Rca Records z
dumą Przedstawia "From Nashville To Memphis - The Essential 60's
Masters I" następny przełomowy zbiór po “The King Of
Rock’n’ Roll – The Complete 50’s Masters”
“From
Nashville To Memphis” dokumentuje sesje nagraniowe Elvisa
Presley’a w tych dwóch miastach od roku 1960 do 1969.
Podczas gdy
“The King Of Rock’n’Roll” podąża za Elvisem od momentu jego
pojawienia się do wstąpienia do wojska, to ten zbiór zaczyna się w
Nashville w marcu 1960 roku – trzy tygodnie po powrocie Elvisa z
Niemiec i prowadzi nas do pełnych triumfu nagrań w Memphis w 1969 r.
Postanowiliśmy
skupić się tylko na świeckich sesjach. Przyszłe zbiory wyszczególnią
pozostałe dokonania Elvisa w latach 60-tych ; nagrania religijne i
wiele filmowych ścieżek dźwiękowych.
Kolekcja skupia
się na tej części jego kariery - która najwyraźniej pokazuje jak
Elvis artysta nagraniowy, wolny od wymagań scenariuszy filmowych,
koncertowej i telewizyjnej widowni brał się do pracy.
Jest to wierny
portret piosenkarza określającego samego siebie, swoją muzykę w
procesie popularnej muzyki amerykańskiej – rozwijającego się jako
artysta w szybko zmieniającej się muzycznej dekadzie.
“From
Nashville to Memphis” zawiera wszystkie 16-cie po mistrzowsku
zrealizowane świeckie sesje. Zapisy są ściśle uporządkowane w
kolejności w jakiej były nagrywane począwszy od dostępnych 2-, 3-,
4-, i 8-ścieżki w zapisanych źródłach.
Poszczególne
działy dają słuchaczom możliwość spojrzenia na artystę przy
pracy – nagrywającego i określającego swój styl, który był właściwy
tylko jemu.
Zapiski
Peter’a Guralnick’a, dokumentacje nagraniowe, wspomnienia i wiele
zdjęć w połączeniu z muzyką oferują jedyne w swoim rodzaju
spojrzenie na nagraniową karierę Elvisa.
Wyłania się tu
Elvis artysta ; jego znakomity powrót w 1960r po odbyciu dwuletniej służby
w armii, jego rozwój i dojrzałość piosenkarza, jego walka o powrót
z bocznicy Hollywood i jego najwyższy triumf – powrót do Memphis i
do nagrywania w 1969 r.
“From
Nashville to Memphis” wiernie opowiada fascynującą i różnorodną
historię.
Nie jest ona o
kilkuset milionach sprzedanych płyt ani też o rockendrolowcu
przekształcającym się w gwiazdę muzyki pop ani też o działaniach
w życiu prywatnym.
Kolekcja jest
jedynym w swoim rodzaju testamentem szerokiego zakresu kariery i
ogromnej spuścizny muzycznej Elvisa Presley’a ; piosenkarza,
wykonawcy i największego artysty wszechczasów.
The
RCA Records Label - BMG Music, September 1993
Peter Guralnick
ELVIS
PRESLEY
“Czułem w pokoju duże
napięcie. Naprawdę czułem. Sesje zaplanowano na siódmą wieczorem
w niedzielę. Przyszedłem o piątej, żeby przygotować urządzenia
do nagrywania ..... tak aby wszystko działało. Nie było kogoś
takiego jak drugi inżynier, wówczas ja nim byłem. Kiedy próbowałem
zestroić pierwszy ton, spojrzałem za siebie i ujrzałem prawie dokładnie
za moimi plecami Pułkownika Parkera i vice-prezesa RCA z Nowego Jorku
– Steve Sholes’a. Sądzę, że gdybym wyciągnął rękę to bybymł
ich dotknął. I kiedy Elvis podjął pierwszy ton – oni nic do mnie
nie powiedzieli, a kiedy nisko zaintonował usiedli i zaczęli
rozmawiać o zupełnie innych sprawach .... jednak było widoczne, że
najwyraźniej czekali na niego - nagrywającego znów w studio”
Bill
Porter – inżynier
studyjny RCA
W ten niedzielny marcowy
wieczór w nowym Studio Bw Nashville należącym do RCA, nie było
nikogo kto nie wyczuwałby napięcia i nikogo kto zwracałby na to uwagę.
Przedstawiciel RCA Steve
Sholes, który cztery lata temu podpisał umowę z Elvisem, widział
swoje procentujące ponad najśmielsze oczekiwania zainwestowane pieniądze,
ale czuł się niemal ściśle obramowany zespołem menadżer /
producent, kontrolującym artystę i jego repertuar.
Podczas tych dwóch lat
gdy Elvis był w wojsku, Sholes wielokrotnie odbywał rozmowy na temat
jego nagrań i wielokrotnie był blokowany, aż RCA zadecydowała, że
puści go z właściwie nieprzydatnym materiałem. Sholes znalazł się
pod wielką presją, a kierownictwu dało to większą możliwość
negocjacji, stawiania żądań.
Freddy Bienstock,
przedstawiciel Hill & Range, ten który przejął obowiązki
Sholes’a (H & R wraz z artystą było współwłaścicielem dwóch
wytwórni i właściwie cały materiał, który nagrywał pochodził z
ich katalogu), kilka razy odwiedzał młodego człowieka w Niemczech,
oprowadzał po Paryżu i po jego powrocie pojechał do Graceland zobaczyć
się z nim.
Chociaż Bienstock przybył
wyposażony w stosy piosenek napisanych przez najlepsze spółki
autorskie, to nie był wcale pewny jaki kierunek przybierze ta sesja. Był
zmartwiony i zaniepokojony snem, o którym Elvis opowiadał mu podczas
ostatniej wizyty w Graceland : we śnie nie było fanów stojących
przed bramą, nie było Colonela, który kierował jego karierą – był
sam, pozbawiony pomocy i opuszczony.
Gitarzysta Scotty Moore,
który był z Elvisem od początku ale zerwał z nim dość ostro na krótko
przed wcieleniem artysty do wojska, usiłował doprowadzić do
pogodzenia jeszcze w czasie służby Elvisa. Miano nadzieję, że Bill
Black dopełni to oryginalne trio (tylko perkusista DJ Fontana w sposób
jednoznaczny pozostał z Elvisem), ale Black rozpoczął własną karierę
(“The Bill Black Combo” była aktualnie na liście TOP 10 z piosenką
“White Silver Sands”) i ostatecznie odmówił przyłączenia się,
na kilka tygodni przed rozpoczęciem sesji.
