem otaczających go osób. 

Sylvia Sheemwell: "można się z nim było wspaniale bawić. Był samotny i chciał nas mieć cały czas w pobliżu. Trzeba było nieraz uciekać z hotelu jeśli nie chciało się być nagabywanym do wspólnego śpiewania w jego apartamencie .... ale w rzeczywistości szliśmy tam ponieważ wiedzieliśmy, że jest samotny. Był najbardziej samotną osobą jaką kiedykolwiek spotkałam."

Estelle Brown: "myślę, że był samotny z powodu wysokiej pozycji jaką zajmował. A ludzie ... oni kochali Elvisa ... ale kiedy był w pobliżu rzucali się na niego i ranili ... drapali go do krwi. W rezultacie, nie mógł nigdzie wychodzić jeśli chciał być cały ... ale to go osamotniało." 

Życie Presley'a znaczyła osobliwa ścieżka, która pozostawała widoczna przez wiele lat. Jako jedyny z bliźniaków, który przeżył był ściśle chroniony przez swoich rodziców. W latach szkoły średniej nad wyraz cichy i nieśmiały trzymał się z dala od swoich rówieśników. Kiedy pierwszy raz zawitał do Studio Sun w 1953 roku nie towarzyszyła mu żadna bratnia dusza. Nie miał wtedy nikogo wśród kolegów zainteresowanych jak on muzyką. Nie był żadnym wyrzutkiem, ale na tle społeczności młodzieżowej wyróżniał się w znaczny stopniu jak ubiorem tak i osobowością.

Często cytowane zdanie "Moje brzmienie nie podobne jest do nikogo", które usłyszała sekretarka Studio Sun, Marion Keisker w odpowiedzi na pytanie na kim wzoruje swój głos oddaje znakomicie jego samoocenę. On naprawdę nie brzmiał jak żaden inny piosenkarz i to tłumaczy dlaczego po upływie ponad czterdziestu lat jego życie i kariera stanowią cały czas przedmiot wielkiego zainteresowania. 

Jeszcze w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych Presley mógł znaleźć się w jakiejś wokalnej grupie. Myślał o dołączeniu do grupy gospel, ale jego instynkt skierował go w innym kierunku. 
W późniejszych latach żartował, że gdyby był w grupie gospel reszta członków doznałaby szoku, kiedy potrząsałby ciałem i robił piruety na scenie. 

Gordon Stoker z The Jordanaires zauważył: "To czego o naprawdę chciał, to być kochanym. Chciał być kochanym przez Colonela Parkera, a otrzymał od niego niewiele. Chciał być kochanym przez ludzi wokół niego, ale czuł że wielu mu zazdrościło i nie lubiło, a on zawsze szukał miłości."

Przez okres jego długiej kariery filmowej, gdzie odtwarzał główne role w ponad trzydziestu filmach, Presley grał przede wszystkim samotne bohaterskie postacie i prawdę mówiąc czuł się komfortowo w roli samotnika. Często pochodzenie granego przez niego bohatera było niejasne - był po prostu kimś kto przybył z jakiegoś nieokreślonego miejsca i nagle rozpoczynał swoją przygodę. W westernach, komediach, dramatach i oczywiście musicalach był w większości wypadków wiarygodny jako indywidualista. 

Aktor Kurt Russel, który zadebiutował na ekranie w wieku 11 lat w filie Presley'a "It Happened At The World's Fair" w 1962 roku opowiadał w programie Oprah Winfrey, że był świadkiem, gdy dosłownie tysiące ludzi zbierało się w Seattle kiedy Elvis przyjeżdżał na plan filmowy. Nie mógł uwierzyć, iż mogło dojść do takiej sytuacji z powodu siły przyciągania tylko jednego człowieka i przyznał, że tamto zdarzenie miało wyraźny wpływ na jego życie.

