Moja książka "Elvis" napisana jest po wariacku. Być może wszystkie książki o Elvisie są zwariowane. Szczególne szaleństwa objawiają się w samych przypuszczeniach i dlatego czy historia Elvisa Arona Presley'a, syna Tupelo/Mississippi
- Memphis/Tennessee, swojej matki, rhytm & bluesa starego Południa i współczesnej Ameryki może być racjonalna?
We wszystkich książkach przebija się jedno stwierdzenie, że każdy człowiek może wyjść z biedy i jeżeli zechce może nie tylko przebić Mistrza, ale nawet jego muzykę, spuściznę i widownię
.... Ha, ha, ha, ha! Minęło ponad dwadzieścia lat od jego odejścia i nikt tego jeszcze nie dokonał!
Elvis Aron Presley urodził się w Tupelo/Mississippi 8 stycznia 1935 roku w swoim "wystrzałowym" baraku 30 na 15 stóp.
Vernon i Gladys byli typowymi południowcami swojej generacji. Vernon miał 17 lat, kiedy ożenił się z kobietą o cztery lata starszą. Po dwóch latach małżeństwa urodził się Elvis
(jego bliźniaczy brat Jesse Garon przyszedł na świat martwy). Vernon i Gladys pochodzili z rodziny rolniczej i przeżyli ze sobą 25 lata. Vernon pracował w mleczarni i rozwoził mleko do sklepów, a Gladys pracowała w Garment Company w charakterze szwaczki. Elvis jako pierwszy z rodziny zapisany był w księgach, że urodził się w mieście.
Presley'owie byli tak samo biedni, jak całe białe Południe. Gladys po urodzeniu dziecka pracowała jeszcze ciężej i bywało, że od czasu do czasu musieli żyć dzięki opiece społecznej.
Pytanie kontrowersyjne : Czy Elvis dorastał w środowisku "białej nędzy"? "Białą nędzę" według opisu nie kojarzono z ubóstwem - kojarzono z moralną degeneracją, rozpaczliwą niezaradnością i kazirodztwem. Tak więc Presley'owie nie byli "biała nędzą".
"Jego mama pracowała" - stwierdził jeden ze starszych mieszkańców Tupelo, " Oni wszyscy pracowali", i w ten sposób obalił ich przynależność do "białej nędzy".
Dla arystokratycznej Północy "biała nędza" to robotnik niewykwalifikowany, któremu można było niewiele płacić, ale i tutaj "białą nędze" traktowano jako moralnych degeneratów. Rodzina nazywana "białą nędzą"
(lub "hillbilly" albo "krakersami") charakteryzowała się prymitywizmem, brakiem kultury i była marginesem społecznym.
Chociaż wielu Południowców nie zgadzało się z takim opisem to nie mogli zaprzeczyć, że struktura społeczeństwa była bardzo zróżnicowana.
Presley'owie nie byli na samym dnie czyśćca. Vernon, którego własny syn scharakteryzował jako "pospolitą siłę roboczą" nie był człowiekiem ambitnym, każdy mógł dostrzec w Vernonie oznaki niezaradności i właśnie przez niego rodzina była zaniedbywana i nazywana "białą nędzą".
Jeżeli ktoś z rodziny marzył aby Elvis miał lepsze życie to była to Gladys. Wiedziała, że jej życie już się nie zmieni i nie zyska zbyt wiele. Przeniosła więc swoje marzenia na syna.
"Czy to jego matka upewniała go, że ma wszelkie walory, aby wyjść z
nizin?" - pytał G. Marcus w "Mystery Train". "Czy szeptała mu późno w nocy, że nigdy nie może przegrać?".
Ambicje Gladys Presley zmierzały, aby jej dziecko miało dobrze płatną pracę i zabezpieczenie emerytalne. Może chciała aby Elvis poszedł do szkoły zawodowej lub do terminu i został wykwalifikowanym robotnikiem, a być może marzyła aby został kaznodzieją? Ale nigdy nie wyobrażała sobie, żeby mógł zostać artystą estradowym - w jej rodzinie było to nie do pomyślenia.