Osobista świta artysty z
nowymi członkami z wojska i starzy kumple jazgotliwie akompaniowali
wydarzeniu. Bill Porter był nowym na sesji i nie był pewny czego się
spodziewać, ponieważ z wyjątkiem The Jordanaires, DJ i pianisty
Floyd’a Cramer’a, który wrócił prawie tak szybko jak Scotty,
studyjni muzycy z Nashville grali z Elvisem tylko na jednym spotkaniu.
Nawet Parker, który
trzymał się na uboczu wydarzeń nigdy nie zdradzając najdrobniejszego
śladu emocji albo zwątpienia, musiał czuć presję gdy miał rozważnie
wszystko przygotować, bez nadmiaru materiału przy minimum prezentacji
w ostatnich paru latach i maksimum oczekiwań, które jego chłopca miały
uratować.
Mieli dziś wieczorem
nagrać singel aby mógł być zrealizowany przy końcu tygodnia, mieli
przed sobą występ w Miami w programie Franka Sinatry za 125tys. $ i
film do którego zdjęcia miały zacząć się w przeciągu miesiąca.
Tu był cały świat czekający i ponownie domagający się jego.
I chociaż Colonel lepiej
niż ktokolwiek inny na świecie wiedział jak szybko zmieniają się
gusty i wierność, że nie ma żadnych gwarancji (więcej jest w życiu
niż w sztuce), to usilne starania dowodziły że wierzy w niego.
Lojalność była jak dwupasmowa ulica.
Cała uwaga skupiona była
na młodym człowieku z zaczesanymi do góry ciemnymi włosami - z
nowym, ale pasującym mu wyglądem. Studio wypełniał jego
prostoduszny, rozbrajający śmiech, który rozpędzał wszystkie
niewypowiedziane głośno obawy.
Nie wiadomo kiedy muzycy
zgromadzili się wokół niego przy pianinie, a on zaczął im opowiadać
o manewrach i życiu w wojsku – wyglądało to tak jakby nigdy stąd
nie wyjeżdżał.
Następnie, bez zamiaru
skupienia się na sesji, zaczęli śpiewać pieśni religijne, fragmenty
jego hitów, stare standardy Eddy Arnold’a, “I Got A Woman”
Roy’a Charles’a i zanim jeszcze sesja się rozpoczęła, muzyka
unosiła się w powietrzu i jeśli nawet odczuwał presję, to z pewnością
nie okazał tego. Elvis
wrócił!
Sesja rozpoczęła się na
wystarczająco przygotowanym gruncie utworem “pióra” Otis’a
Blackwell’a (Elvis niezmiennie porównywał go z piosenkarzem i
jednocześnie autorem tekstów o posmaku r & b, który dał mu takie
hity jak ; “Don’t Be Cruel” i “All Shook Up”), “Make Me Know
It” i pełną uczucia wersją piosenki z roku 1955 grupy The Four
Fellows - “Solider Boy”. Był to utwór, z którego od czasu powołania
do wojska stale żartował.
Numerem jaki wybrano na
stronę A singla to “Stuck On You” (utwór prowadzony w średnim
tempie lekkiego rocka, stanowił komfortowy komercyjny haczyk i był
substytutem “All Shook Up” nawet jeśli nie oferował wielu śmiałych
kierunków stylu), podczas gdy na stronie B zalazła się “Fame And
Fortune”, autorstwa znanej spółki z wydawnictwa Hill & Range,
Fred’a Wise’a i Ben’a Weisman’a. Reprezentowała ten gatunek, który
faktycznie był drugą naturą Elvisa (i jego fanów) a jednocześnie
umożliwiał piosenkarzowi zaprezentowanie nowego, dojrzałego głosu i
stylu.
Następną piosenką “A
Mess Of Blues” - przedstawiła się Elvisowi i jego ekipie nowa
znakomita spółka autorska ; Doc Pomus i Mort Shuman, podczas gdy finałowy
kawałek Wise i Weisman’a “It Feels So Right” z sukcesem wtórował
jednej z ulubionych Elvisa, “One Night”.
Ekipa opuściła studio
następnego ranka tuż po siódmej, gdy sześć piosenek bez wysiłku i
obniżenia jakości było ukończonych.
W następnym tygodniu
filmowano program Franka Sinatry - “Stuck On you” wytłoczono w ilości
ponad miliona egzemplarzy i singiel był na najlepszej drodze do osiągnięcia
szczytu listy przebojów - więc nic dziwnego, że wpłynęło to
znacznie na zmianę atmosfery, kiedy w dwa tygodnie po pierwszej sesji
wrócili do studia.
Kiedy zelżała wielka
presja i otrzymano odpowiedzi na pierwsze i najważniejsze pytania, każdy
poczuł się trochę bardziej odprężony a i sam piosenkarz był na
tyle wolny od obciążeń aby móc badać różne strony swej muzycznej
osobowości.
Nie brzmiał jak
ktokolwiek inny i miał racje, kiedy powiedział Marion Keisker gdy po
raz pierwszy wszedł do studia Sun w wieku 18 lat a ona chciała w jakiś
sposób określić jego muzykę, że śpiewa wszystkie gatunki muzyki.
Podczas tej niedzielnej,
kwietniowej nocy udowodnił, że jego młodzieńcze przechwałki są
faktem.
Otworzył sesję jedwabistą
wersją “Ferver”, Peggy Lee i oczywiście śpiewał inne gatunki
takie jak; blues, r & b , gospel (“Thrill Of You Love”, Stan’a
Kesler’a, była co najmniej racjonalną faksymile), pop i rock and
roll’a.
Sesja ta, prawdopodobnie
była jedną z najbardziej niezwykłych i ambitnych sesji w jego
karierze. Charakteryzowała się nie sterowaną pełnią życia -
niezależnie od tego jaki materiał wziąć do ręki. Znalazło się tu
trio piosenek tkwiących głęboko w jego sercu i być może właśnie
one odzwierciedlały jego otwartą istotę.
Freddy Bienstock, kiedy w
poprzednim roku odwiedził Elvisa w Niemczech, jako pierwszy słyszał
go śpiewającego “There’s No Tomorrow”. Była to angielska wersja
(z roku 1948 włoskiego standardu “O Sole Mio”) autorstwa Tony
Martin’a. Po powrocie do Nowego Jorku zakupił prawa autorskie dla
Hill & Range i nową angielską wersję (Aarona Shroeder’a / Wally
Gold’a), “ It’s Now Or Never” kilka miesięcy później
zaprezentował Elvisowi w Graceland.