W styczniu 1973 roku kiedy Elvis przyleciał helikopterem do Honolulu, gdzie miał przeprowadzić pierwszą w historii telewizji transmisję satelitarną "Aloha From Hawaii Via Satellite" przyjęcie, które mu zgotowano było przygniatające. Pomimo obecności ochroniarzy, Elvis niemal nie został "skonsumowany" przez setki tubylców wyrażających miłość do niego. Dla tych dumnych Hawajczyków, którzy darzyli go wielkim szacunkiem Elvis był czymś więcej niż tylko piosenkarzem, który odniósł sukces. Był kimś wyjątkowym, kimś kto zjednał sobie sympatię wyspiarzy wiele lat temu. Miejsce historycznego przekazu satelitarnego zostało więc wybrane doskonale. Nakręcił na wyspach trzy filmy i spędzał tam wakacje, kiedy tylko pozwalał mu na to napięty plan zajęć. 

W marcu 1961, Elvis dał koncert dobroczynny zorganizowany przez Pacific War Memorial Commission w celu zebrania funduszy na rzecz USS Arizona Memorial. Koncert wykonany przed prawie pięciotysięczną publicznością w sali Bloch Arena (Pearl Harbour) zaowocował sumą 62.000 $. Okręt "Arizona" został zatopiony przez Japończyków 7 grudnia 1941 roku - zginęło 1100 członków załogi. Występ Elvisa okazał się oszałamiającym sukcesem, a organizatorzy byli ogromnie wdzięczni zarówno jemu jak i Pułkownikowi Parkerowi za udzielona pomoc. 

Podobnie jak podczas wydarzeń z Seattle w 1962 i a Hawajach w 1973 życie Elvisa było niekończącą się serią zamieszek kiedykolwiek pojawił się publicznie. Wydarzenia te sugerowały, że Elvis był kochany i uwielbiany gdziekolwiek się pojawił - sytuacja wydawałaby się prawie sielankowa, ale prawda jest taka, że mimo adoracji i szacunku jaki mu okazywano w duchu Elvis czuł się strasznie samotny. Było to uczucie i dla niego trudne do wytłumaczenia.

Może to wydawać się dziwne, ale on naprawdę potrzebował więcej w swoim życiu. Sukces i związane z nim przywileje, nagrody oraz podziw nie stanowiły dla niego naczelnej wartości. Szukał rozpaczliwie lepszego zrozumienia własnego celu życia. Linda Thompson jego długoletnia przyjaciółka widziała w nim o wiele głębszego człowieka niż tego, którzy ludzie znali: "W życiu szukał odpowiedzi jak stać się lepszym człowiekiem - człowiekiem świadomym spraw ducha. Była to ważna strona jego życia i wprost pożerał książki. Czytał zarówno książki religijne, filozoficzne, polityczne w tym i o marksizmie. On naprawdę był złakniony wiedzy." 

Bill Morris były szeryf hrabstwa Shelby i jednocześnie burmistrz Memphis powtórzył opinię Lindy, kiedy mówił o swojej przyjaźni z Presley'em: "Odbyliśmy wiele filozoficznych dyskusji. Wielu ludzi nie uświadamia sobie, że poświęcał on wiele czasu na naukę. Studiował religie sprzed setek lat. Był tym wszystkim cały pochłonięty .... historią, teologią, sprawowaniem władzy oraz tym co sprawia, że ludzie myślą tak a nie inaczej."

Ponieważ nigdy nie wyraził swojego politycznego stanowiska częściowo z powodu swojego wizerunku chłopaka z prowincji Presley był postrzegany jako człowiek, który nie byłby zdolny do wypowiedzenia na sprawy bieżące lub wagi światowej. W rzeczywistości, Presley był dobrze oczytany w szeregu różnych tematów i co wspaniałe nie odczuwał szczególnej potrzeby wyrażania zbyt częstych swoich opinii publicznie.

Kiedy w 1971 roku przyjął nagrodę Jaycee Award jako jeden z "Dziesięciu Najznakomitszych Młodych Ludzi Ameryki", czuł się onieśmielony i głęboko uhonorowany. W swojej mowie dziękczynnej uczcił współ-nagrodzonych (nikt poza nim nie wywodził się ze świata rozrywki) oraz wyraził dumę z faktu znalezienia się pośród nich. 