Elvis na początku nie miał żadnych marzeń - kochał swojego tatusia kierowcę, być może chciał zostać mechanikiem. W szkole średniej uczył się handlu. Publiczna szkoła przygotowywała do życia i pracy za pomocą własnych rąk. W późniejszym czasie Elvis miał śmielsze marzenia - nie ma możliwości stwierdzenia, kiedy one się zaczęły. Prawdopodobnie nigdy nikomu tego nie zdradził, nawet swojej matce. Być może zaczęły się, kiedy na jarmarku w Mississippi, Alabama wygrał drugą nagrodę za swoją interpretację "Old Shep". Otrzymał
5.00$ i wolne przejazdy w wesołym miasteczku, ale może właśnie wtedy 10-letni Elvis otrzymał większy prezent jakim była inspiracja.
Grając, śpiewając w kościele lub słuchając radia musiał zauważyć, że jest zdolny osiągnąć dużo więcej i zmniejszyć cierpienie mamy. Elvis przysiągł sobie, że zostanie bogaty i kupi mamie Cadillaca. Chciał zostać piosenkarzem. Został nim, ale jak pisze Marcus "gigantycznie wzgardzonym przez wszystkich ludzi, którym lekko szło się przez świat a jemu nigdy nie miało być łatwo". Można powiedzieć, że Elvis został piosenkarzem z "zawziętości".
Muzyka była w powietrzu, oplatała go i to nie jest literacki slogan. Elvis był przedstawicielem pierwszej generacji, która wychowała się z radiem, adapterem i szafą grającą. Adapter dla Presley'ow był za drogi ale radio mieli. Z radia płynęła oszołamiająca muzyka od pop do czarnego bluesa i spokojnej gospel. W głowie Elvisa te dźwięki łączyły się w jedną całość. Oceniał wszystkie gatunki muzyki swoim własnym dramatycznym zmysłem.
Elvis dużo nauczył się w kościele : "Kiedy miałem 3 lub 4 lata" - wspominał w późniejszych latach - "przyglądałem się wszystkiemu w niedzielę, kiedy chodziliśmy do kościoła.
Tam śpiewaliśmy i to była moja jedyna nauka jaką kiedykolwiek pobierałem."
Presley'owie należeli do Pierwszego Zgromadzenia Boga - Kościoła Zielonoświątkowego. Jak wspomina Holy Rollers "dzikie i zachwycające nabożeństwa". Kościoły słynęły z najznakomitszych kaznodziejów posiadających dar wymowy i dar dramaturgiczny. Elvis oczywiście nauczył się w kościołach techniki scenicznej, ale przetworzył ją na swoją własną odbiegającą od utartych tam wzorców.
Presley'owie byli przede wszystkim widzami, nie należeli do chóru, śpiewali w swoich ławkach . W Kościele Zielonoświątkowym duży nacisk kładziono na śpiew wiernych za wyjątkiem kiedy śpiewali soliści lub kwartety. Taki śpiewający kwartet robił na Elvisie duże wrażenie. Wielokrotnie mówił, że wielką inspiracją dla niego był Jake Hess - wspaniały solista Statesmen Quartet. W ciągu swojej kariery zawsze otaczał się grupami gospel takimi jak: Jordanaires, Imperials, J.D. Sumner i
The Stamps.
"Biała" gospel (konserwatywna) brzmiała nieprzyjemnie dla ucha i Elvis zmienił ją wprowadzając więcej elementów muzyki "czarnej". "Czarna" muzyka długo była odsuwana od liturgii. Drastyczne zmiany w muzyce "czarnej" nastąpiły w latach 50-tych. Tymczasem w białej muzyce gospel zmiany stylu były mniej widoczne. Konserwatyzm "białego" gospel tkwił w tym, że opierano się na wysokim głosie tenora, z biegiem czasu zastąpiono go basem. Elvis zdawał sobie sprawę, że na jego ulubione grupy duży wpływ mieli czarni: "Zapożyczyliśmy styl śpiewania psalmów od czarnych" - jak sam później przyznał.