Piosenka z miejsca go
znokautowała – pokochał melodię, dramaturgię i wokalne wyzwanie
jakie przedstawiała.
Kiedy nagrywał ją, to
według Bill’a Porter’a “miał kłopoty z zakończeniem.
Zrobiliśmy kilka podejść i on krzyczał w zakończeniu, więc
powiedziałem - ‘Elvis, możemy spleść zakończenie, - Dlaczego właśnie
tak nie zrobisz? Nie potrzebujemy robić piosenki na różne sposoby a
on na to - ‘ Bill , mam zamiar właśnie zrobić ją a swój
sposób albo wcale. I zrobił !”
Wybór utworu “Are You
Lonesome Tonight ?” (hit Henry Burr’a z roku 1927 - najbardziej
obiecującego balladowego piosenkarza tego okresu) był nieoczekiwanym
zaskoczeniem z nieprawdopodobną scenerią. Wersja Gene Austin’a
(przez wiele lat Colonel kierował jego karierą) była ulubioną żony
Colonela - Marie i jedyną o której nagranie prosił Elvisa.
O 3-ciej lub 4-tej rano,
kiedy światła były przyćmione a inżynier mozolił się nad
ustawieniem poziomu - Elvis, w środku utworu wystrzelił długą i
wysoce dramatyczną recytacją.
Po zakończeniu piosenki,
Lamar Fike – jedyny członek świty wpuszczony do studia, zerwał się
na równe nogi i zawołał :
“ To zostanie sprzedane w siedmiu milionach egzemplarzy ! To będzie
największa płyta jaką kiedykolwiek nagrałeś !”
Powinien to być koniec
sesji (Parker zwrócił uwagę, że została nagrana dziewiąta piosenka
wieczoru a tylko osiem potrzebowali żeby powstał album - ponieważ
osiem nagrali już na pierwszej sesji), ale jasne było, że w tym
momencie trzeba byłoby pociągu ekspresowego aby zatrzymać Elvisa.
Postanowił po “Are You Lonesome Tonight?”, spełnić jeszcze jedną
obietnicę.
Kiedy był jeszcze w
Niemczech, Scotty przysłał mu piosenkę “The Girl Next Door Went
A’Walkig” - hit z roku 1959, Thomas’a Wayne.
Elvis czuł, że honor
nakazuje mu ją nagrać. Następnie w duecie z przyjacielem z wojska,
nagrał sentymentalny utwór, który często śpiewali w Niemczech –
“I will Be Home Again”.
Finałowa piosenka zaczęła
się na niecałą godzinę przed wejściem do budynku sekretarek RCA.
Wszyscy marudzili, że są zmęczeni, że chcą już iść do domu, ale
Elvis uparł się żeby wypróbować jeszcze jedną piosenkę.
“Reconsider Baby”, na
punkcie której zwariował (hit bluesmana, Lowell’a Fulson’a z 1954
r.), rozkwitła pod wpływem gitary akustycznej Elvisa i saksofonu
Boots’a Randolph’a i zawierała to, co Phillips pierwszy usłyszał
w głosie Elvisa – do czego Elvis dążył od momentu, gdy po raz
pierwszy zetknął się z bluesem w studio Sun.
To był moment bezpośredniego
triumfu na zakończenie sesji, która uosabiała każdy element pełnej
sukcesu historii Elvisa : skupienie, wspaniałość, czułość,
intensywność, spokój i kontrola.
W czasie, kiedy “ GI
Blues” był jeszcze niemal szokującym, ofensywnym wehikułem, okupującym
listy przeboju, a już Elvis ukończył zdjęcia do “Flaming Star”
– filmu znacznie bardziej ambitnego pod względem dramatycznym gdzie właściwie
nie było muzyki.
W międzyczasie, w ostatnią
niedzielę października wrócił do studia w Nashville. Pracował z tą
samą wiarą i determinacją jaką pokazał siedem miesięcy wcześniej.
W ciągu jednej nocy
zmontował album gospel, spełniając życiowe ambicje. Nagrał go nie
tylko w hołdzie dla swojej wiary, ale i dla swoich muzycznych korzeni.
Tylko jedna świecka
piosenka pojawiła się tej nocy – “Surrender”.
Była to kolejna, pełna
sukcesu piosenka (po “It’s Now Or Never”), oparta na znanym
neapolitańskim standardzie z 1911roku “Come Back To Sorrento”, której
opracowanie Freddy Bienstock zlecił zespołowi Pomus / Shuman.
Po zakończeniu sesji wrócił
do Hollywood kręcić “Wild In The Country” – następny poważny
film (o ile “Flaming Star” był szansą na role w stylu Marlona
Brando, to ten był w stylu Jimmy Dean’a) ze scenariuszem laureata
nagrody Pulitzera – Clifforda Odets’a według pierwszej,
oklaskiwanej noweli J,R Salamanca.
Pod koniec roku Elvis miał
trzy pierwszoplanowe hity, a dwa z nich : “It’s Now Or Never” i
“Are You Lonesome Tonight”, ukazały jego nieprzewidywalne kierunki
; pierwszy album (po wojsku), “Elvis Is Back” śmiało odsłaniał
nowe obszary ; album gospel był prawdopodobnie jednym z
najwspanialszych, napawających dumą dokonań w jego karierze a i znaczące
były również jego dwa poważne filmy.
Podczas gdy dla
najwierniejszych fanów rock’n’rolla było trochę okazji do zwątpienia,
w wielu innych rósł szacunek dla Elvisa Presley’a, który był na
najlepszej drodze do spełnienia wszystkiego ze swojej obiecującej, świetnej
kariery z okresu przed wojskiem i to na daleko szerszą skalę niż
krytycy i oszczercy mogli kiedykolwiek przewidzieć.
Jedyną rzeczą, która
stała na przeszkodzie był SUKCES.
“GI Blues” był jednym
z najbardziej dochodowych filmów roku. Album ze ścieżką dźwiękową
do niego, wyprzedzał “Elvis Is Back”, “ Flaming Star” i “Wild
In The Country” tworząc coś w rodzaju biznesu.
Oczywiście można by
dowodzić, że Elvis grał sztywno - bez dwóch zdań musiał się wiele
nauczyć, ale nigdy nie otrzymał prawdziwej szansy aby się sprawdzić.