Ron Ziegler były sekretarz prasowy Richarda Nixona był jednym z "dziesiątki" tamtego roku i poznał wówczas zupełnie innego Elvisa Presley'a: "Nie odniosłem wrażenia, że był ograniczony czy tępy umysłowo. Potrafił dobrze się wysławiać .... zrównoważony. Wyczułem w nim jednak osobnika zamkniętego w sobie, nieco nieśmiałego. Myślę, że był bardzo zadowolony z nagrody ... myślę, że był to dla niego zaszczyt i dał to po sobie poznać, ale czuł się niezręcznie wobec osób, które tam wtedy były. Rozmawialiśmy na różne tematy. Wszyscy byliśmy poruszeni Elvisem. Był naturalnym, miłym człowiekiem. Lubiłem go."

Ron Ziegler być może zauważył u Presley'a potrzebę, która nigdy się nie ziściła. Wymagał opieki, organizacji i zarządzania swoim imperium, a to on sam wybierał personel - zazwyczaj pośród przyjaciół i rodziny. Fakt, że mógł uzyskać tylko pewien stopień koleżeństwa, a niewiele jeśli chodzi o twórczą i intelektualną stymulację, wywoływał u Presley'a oczywistą frustrację. Tak, powinno się zwrócić większą uwagę na jego życie niż na sukcesy i korzyści płynące z jego sławy. Każdy potrzebuje w swoim życiu jakiejś formy stymulacji poza robieniem kariery. 

Ludzie otaczający Elvisa prawdopodobnie wypełniali swoje obowiązki w rozsądnym stopniu i poświęcali mu cały czas jeżeli było trzeba, ale oczywiście to nie wystarczało. Presley potrzebował współżyć z ludźmi na innym poziomie - z ludźmi którym nie musiałby niczego dyktować i którzy nie liczyliby tylko na korzyści płynące z jego statusu legendy. 

W gazecie Memphis Press-Scimitar ukazała się recenzja koncertu, który przeprowadził w swoim rodzinnym mieście w roku 1974. Autor opisywał trudności jakich Elvis doświadczył pojawiając się publicznie: "Wiele gwiazd jak Bob Hope, Frank Sinatra, Elizabeth Taylor żeby wymienić tylko kilka mogą wyjść poza szpalery ochrony, udzielić wywiadu, nawet zjeść obiad w miejscu publicznym, a Presley tego nie może, jego fani poturbowaliby go z miłości. Jego środki ochrony zrobiłyby wrażenie nawet na prezydenckich służbach specjalnych."

Na początku swojej kariery spostrzegł konieczność specjalnej grupy do pomocy. Był też świadomy potrzeby rozdzielenia odpowiedzialności. W celu uniknięcia lub przynajmniej zminimalizowania niesnasek każdy z członków jego otoczenia wykonywał jasno określone obowiązki. Media nazywały grupę "Mafią z Memphis" i Elvis był nieco ostrożny przy podejmowaniu jej tematu. Jednak podczas wywiadu w roku 1961 mówił otwarcie o swojej świcie i stanął w jej obronie kiedy zasugerowano, że to grupa o małym intelekcie i że jej powołanie było niewłaściwe: "Mam swój własny sposób uczenia się ... taki jaki zawsze miałem. Uczę się na swój sposób. Nie przyjąłem tych chłopców aby się od nich czegokolwiek uczyć. Każdy z nich jest inny, każdy ma swoje życie. Nie można powiedzieć o nich, że są głupi. Nie mam ich wokół siebie dlatego, że są idiotami. Są bardzo bystrzy i wiele się nauczyli będąc w tym przemyśle. Możesz otoczyć się intelektualistami, a mimo to doświadczysz niezgody. Będzie zawiść, a to jest złe. Jedną rzeczą jakiej możesz się tam nauczyć to jak stać się zgorzkniałym. Uczę się od ludzi, z którymi pracuję, uczę się od codziennego życia ... w powiązaniu z wieloma różnymi ludźmi. Nie próbuję nikomu zaimponować otaczając się grupą intelektualistów. Możesz sam się nabrać mając wokół siebie grupę ludzi, o których myślisz, że czegoś się od nich nauczysz, a naprawdę nie uczysz się niczego ... nie masz żadnych korzyści. Nie sądzę, że popełniłem błąd ... ja już to kiedyś słyszałem ... Byłem z dziewczyną, która pewnej nocy powiedziała mi,' Nie popełnij błędu Elvis, i nie otaczaj się ludźmi, od których nie możesz się niczego nauczyć' ... i nie wiem czy ta dziewczyna zrozumiała kiedy wstałem i wyszedłem ... Nie powiedziałem słowa ... po prostu uśmiechnąłem się i odszedłem myślę, że dałem do zrozumienia ' Nie mogę niczego nauczyć się od ciebie.' Nie możesz oszukiwać samego siebie. Mam własny sposób myślenia i nikt bez względu na inteligencję czy wiarę nie zmusi mnie do myślenia w określony sposób jeśli ja sam nie czuję, że jest to słuszne ... Nie ma takiego mądrego na tej ziemi, który mógłby zmusić mnie do wiary w coś w co ja wierzyć nie chcę. Ważne jest otaczanie się ludźmi, którzy mogą ci dać trochę szczęścia, ponieważ tylko raz przechodzi się przez życie ... i nie wychodzisz już potem na bisy! Nauczyłem się wiele o ludzkiej naturze."