Elvis słuchał wielu różnych czarnych grup śpiewających gospel, które ściągał do Memphis pastor i kompozytor Wielebny
H.W. Brewster. Dużo znanych sakralnych pieśni zostało napisanych przez czarnych autorów takich jak Wielebny Thomas Dorcey, którego klasyczne hymny ("Peace In
The Valley", "Take My Hand, Precious Lord") były podstawą zarówno "białych" jak i "czarnych" kościołów.
Dla nastolatków takie "mieszane" śpiewanie pieśni gospel było nie mniej dziwne od ekscentrycznego ubioru Elvisa.
Elvis przez całe życie był "mieszaniną" sprzeczności. Będąc chłopcem bardzo chciał grać w piłkę w szkolnej drużynie, ale za żadne skarby nie chciał obciąć włosów, a tam było to wymagane. Elvis nie ubierał się "dziwnie" aby być innym - on po prostu był innym i takim pozostał przez całe swoje życie.
Do przesady zamknięty w sobie i w swoim ubóstwie, bardzo uprzejmy, nie lekceważący nikogo, nie posiadający miana chuligana, ale za to wewnątrz - wulkan. Szokująco barwne ubrania kupował w sklepie Lansky Brothers, na końcu Beale Street, graniczącej z dzielnicą mętów. Lansky nie miał typowych ubrań dla nastolatków, ale Elvis nie był typowym nastolatkiem. Tu w sklepie nie trzeba było mieć dużo pieniędzy, aby kupić sobie ubranie i dlatego Elvis był tam częstym gościem.
B.B. King przypomina sobie Elvisa właśnie z tej ulicy. Elvis słuchał tam bluesa i w pełni docenił tę zmysłową muzykę. W Memphis w radio były stacje białych i stacje czarnych. Anonimowość wielu stacji pozwalała dotrzeć im do większej liczby odbiorców. W tym czasie "wrzeszczano" w mediach, że Elvis jest
wulgarny i nie ma muzycznego gustu, ale kto go znał to wie, że jego gust w
rhytm & bluesie był rewelacyjny i kto ma nagrania z lat 50-tych potwierdzi to. Elvis lubił bluesa, ale gdyby miał żądze wybicia się, mógłby iść w kierunku opery i gospel. W kierunku opery nie poszedł, ale też nigdy nie myślał zastać tylko piosenkarzem bluesowym. Nie był głupim chłopakiem, który myślał, że mógłby wyżyć śpiewając tylko czarnego bluesa.
Elvis Presley nie był opętany bluesem, ale wkrótce miał spotkać kogoś kto nim był.
W czerwcu 1953 roku Elvis został absolwentem Humes High School i zaczął szukać pracy. Znalazł ją w Precision Todd Company. Po kilku tygodniach poszedł do Crown Electric Company, gdzie zatrudniono go jako kierowcę ciężarówki. Zarabiał 1.25 $ za godzinę, co dawało
41.00$ tygodniowo. Można przypuszczać, że Elvis zobaczył Studio Sun Sama Phillipsa jeżdżąc po mieście. Reklama głosiła, że jedna strona nagrania kosztuje
3.00 $, a dwie 4.00 $ i że nagrywają także amatorów.
Marion Keisker pracowała u Phillipsa, kiedy to Elvis wszedł do studia późnym latem 1953 roku. Musiał nawet w jej oczach wyglądać bardzo dziwnie: "Wyzywający typ, ale z nieśmiałymi, grzecznymi, prawie służalczymi manierami. Kiedy czekał w kolejce, widać było, że jest bardzo zdenerwowany."