W lutym i marcu 1961 miał
dwa charytatywne występy – jeden W Memphis a drugi w Honolulu i były
one podsumowaniem koncertów na żywo aż do lata 1969 roku w Las Vegas.
W marcu nagrał album
“Blue Hawaii”, który był łagodną mieszaniną ballad i piosenek
na motywach hawajskich i powoli stawał się najlepiej sprzedającym się
albumem w jego karierze.
W 1961 r zrobił jeszcze
dwa filmy i ujrzał jak “Can’t Help Falling In Love” z “Blue
Hawaii” sięga szczytu listy najlepiej sprzedających się singli lat
60-tych.
Wyglądało to tak, jakby
jego nagraniowa kariera zaczynała wykorzystywać jego image i to w
czasie, gdy wyglądało na to, że otwierają się przed nim nowe
horyzonty.
Zmienił się nawet sposób
sprzedaży jego płyt przez RCA, gdy Steve Sholes całkowicie odszedł z
filmu i odpowiedzialność za muzykę Elvisa przeszła z A & R na
wydział marketingu.
Sesja w Nashville z roku
1961 generalnie rzecz biorąc była bardziej dorywczą sprawą niż
sesje nagraniowe w roku 1960 i nie z powodu braku entuzjazmu ze strony
Elvisa, ale raczej z powodu poczucia nowych możliwości lub produktywności.
Znalazła się tu pewna
ilość wybitnych tytułów (blues’owy klasyk Chuck’a Willis’a –
“I Feel So Bad” z kłopotliwym solo saksofonu, Eddy Arnolda
“It’s A Sin” z pięknym finałowym akcentem na gitarze Hank’a
Garland’a), ale większa część wyglądała tak, jak wiele sesji pop
charakteryzujących się nie przez uchwycenie siły, ale przez
poszukiwanie oryginalności roku 60-tego.
Rzucający się w oczy wyjątek
nadszedł wraz z dwiema nowymi piosenkami Don’a Robertson’a, autora
“I Really Don’t Want To Know” - wielkiego hitu, który wykonywał
w 1954 Hank Snow.
Robertson na jedną z
pierwszych sesji Elvisa w RCA przyniósł nagranie “I’m Counting On
You”, ale pokłócił się z Hill & Range i nie wrócił w objęcia
wytwórni aż do roku 1959.
Dwie ballady :
“There’s Always Me” i “Starting Today” przyłączączono do
marcowej sesji. Pasowały prawie idealnie do nowego bardziej
refleksyjnego stylu Elvisa i uniosły piosenkarza na wyżyny jego
wokalnej i interpretacyjnej siły.
Typowa dla Robertson’a
otwartość, zbliża melodycznie i lirycznie - i jak we wszystkich jego
utworach, głębia - łatwiej przeciwstawia się definicjom tych obydwu
układów i wyraża poczucie zranienia, tęsknoty i smutku – uczucia,
jakie ty możesz usłyszeć już w “My Happiness”.
Autor nagrał swój głos
na demo i był on podobny do brzmienia głosu Elvisa.
Już dziewięć dni po
sesji w Nashville, Robertson został zaproszony na spotkanie z Elvisem w
Radio Recorders w Hollywood, kiedy nagrywał ścieżkę dźwiękową do
“Blue Hawaii”. Miała tu być umieszczona “No More”, której współautorem
był Hal Blair.
Łagodny styl
Robertson’a był już dobrze znany, chociaż on sam w tym czasie już
nie. Jego demo “ Please Help Me I’m Falling”, w poprzednim roku był
wzorcem dla Floyd’a Cramer’a - wzorcem, który wyróżniał się i
był bardzo popularny i Elvis żartobliwie napomykał, że Floyd
powinien spotkać się z facetem od którego wziął swój styl.
Wbrew pozorom (żaden inny
autor piosenek nie otrzymał zgody na przekroczenie tego zamkniętego kręgu
od czasu Leiber’a i Stoller’a) Elvis i Robertson szybko stali się
przyjaciółmi i przez pewien czas Robertson był częstym gościem
Elvisa w Hollywood przy Perugia Way.
“Przy jakiejś okazji
wszedłem do jego domu i wtedy pierwszy raz usłyszałem jego wersję
jednej z moich piosenek. Innym razem podszedł do mnie aby porozmawiać
o piosenkach i lirykach. Pamiętam, że była jedna piosenka, którą był
szczególnie zainteresowany ..... dyskutowaliśmy wtedy długo i wyglądało
to tak, jakby chciał żebym wiedział, iż rozumie o co tu chodzi i co
wyraża liryka.”
W ciągu następnych dwóch
lat, nagrał dziewięć wyróżniających się utworów Robertson’a -
między innymi takich jak : “I Met Her Today”, “Anything That’s
Part Of You” i “They Remind Me Too Much Of You”.
Jego nowe, wysokie,
osobiste brzmienie godziło ekspresję z wrażliwością i emocjonalną
zawiłością, które to uczucia często trzymał w ukryciu.
Następną sesję (w
czerwcu ) w Nashville prowadził już w tym brzmieniu, traktując je nie
jako sposób śpiewania piosenek Robertson’a (w tym czasie nagrał
tylko jedną), ale jako inny równie dobry z inicjatywą kierunek.
“Pierwszy raz usłyszałem
Elvisa w 1955 r. Śpiewałem wtedy w klubie “Musicale” przy 70-tej
ulicy i w pewnym momencie z szafy grającej popłynęła “Mystery
Train. Nie mogłem uwierzyć własnym uszom - brzmiała tak, jakby
wydobywała się z moczarów. Dla mnie była to najbardziej fascynująca
płyta. Zobaczyłem tego faceta w “The Dorsey Brothers Show” i byłem
naprawdę kompletnie poruszony. Nigdy nie sądziłem, że mógłbym
ostatecznie pisać dla niego”.
Doc Pomus
Doc Pomus i Mart Shuman
byli spółką autorską z korzeniami głęboko osadzonymi w r & b
(wspólnie napisali dla The Drifters takie przeboje jak : “This Magic
Moment” i “Save The Last Dance For Me”, natomiast Doc Pomus
samodzielnie dostarczał standardów takim jak : Big Joe Turner, Ray
Charles i The Coaster).
W 1959 po raz pierwszy związali
się z Hill & Range i niemal natychmiast powstał przebój “A
Teenager In Love”, którego pełen impetu sukces przeniósł ich u
schyłku roku 1959 do Londynu.