Stosunki Elvisa z jego otoczeniem doprowadziły nieuchronnie do tego, że nie potrafił dokonać rozgraniczenia między przyjacielem a pracownikiem. Nie spostrzegł negatywnego wpływu tej sytuacji na jego karierę. Opinie wszystkich na temat każdej piosenki czy filmu były niezmiennie pozytywne. 

Nikt nie był chętny ryzykować utraty pracy na tak godnych pozazdroszczenia stanowiskach i odwodzić Elvisa od przyjęcia wszystkiego co zaproponują żądni zysków producenci i wydawcy z Parkerem na czele. Nie tego potrzebował Elvis i ponad wszelką wątpliwość nie zwolniłby z tego powodu nikogo mimo, że zdawał sobie sprawę, iż utrzymanie jego otoczenia zależało od niego. 

Mógł niejednokrotnie nadużyć swojej władzy, ale poza gorzkim doświadczeniem ze zwolnieniem ochroniarzy w 1976 r., żaden z jego pracowników nie wyrażał się o swoim szefie inaczej jak uczciwy i życzliwy. Po jego odejściu wielu byłych zatrudnionych broniło go przed wszystkimi napastliwymi i malującymi nieprzyjemny obraz człowieka, który już nie mógł się bronić.

Ci którzy połączyli siły z Goldmanem i jemu podobnym, stanowili oczywiście wyjątek. Na ogół istnieje wielki pokład lojalności ze strony grupy Elvisa, a to mówi wiele o wrażeniu jakie wywierał na tych, którzy należeli do jego wewnętrznego kręgu. 

Za pomocą piosenki - jego doskonałej broni - Presley w humorystyczny, ale wymowny sposób wyraził swoje wyobrażenia o skutkach, jakie jego odejście (gdyby się na nie zdecydował ) z showbiznesu miałoby na najbliższych przyjaciół. W lipcu 1970 roku podczas sesji nagraniowej w Hollywood w trakcie wspaniałego, spontanicznego wykonania bluesa, "Stranger In My Own Home Town" Elvis zmienił słowa na bardziej osobistą wersję: 

"Wracam do Memphis,
Znów będę prowadził ciężarówkę ...
Mówię, wracam do domu, do Memphis, Znów będę prowadził tę przeklęta ciężarówkę.
Dobrze, ale Joe, Charlie i Richard ... 
Umrą z głodu ...
Nooo, a Sonny trafi do kicia."


Elvis nieraz żartował sobie ze swoich najbliższych pracowników - pomagało to prawdopodobnie złagodzić chwilę napięcia podczas długich sesji nagraniowych. Niektórzy z muzyków Elvisa oświadczyli później, iż nie czuli się całkowicie dobrze w studio w towarzystwie świty Elvisa, kiedy próbowali skoncentrować się na muzyce. Elvis jednakże widział to inaczej i czuł, że towarzystwo było mu niezbędne podczas trwania sesji, która ciągnęła się często ponad dziesięć godzin.