Może ciekawość (a być może chciała rozładować jego napięcie) była przyczyną, że podjęła rozmowę
: Co śpiewasz ? - zapytała. - " Śpiewam wszystko. "Odpowiedź wydawała się jej niewiarygodna. "Kogo przypominasz?" - "Nikogo." - odpowiedział i zwierzył się, że pragnie nagrać płytę dla swojej matki z okazji urodzin. Wydaje się, że nie było to zgodne z prawdą, gdyż Gladys obchodziła urodziny w kwietniu. Keisker była przekonana, że urodziny miały być w
sierpniu lub we wrześniu. Można więc przyjąć, że Elvis chciał nagrać płytę dla siebie. Kilka lat później mówił : "Poszedłem do Sun, zapłaciłem 4 dolary, byłem ciekawy jaki jest mój głos."
Nic dziwnego, że był zdenerwowany.
Studio nie było duże, miało 18 na 30 stóp z minimum wyposażenia, ale Elvisowi to miejsce z mikrofonem wydawało się wręcz magiczne.
Z nagrania nie był zadowolony : "Okropne ..... brzmiało to jakby ktoś walił w pokrywę wiadra
...." mówił. Keisker była odmiennego zdania - kiedy śpiewał włączyła taśmę. Nie robiła tego nigdy, więc musiała coś usłyszeć w jego głosie i pamiętała co zawsze mówił Sam, że gdyby spotkał białego człowieka śpiewającego bluesa jak czarny, zbiłby majątek. Postanowiła przedstawić nagranie Phillipsowi.
Elvis śpiewał dwie piosenki z repertuaru The Ink Spots - "My Happiness" i "That's When Your Heartaches Begin", ale ten wiejski chłopak śpiewał te piosenki w swojej własnej aranżacji.
Marion była zachwycona. Historia potwierdziła jej ocenę.
Elvis spostrzegł, że zrobił wrażenie i że jest nagrywany - cieszyło go, że zapisała jego adres i telefon rabina, który mieszkał w tym samym domu na parterze.
Być może opuścił Sun bardzo oszołomiony, a być może że wyszedł niezadowolony myśląc, że śpiewał fatalnie i Keisker bawiła się jego prymitywizmem.
Sam Phillips nie był zachwycony nagraniem i długo o nim nie myślał. Przypomniał sobie w styczniu 1954 roku, kiedy to Elvis po raz drugi pojawił się w studio. Chłopak zapytał, czy Keisker wspomniała o nim, Phillips kiwnął głową i powiedział, że nie ma dla niego żadnych propozycji.
Elvis zapłacił następne 4 dolary za nagranie "Casual Love Affair" i "I'll Never Stand In Your Way". Jeżeli chodzi o pierwszy utwór to żadne źródła z nikim go nie utożsamiają, natomiast drugi był wielkim hitem Clinta Hornera
z w lutego 1941 r.
Tym razem Sam Phillips był pod większym wrażeniem. Możliwe, że dlatego, iż osobiście go widział, słyszał lub być może Elvis lepiej śpiewał. W każdym bądź razie Sam także zapisał adres i telefon. Przez następne kilka tygodni mimo częstych sugestii Marion, Phillips odmawiał spotkania z Elvisem.
Pewnego dnia Sam otrzymał z Nashville demo. Marion tak je opisała : "jeden głos, jedna gitara, zwyczajna, ale wspaniała ballada."
Phillips chciał ją koniecznie nagrać, ale jak się często zdarza z demo, piosenkarz był nieznany, po prostu jakiś czarny dzieciak, który kręcił się po studio. Nikt nie wiedział kim był i gdzie go szukać, więc Phillips utknął ! Postanowił spróbować piosenkę z Elvisem. Chłopak pojawił się, zanim Phillips odłożył słuchawkę ..... Ale hola, nie tak prędko !
"Without You" była trudną piosenką i Elvis bardzo szybko stał się na wskroś mokry. Próbował raz po raz a rezultat był minimalny - po prostu okropny i coraz gorszy. Elvis nie mógł poradzić sobie z nią. Sesja skończyła się wczesnym rankiem. Strasznie przygnębiony i poniżony faktem niemożności nagrania
(tak jak opowiadał Phillips) eksplodował ! Zaczął walić pięściami w ścianę, krzycząc z wściekłością, zły na piosenkarza któremu nie mógł dorównać. "Nienawidzę go", płakał.