Tu spotkali przyjaciela
Elvisa – Lamar’a Fike (miało to miejsce kilka dni po tym jak spędził
z Elvisem urlop w Paryżu. Należał do świty Elvisa i wcześniej
towarzyszył jemu i jego rodzinie w Teksasie a następnie w Niemczech
gdzie jego szef służył), który zapytał ich czy nie mieliby jakiegoś
materiału dla Elvisa, gdy ten wróci z wojska i następnie przedstawił
ich na sesji nagraniowej.
W taki oto sposób “A
Mess Of Blues” znalazła się na pierwszej sesji po wojsku a współpraca
Pomus’a i Shuman’a z ich naturalną bluesową orientacją (Doc jako
dziecko padł ofiarą polio i większą część swojej kapryśnej młodości
spędził jako jedyny, biały wykonawca bluesa (o kulach) na Brooklinie
– w klubie, gdzie przypadkowo zahaczył się wraz z Otis’em
Blackwell’em ) stała się jedną z wiodących ekipy Elvisa.
Jak na ironię, dwa
najbardziej przebojowe utwory tej spółki, które Elvis nagrał na
czerwcowej sesji w roku 1961, nie były napisane specjalnie dla niego
– “Little Sister” przeznaczono dla Bobby Darin’a, który próbował
ją bez sukcesu a “His Latest Flame” (ze zmienionym rytmem przez Bo
Diddley) od ręki odrzucił Bobby Vee -“ jednak okazały się one
doskonałe dla Elvisa.
“Little Sister” była
zbliżona tak bardzo jak to było możliwe do “wstrętnego” bluesa
– jakby Doc faktycznie przeznaczył ją dla Elvisa (każdą fazę kończyła
gitara, co czyniło ją bardziej płynna), a “His Latest Flame”, była
rodzajem pop z posmakiem r & b o zabarwieniu hiszpańskim i Elvis
potrafił podchwycić ten rytm nawet przez sen.
Oprócz piosenek spółki
Pomus / Shuman i numeru Don’a Robertson / Hal Blair, znalazła się
tutaj również indywidualna piosenka Robertson’a “I’m Yours” i
była tak boleśnie wytworna jak żadna z kompozycji Don’a - była także
piosenką podpartą nazwiskiem Elvisa co nadawało sesji mocniejszy
akcent osobisty.
“That’s Someone
You’ll Never Forget”, to utwór który zasugerował Elvisowi szkolny
przyjaciel - a późniejszy ochraniarz – Red West.
West był zwariowany na
punkcie muzyki, ale jego autorski debiut przypada właśnie na to
nagranie. Zaproponował tytuł bez jakichkolwiek objaśnień i Elvis
przedstawił ją z takim uczuciem, że pozwoliło to wielu z jego
przyjaciół domyślać się, że naprawdę myślał o matce.
W październiku tego roku,
Elvis nagrał jeszcze pięć piosenek (włączając dwie z najlepszych
Robertson’a , “Anything That’s Part Of You” i “I Met Her
Today”, nie mówiąc o “Good Luck Charm”, która stała się
przebojem roku.) “ wciskając” je między filmy “Follow That
Dream” i “Kid Galahad”.
Później, już w marcu
1962 r, nagrał większość materiału do swojego rzeczywistego
studyjnego albumu zatytułowanego (do 1967 r nastąpiła przerwa),
“Pot Luck”.
Składał się on z
sympatycznych nagrań i odznaczał się swego rodzaju wokalną
wszechstronnością i swobodą jaka cechowała całą jego pracę zarówno
studyjną jak i filmową.
Od wyjścia z armii, tytuły
albumów zdradzały zamiary tak otwarcie, jak album z roku 1961 -
“Something For Everybody”.
Filmy z niefrasobliwą
stylistyczną płynnością, do pewnego stopnia bez spójności,
nieszkodliwe, jednorodne (nieważne jak pięknie przedstawione) zastępowały
zwykłą oryginalność wyrażenia lub celu i było jasne że na sesje
nagraniowe pozostawiały tyle czasu co machnięcie psa ogonem.
Poza kilkoma piosenkami
Doc’a Pomus’a i z górnej szuflady numerem country (spółki
Leiber/Stoller), “Just Tell Her Jim Said Hello”, co do którego
Freddy Bienstock był przekonany że będzie klapą, to najważniejszym
aspektem tej sesji było dostarczenie przez Elvisa własnej piosenki do
nagrania – tym razem była jedną do której wniósł coś więcej niż
sam tytuł.
Zawsze był świadomy
swojego braku umiejętności pisarskich. We wczesnych wywiadach
niezmiennie zaprzeczał gdy go pytano o autorstwo takich piosenek jak :
“Love Me Tender” czy “Don’t Be Cruel” i wyrażał podziw dla
piosenek takich artystów jak : Chuck Berry i Carl Perkins i obecnie mając
27 lat nie martwił się bardziej ujawniając to, niż wtedy gdy miał
lat 17-cie.
Niemniej jednak,
zaproponował podłożenie nowego tekstu do utworu Cole Porter’a,
“Begin The Beguine”. Kiedy Porter odmówił wyrażenia zgody, napisał
tekst z Red’em West’em i podłożył go pod “dwu-akordową”
hiszpańską melodię napisaną przez Charlie Hodge. “You’ll e
Gone” jest mrocznym melodramatycznym opowiadaniem o namiętnościach i
rozstaniach o świcie – jedynym, w które Elvis bez zastrzeżeń
przelał samego siebie, nawet jeśli był teraz, jak podejrzewał
Bienstock słabo zainteresowany całym tym przedsięwzięciem i odczuwał
blokadę artystyczną. To była pierwsza i ostatnia piosenka jaką sam
napisał.
W 1963 r odbyła się
tylko jedna sesja nagraniowa, na której wśród 12-tu piosenek znalazł
się jeden ważny hit “Devil In Disguise” – wypełniony tym samym
rodzajem uroku jaki cechował dwa poprzednie studyjne dokonania
[...].
Elvis nagrał jeszcze trzy
kawałki w styczniu 1964r (włącznie z “It Hurts Me” – jedną z
najładniejszych i najgłębszych uczuciowo) i przez następne dwa i pół
roku nagrywał muzykę filmową.
Co mogło być powodem tak
długiej nieobecności jednego z najlepiej sprzedających się artystów
świata ? Prawdy okazały się oczywiste.
Najprostsze wytłumaczenie
musiałoby się zacząć i skończyć ogromem odniesionego sukcesu i nudą
towarzyszącą temu sukcesowi.