Chociaż Elvis spędził większość swojego życia w towarzystwie z własnego wyboru pod koniec był skrajnie nieszczęśliwym człowiekiem. Pośpiech, harmider, podniecenie, których szukał i doświadczał na scenie ustępował ciążącej depresji kiedy nie występował. Żadne towarzystwo (wydawało się ) nie mogło tak naprawdę ulżyć jego wewnętrznym mękom.

Jeśli Elvis zmagał się z wewnętrznymi demonami w ostatnich miesiącach, jeśli zupełny brak motywacji doprowadzał go do rozpaczy, to ta prawdziwa tragedia była zupełnie niepotrzebna. Wyzwania, których mógł się podjąć były w zasięgu ręki. Musiał tylko na nie odpowiedzieć. Światowa trasa koncertowa, filmy, nowi kompozytorzy i muzycy - wszystko to było dostępne, gdyby zdecydował się zabrać ich na "pokład". 

Wielu krytyków wyrażało pogląd, że gwiazda Elvisa przygasła po pierwszych kilku latach na krótko przed poborem do wojska. Twierdzą oni nadal, że jego powrót w latach '60 do bezbarwnej i bezwartościowej kariery wzbudzał małe zainteresowanie, oraz jego występy w latach '70 były smutną karykaturą wypalonego geniuszu. Jeśli miałoby to być nawet częścią prawdy, to Presley już dawno temu dołączyłby do szeregu nostalgicznych wykonawców - tych, którzy reprezentują daną epokę lub specyficzna, ale niewspółczesną formę muzyczną.

Już na początku swojej kariery Elvis miał jasno sprecyzowane cele i z biegiem lat czuł, że było o wiele więcej do osiągnięcia. Skala sukcesu przyniosła olbrzymie presje, mocą których "doradcy" z całą pewnością siebie błędnie kierowali jego karierą. Kierownictwo razem z dyrektorami firm płytowych i filmowych praktycznie nalegali aby Presley pozostawał przy zwycięskiej recepcie, która dostarczała godnych pozazdroszczenia korzyści.

Bez widocznego powiernika pod ręką Elvis był osamotniony przy podejmowaniu decyzji. Trudno było zdefiniować jaki określony kierunek kariery w jego ostatnich latach, kiedy to podjął maratońskie trasy koncertowe i dzięki temu coraz mniej miał czasu na nagrywanie. Była w jego postępowaniu pewna bezradność - sygnał być może, iż rozpaczliwie potrzebował jakiejś pomocy.

Niektórzy powiedzą, że mimo swojej przedwczesnej śmierci osiągnął więcej niż inni kiedykolwiek będą w stanie. Jego fani kochali go z pasją, która go czasami zaskakiwała. Gdyby ta pasja mogła w jakiś sposób być skumulowana w pozytywną energię, wtedy Elvis Presley, niekwestionowana legenda i rozpaczliwie samotna ludzka istota, mógłby zauważyć prawdziwą, pozytywną siłę, zawsze istniejącą tam dla niego.

Swoją muzyką Elvis wzbogacił życie milionów. Był inspiracją dla całych generacji wykonawców. Jego wkład w historię muzyki rozrywkowej pozostaje nieoszacowany. Miłość, szacunek, podziw jego wiernych wielbicieli nie mają sobie równych. Jego Fan Cluby prosperują już ponad czterdzieści lat i co jest zaskakujące wstępują do nich młodzi ludzie, którzy przyszli na świat już po jego odejściu.

W 1960 roku Elvis śpiewał w piosence "The Thrill Of Your Love" : "Raczej oddałbym wszystko co posiadam na tym świecie, niż miałbym być samotny i nie kochany." Słowa mówiły dużo, były więcej niż prorocze i tragicznie prawdziwe. 

 

 

 

"LONELY IN CROWD" - Gerry McLafferty
Przekład: Marlena Bartczak

 

 


 

BIOGRAFIA (Biography)

 

Biografia (Biography)    

 

 

 

 

 

stat4u

 

 Click here !
        ... about me 
        ... więcej o mnie :-)


 

   Home | Discography | Filmography | TV | BMG News | FTD Label | Photo Gallery | Books | Links | Articles
                           
Copyright © 1999 - 2002 EPFP by Andrzej Lipczynski