Osobiście jestem przekonany, że Phillips opowiadał bajki ! Elvis w ciągu całej swojej kariery był cudowną mieszaniną radości, upartości, arogancji, surowego talentu, ogromnych ambicji i nigdy nie poddawał się i nie rezygnował z trudności.
Phillips spytał, czy zna inne muzyczne gatunki "Mogę śpiewać wszystko."
- burknął. - "To śpiewaj" krzyknął Sam, więc śpiewał : bluesy, hymny, gospel, nowe hity, stare standardy a wymagania Phillipsa stawały się coraz wyższe. "On nie chciał pokazać po sobie, ale czuł się gorszy" - powiedział Sam w roku 1978 Robertowi Palmerowi . "Przypominał czarnego człowieka z tą samą niepewnością siebie jaka występuje u nich."
Myślę, że i tu Phillips mija się z prawdą. Elvis prawdopodobnie niczego po sobie nie pokazał, powiedział tylko, że potrzebuje do pomocy grupy muzycznej i Phillips skontaktował go z 21-letnim Scotty Moore'm
(Scotty grał z grupą country The Starlight Wranglers) .
Elvis i Moore długie godziny dyskutowali nad nowym stylem, który mógł połączyć białe i czarne country z bluesowymi elementami popu. Kiedy pewnego dnia spotkali się w domu Scotty'ego, przyszedł również Bill Black wraz ze swoim kontrabasem.
Elvis zjawił się ubrany w różowy garnitur, białe buty, uczesany w "kaczy kuper". "Myślałem, że moja żona padnie w drzwiach"
- wspominał Scotty i dodał "Siedzieliśmy kilka godzin i braliśmy po kawałku z każdego utworu."
Scotty i Bill nie doszukali się w Elvisie jakiejś wybitności, ale doszli do wniosku, że może być już następnego dnia przesłuchany. Przesłuchanie zmieniło się w próbę, która trwała miesiąc. Każdego dnia po pracy Elvis, Scotty i Bill spotykali się, grali i zrastali ze sobą.
"Wiesz my zrozumieliśmy się i bez zbędnych słów wiedzieliśmy o co nam chodzi"- mówił Scotty. Mieli tylko nieskrystalizowane pomysły i szukali nowego brzmienia i nazwy jego struktury oraz elementów, na których mieli się opierać. Nie było to takie łatwe! Nie był to country-swing R
& B Billa Halley'a, ponieważ muzyka Billa Halley'a była ciężka i sztuczna. I nie była to muzyka country, ponieważ podkład instrumentalny był inny. To nie była R
& B, gdyż wszyscy muzycy byli biali i oczywiście nie był to country-blues, jeżeli nawet był niepokojąco surowy i użyto podobnych instrumentów (Scotty - gitara elektryczna, Bill - kontrabas, Elvis - gitara akustyczna, w którą często uderzał, jak w bęben).
Usiłował połączyć jednocześnie: country, pop, blues, gospel (nawet trochę operowej dramaturgii) w nowy amerykański styl. Maszerowali w tak nieprawdopodobnym kierunku w jakim jeszcze nikt nie próbował iść w całej historii. Tworzyli tę muzykę w studio. Magiczny dźwięk nagrywali na taśmy, przesłuchiwali, analizowali i powtarzali cały proces od początku. Tak pracowali tygodnie i miesiące, a ich nowy hit zabrzmiał podczas wygłupów między nagrywaniem.
Elvis bawiąc się zaśpiewał piosenkę "Big Boy" Crudup'a
- "That's All Right", do której przyłączyli się Scotty i Bill. W tym momencie wpadł Sam krzycząc: "Co wy robicie?". Wzruszyli ramionami odpowiadając: "nic". "W porządku, powtórzcie to zaraz!". Nie był to największy przebój Presley'a, ale miał piękną, zmysłową wersję śpiewaną młodzieńczym głosem Elvisa i co najważniejsze utwór ten rozerwał na strzępy stare struktury.