W 1964 i 1965 r, Elvis
robił swoją zwykłą porcję trzech filmów rocznie, bez widocznego
wysiłku czerpiąc z nich materiał na LP. Dziesięć z tych piosenek
RCA umieściła na TOP 40.
To było jasne, że nie
potrzebowali dodatkowej “produkcji”, która by go reprezentowała na
rynku pop.
Odseparowany od
jakichkolwiek zewnętrznych impulsów, nie kierowany przez A & R,
bez piosenek wydawanych na rosnące zapotrzebowanie, z kilkoma tuzinami
tytułów potrzebnych do nadziania nimi filmów każdego roku - nic
dziwnego, że Elvis znalazł się w swego rodzaju impasie.
Muzyka zawsze była siłą
napędową jego życia. Była jedynym pewnym źródłem emocjonalnej
ekspresji i odprężenia i kiedy został odcięty od koncertowania i
nagrywania, coraz bardziej zwracał się ku innym drogom duchowej
ekspresji.
Tylko dzięki naciskom
(związanym ze spadkiem sprzedaży płyt) wytwórni płytowej i jej
kierownictwa, Elvis wrócił w końcu do studia w maju 1966 r. - z
nową grupą muzyków, z nowym albumem gospel do nagrania i nowym
producentem ze strony A & R.
“Robił
film za filmem. Był związany kontraktem i zobligowany do kręcenia dwóch
albo trzech filmów rocznie. Grał z psami , kurami, krowami, końmi i
dziećmi ...... wiesz ciężko jest nagrywać przebojowe płyty i być
zmuszonym do śpiewania kurom. Piosenki były jakie były i Elvis był
tym zmęczony.
Felton Jarvis
Felton Jarvis miał 31
lat. Do Nashville przybył z Atlanty aby podjąć pracę w ABC i rok później
podpisał umowę z RCA i został asystentem producenta.
Elvisa spotkał pierwszy
raz w 1955 r., kiedy jako 20-letni marynarz stacjonował w Norfolk,
Virginia i poszedł obejrzeć występ Hank’a Snow’a - a wyszedł
jako fan Elvisa.
Rzeczywiście, stał się
tak wielkim jego fanem, że kiedy jako inżynier pracował w Atlancie u
Bill’a Lowery stał się kimś w rodzaju imitatora Elvisa (“Don’t
Knock Elvis” była jego wkładem w tę pracę) - następnie w 1963 r.
miał swój debiut jako producent innego, bardziej utalentowanego
imitatora, który nazywał się Marvin Benefield i przechrzcił się na
Vince’a Everett’a po zagraniu tej postaci przez Elvisa w “
Jailhouse Rock” (regionalnym hitem Benefield’a była znakomicie naśladowana
“Such A Night” ).
Jarvis był energicznym,
pełnym entuzjazmu optymistą – żył przeszłymi wspaniałymi
chwilami z optymizmem patrząc w przyszłość i ani myślał stać w
miejscu. Krótko mówiąc, on był wszystkim tym czym nie był Chet
Atkins.
“Chet nie lubił długo
siedzieć“
powiedział
Felton, kiedy pierwszy raz przyszedł na plan filmowy, “ ... przeszedł
się, powiedział ‘Hello’ i poszedł do domu. Któregoś dnia
powiedział, ‘Właśnie ciebie przenoszą - możliwie, że wszystko
rozwalisz, ale możesz nad tym popracować’. I tak się zaczęło”.
Był to związek, który
był udany od samego początku. Entuzjazm Jarvis’a przywracał trochę
utraconej wiary.
W sesji brali udział nie
tylko The Jordanaires i żeńska grupa wokalna (w składzie : Millie
Kirkham, June Page, Dolores Edgin & Sandy Posey), ale i nowy kwartet
gospel The Imperials – niedawno założony przez Jake Hess’a, byłego
wokalistę grupy The Statesman która to inspirowała Elvisa.
Materiał gospel od The
Statesmen i The Blackwood Brothers, był mniej więcej dobrze zmiksowany
a jednym z najważniejszych punktów był duet Elvisa z Hess’em w
klasyku “If The Lord Wasn’t Walking By My Side”.
Nowy przypływ energii,
poczucie nowego celu, relaksująca choć pełna entuzjazmu sesja,
wyzwoliła “coś” w Elvisie.
Z kawałkami sakralnymi w
zupełnie nieprawdopodobny sposób, nieoczekiwanie przeplatały się
kawałki świeckie wraz z podniecająco nową wersją “Down In The
Alley” i bardzo żywiołową interpretacją “Tomorrow Is Long”
Boba Dylana, z “Beyond The Reef”, hawajskim przebojem Binga Crosby z
roku 1950 , z Red’em śpiewającym wiodącą partie i Charlie’m śpiewającym
drugim tenorem.
Była tu też chwytająca
za serce wersja “Love Letters” - Ketty Lester’a, którą
przedstawił (pianino/
organy), David Briggs.
David Briggs, który
przybył z miasta Muscle Shoas (po zagraniu w kilku wcześniejszych
hitach soul i kilku sesjach Feltona) był na śmierć przerażony
perspektywą udziału w tej sesji.
Miał zastąpić Floyd’a
Cramer’a dopóki ten nie dojedzie.
“Zazwyczaj Elvis nie
przychodził wcześnie, ale tym razem przyszedł już wczesnym wieczorem
gotów do pracy ” -
powiedział Briggs. “Pierwszą piosenką jaką chciał się zająć
była “Love Letters”, która cała jest na pianino. Musiałem więc
grać. Dopiero co się spotkaliśmy, a już 5 minut później siedziałem
przy nim na stołku, a on przy pianinie. Po chwili wstał, przeszedł na
drugi koniec studia - wrócił, przesunął tam pianino, zgasiliśmy
wszystkie światła,
a na pianinie postawiliśmy świece. Sytuacja była podniecająca i w tym
momencie wszedł Floyd, więc powiedziałem :
‘ Wspaniale człowieku,
chodź tu i graj , a ja podszedłem do organów, ale wtedy Elvis spytał
:
‘Gdzie jest ten chłopak?
Chciałbym usłyszeć jak gra.’. ‘O cholera, ‘,pomyślałam,
‘teraz będę grał nie tylko z Elvisem, ale jeszcze przed
Floyd’em‘, kiedy już skończyliśmy słuchał tego jeszcze 50
razy“.
Było to spotkanie pod
wieloma względami podobne do pierwszej po wojsku sesji z Elvisem rzucającym
się w wir muzycznych pomysłów i Felton’em podążającym dokładnie
za nim.
Nie wyczuwało się
poczucia zmieszania w obecności nowych twarzy w studio, ani poczucia
samoświadomości w sakralno-świeckiej mieszance – kiedy chciał
szybki kawałek gospel, po prostu odwracał się do Jake Hess’a i pytał
czy ma coś odpowiedniego.
“Ty mogłeś ..”
powiedział
Felton, “do
pewnego stopnia przedstawiać swoje propozycje, ale Elvis jak gdyby trzymał
się swoich koncepcji - on wiedział czego chce i ty nie mogłeś wpłynąć
na niego, on dążył uparcie do swojego celu. Mogłeś mieć harmonijny głos
i śpiewać jeden werset w ostatnim chórku, mógłbyś go zaczynać osiem
razy zanim weszli, a Elvis i tak powiedziałby :
‘Zacznij jeszcze raz i
tak ciągnij, żeby oni to poczuli’.
Przebywali tu trzy noce i
trzy i pół dnia (czwartej nocy przyszli około pierwszej) i Elvis
stracił poczucie czasu, kiedy przesłuchiwał to wszystko z
niewiarygodną przyjemnością.
Dla Feltona nagrania nie
mogły być lepsze i był przekonany, że dla Elvisa również.
“Wiesz
..” powiedział Elvis do Felton’a przy jakiejś kolejnej okazji -
“śpiewanie
sprawia, że
dobrze sięczuję,
po prostu przeszywają mnie dreszcze .... tego uczucia nie można kupić
za żadne pieniądze. Cokolwiek śpiewam jestem z tego dumny. Przechadzam
się i mówię : ‘To jest dobre ... sprawia że czuje się dobrze’.”
“Nie
mogłem ruszać jego wcześniejszego materiału. To była niesamowita
sprawa. Mówili :
‘Nie graj jego materiału
... jesteś przecież roztropny, włożyłeś w sesje Elvisa tyle
rozwagi i tak trzymaj. Tutaj utopiono wiele pieniędzy. Wszyscy wiedzą,
że gdyby nagrał “doga” to i teraz rozszedłby się w ilości 500
tysięcy egzemplarzy.Trzeba uważać na to co się mówi, jak się mówi
i do kogo się mówi”
Felton Jarvis
Felton znalazł się pod
nie mniejszym naciskiem niż Steve Sholes – nie miał możliwości zwoływania
sesji czy przedstawienia piosenek do nich, inaczej niż za pomocą kanałów
do tego przeznaczonych. Mimo całego entuzjazmu jaki wkładał w pracę,
nie był w stanie zaprowadzić porządku w bezładnym życiu Elvisa.
Po czerwcowej sesji, następna
odbyła się w marcu 1967 r. i zaowocowała nagraniem romantycznej
ballady, “Suppose”.
Elvis odwiedził studio w
Nashville tylko dlatego, ponieważ po rozpoczęciu zdjęć do
“Clambake” miał wypadek pod prysznicem. Zażenowany, przygnębiony
i z nadwagą, wziął kilka tygodni urlopu aby pozbierać się i dojść
do formy.
Kiedy wrócił do studia
we wrześniu panował tam zupełnie inny porządek. Za stanowczą namową
kierownictwa, trzymał się z daleka od rozrywek. Porzucił nie tylko
spirytualne studia, ale i duchowego doradcę – Larry Geller’a, który
odegrał kontrowersyjną rolę w
ciągu ostatnich trzech lat w jego dotychczasowym życiu.
Na sesję przyniósł
piosenkę, zdecydowany ją nagrać.
“Guitar Man”, był
hitem country - autora Jerry Reed’a, starego przyjaciela Jarvis’a z
Atlanty, która niemal idealnie pasowała do Elvisa. Opowiadała o
muzycznych wzlotach i upadkach.
Spodobała mu się i odkąd
po raz pierwszy usłyszał ją w radio na Wybrzeżu, chciał ją nagrać.
Kiedy w studio zabrali się
za nią, to z biegiem czasu, Elvis stawał się coraz bardziej przygnębiony.
Według Feltona “pracował
nad nią i pracował, starając się wydobyć właściwy dźwięk, aż
spytałem - ‘ Elvis, czy chcesz aby gitara brzmiała jak u Jerry
Reed’a ? - odpowiedział ... ‘ Felton, tak powinno być ! ‘ - a ja
na to ... ‘Dobrze, a więc jedynym wyjściem jest ściągnięcie Jerry
Reed’a i niech on to zrobi ‘.”
Wezwali Reed’a, który w
tym czasie pojechał na ryby. Kiedy wreszcie przyjechał, przypominał -
jak powiedział Felton “prawdziwego dzikusa z Alabamy”. Wiadomo, nie
golił się z tydzień, miał na sobie stare ubranie, na którym widniały
zaschnięte kawałki ziemi.
Wszedł, Elvis spojrzał
na niego i zawołał : “Boże, miej litość ! Kto to jest?”
Zupełny entuzjazm (lub
przynajmniej zupełny) z którym zaczęli sesję, był pożądanym nie
tylko aby wykonać piosenkę [...]. Elvis
i zespół nie zatrzymali się na “Guitar Man”, ale weszli w rockową
“What’d I Say” - Ray
Charles’a. Prowadzili ją minutę lub dwie (ta wersja jest na jednej z
płyt tego zestawu), a kiedy ją skończyli, zabrali się za klasycznego
bluesa - “ Big Boss Man”.
“Ta sesja przypominała
przekładaniec” -
opowiadał
Reed, który nigdy wcześniej nie pracował z Elvisem, “ ... przypominam
sobie, że byłem cholernie zdenerwowany, nie mogłem grać, ale on był
naprawdę podekscytowany a to ekscytowało mnie. A kiedy Elvis miał coś
w duszy jego oczy zaczynały błyszczeć i chłopie, rzeczywiście
wszystko mogło się zdarzyć.”
Z przyczyny jednego
“drobnego” problemu, spędzili całą noc zastanawiając się jak go
rozwiązać. Wcześniej nikt nie martwił się o prawa autorskie Jerry
Reed’a. Według słów Scotty Moore - “przycisnęli
Jerry'ego do muru, ale on nie chciał sprzedać praw.”