Czy była to sztuka? Czy była to historia? Czy była to rewolucja? Nikt tego nie wiedział, ale i nikt nie słyszał przed Elvisem aby ktoś śpiewał podobnie do niego. Była to magia z prostodusznym misterium chłopaka wychodzącego z niebytu z kosmicznym wdziękiem, który osiągnął coś nieuchwytnego i zaskakującego, coś co i do dzisiaj zaskakuje a bawiąc się tym śpiewał jakby to robił całe życie.
Po odejściu Elvisa, Sam Phillips w wywiadach często zmieniał fakty i przedstawiał różne historie na ten sam temat. Upierał się, że Marion nie słyszała pierwsza Elvisa, ponieważ nie umiała ustawić taśmy i że historia z "Without You" jest absolutnie fałszywa, że nie tylko nie było takiej sesji, ale i nie było żadnego demo. Do tej pory nigdy otwarcie nie powiedziano, że glos na demo podobny jest do barwy głosu Johnny Bragg'a i młodego Elvisa.
Jeżeli zaś chodzi o Marion - była ona główną asystentką Sama Phillipsa i z całą pewnością umiała obsługiwać konsoletę nagraniową, a co do "Without You" istnieje nadal w kolekcji fana z Memphis, któremu to nagranie dała sama Marion.
Sam Phillips był pierwszym przedstawicielem Elvisa, był buforem pomiędzy jego osiągnięciami, a statusem "bezmyślnego hillbilly". Phillips był w tym perfekcyjny, do nagrywających miał (jak sam opowiadał) ojcowskie podejście: "Tutaj panowało całkowite zaufanie", referował Peterowi Gurallnick'owi w 1979 roku - "To było na zasadzie stosunku ojciec-syn, albo na zasadzie stosunku jaki jest między starszym bratem, a młodszym. Myślę, że przekazywałem im moje szczere odczucia - dobre lub złe - byłem odpowiedzialny za moje
sesje ... Wkładałem w nie ogromny wysiłek. Tutaj nikt nie patrzył na nich z góry, tak jak to było w ich życiu, ale także dzięki temu mogłem trzymać ich w karbach, ponieważ przyszli "z nikąd".
Sam Phillips być może był szczery w tych wypowiedziach. Na pewno nie poniżał wykonawców
i jedno jest pewne, że ubikacji oddzielnych nie było. Ale jednak mimo, że upierał się, że dla niego równi byli biali i czarni jak i biedni, to nie traktował ich na równi. Od niektórych piosenkarzy przejmował prawa autorskie - jako spółka. Płacili mu tantiemy i małe pensje, ale także należy przyznać - żaden z nich nie umniejszał dokonań Sama Phillipsa.
Phillips nie miał trudności pracując z czarnymi, niezależnie od ich stylu, natomiast miał ogromne kłopoty pracując z białymi muzykami (np.
Johnny Cash'em, Royem Orbison'em), którzy przychodzili do Sun z własnym stylem, innym niż upodobał sobie Phillips. Roy Orbison opuścił Sun, ponieważ nie mógł nagrywać swoich ballad. Jak wiemy, Elvis nagrywał ballady, ale ani jedna nie została zrealizowana w Sun. Na "Blue Moon" było jeszcze za wcześnie. W tym czasie wysokie brzmienie głosu Elvisa było nie tylko czymś niesamowitym, ale także obrazowało, że wizje Elvisa przerastały Sama Phillipsa. Sam uczył Elvisa jak ma się stać piosenkarzem bluesowym, bez realizowania swego własnego stylu, ale Elvis Presley nie chciał być tylko rockabilly, on chciał być Elvisem Presley'em - i jak wszyscy wiemy, absolutnie to mu się udało.