“Pamięta jak pytałem,”
wspomina Reed -
“dlaczego nie powiedzieliście mi zanim przyjechałem, zaoszczędziłoby
to czas wszystkim ... ‘Zmarnowaliście
czas Elvisowi‘, zacząłem się podniecać ... ‘zmarnowaliście
czas wszystkim muzykom, RCA i mój. Nie mam zamiaru sprzedawać swojej
duszy !”
“Problem ten, stał się
kością niezgody”, opowiadał
beznamiętnie Freddy Bienstock,
“a Elvis na dobrą sprawę nie chciał być w to wplątany". Mówiąc
inaczej gdyby chciał, mógł naciskać na Reed’a, ale nie zrobił
tego. Sprawiał wrażenie, że jest to dla niego odrażające i “Elvis
Presley & Gladys Music” nie otrzymali niczego”.
Było niemożliwe dla
niego aby tego dnia być miłym w stosunku do Reed’a czy zarządu i
faktycznie w rezultacie wrócił do domu bez nagrania żadnej innej
piosenki. Reszta sesji była jakby przyćmiona - dobry nastrój prysł,
brakowało odpowiedniego materiału, powróciło coś w rodzaju
bezcelowości, braku ukierunkowania co położyło wiele wcześniejszych
sesji.
Takie numery jak
“He-Heel Sneakers” czy Eddy Arnold’a - “You Don’t Know Me” i
“Just Call Me Lonesome” były idealne jako piosenki, ale nie pasowały
do Elvisa.
W dalszym ciągu dominowały
interesy koncernów, wydawca nie był w stanie dostarczyć nowego,
ekscytującego materiału, a przedstawiciel A & R odżegnywał się
od wszystkiego i nawet Felton nie mógł pomóc -mimo, że czuł się
zniechęcony.
Następna sesja w
styczniu, bardziej dramatycznie niż kiedykolwiek obrazuje sidła w
jakie wpadła muzyczna organizacja -The Elvis Presley. Pierwotnie była
przewidziana jako sesja albumowa, a zakończyła się będąc
finansowana przez MGM, która potrzebowała jednej lub dwóch piosenek
do filmu “Stay Away Joe” (ostatecznie, jedną z nich włączono do
filmu, podczas gdy drugą włączono jako bonus do albumu
“Speedway”).
Zły nastrój potęgował
się w miarę jak Elvis odrzucał jedną po drugiej proponowane przez
wydawcę piosenki. W końcu Jerry Reed, który brał udział w sesji
wnosząc czyste brzmienie do jednej z zarejestrowanych na taśmie
piosenek ( “Too Much Monkey Bussines”, Chuck’a Berry), wspomniał,
że ma piosenkę i zagrał ją Elvisowi, trochę potajemnie w holu.
Był to jakby recytowany
blues, zatytułowany “US Male”, który pasował do Elvisa i jego
stylu i wkrótce zaczął zdobywać pozycję największego hitu od czasu
“Puppet On A String” z roku 1965.
W tym momencie
Felton był w kabinie i wiedział, że Elvis wyraźnie pragnie nowego,
prowokującego materiału i wiedział, że ma (Felton) grupę błyskotliwych
młodych muzyków, którzy zachęceni sukcesem “How Great Thou Art”,
wspaniale pracowali jako zespół
- wiedział także, że ma 33-letniego piosenkarza “konia
roboczego”, który aż się rwie do pracy, a on po prostu nie ma dokąd
z nim pójść.
Odbywało się to w
atmosferze zbliżającego się Singer TV Special. Colonel zawarł umowę
z NBC, że za jednym zamachem połączą TV Special z filmem co mogłoby
przynieść milion dolarów zysku.
Jak miało wyglądać show
było niejasne jeszcze na kilka tygodni przed rozpoczęciem realizacji.
Colonel wyobrażał sobie
go jako typowy program świąteczny z hymnami, kolędami, a także z miłosnymi
standardami. Innego zdania był zespół producentów - Steve Binder /
Bones Hove i zdecydował się przeciwstawić tym pomysłom.
Dwa tygodnie przed próbnym
nagraniem, realizatorzy nie byli jeszcze pewni co przygotował Elvis, a
jeszcze bardziej nie byli pewni na co gotowe jest wyrazić zgodę
kierownictwo.
Całą sprawę wziął w
swoje ręce dyrektor muzyczny, Billy Goldenberg - zestawił piosenki, które
zaklasyfikowano jako nadające się do wykorzystania i przeszedł do
systematycznej pracy z Elvisem.
Z źródeł zbliżonych do
gwiazdy dobiegały Goldenberg’a ostrzeżenia, iż Elvis nigdy nie
pracował z orkiestrą
- więc nic dziwnego, że Billy czuł się zaniepokojony, ale obiecał
nie wtrącić słowa krytyki jeśli Elvisowi coś z nią nie wyjdzie.
I kiedy usiadł z
piosenkarzem znalazł innego Elvisa - niż ten, którego przez długi
czas ukazywano. Zobaczył tego samego, którego pierwotnie odkrył Sam
Phillips - tego samego, którego znał Felton. Odkrył wrażliwość
kryjącą się w muzyce Elvisa i w jego osobowości.
Kiedy zabrali się za długą
“Guitar Man”, która była centralnym punktem programu - Elvis
po raz pierwszy spotkał się w studiu nagrań z 40-osobową orkiestrą.
Billy Golddenberg wspomina
: “Mieliśmy
skrzypce, wiolonczele i francuskie rogi i kiedy już je przesłuchałem
... Elvis wszedł i powiedział : ‘Ach, to naprawdę interesujące, sądzisz,
że potrafię z tym śpiewać ? ‘Oczywiście, odpowiedziałem. Wszyscy
wyszli i zaczęli rozmawiać między sobą, - ‘To nigdy się nie uda,
po prostu nie wyjdzie’, a On spytał : ‘Teraz? Czy mogę spróbować
teraz z orkiestrą ?. ’ Wszedł do środka a ja sprowadziłem orkiestrę
i zrobił całą rzecz zaczynając bardzo cicho, potem głośniej, dopóki
dźwięk nie stał się całkowicie chrapliwy. Był zlany potem, a gdy
skończył powiedział :‘Chcę zrobić to jeszcze raz’–
nie mógł nasycić się tym brzmieniem.”
A kiedy przyszło do
nagrania “If I Can Dream” (finałowej piosenki, którą jak mówi
Steve Binder - napisano w ostatniej minucie jako wyraz protestu przeciw
morderstwom na Bobby Kennedym i Matinie Luterze Kingu i która stanowiła
dramatyczne wyznanie nadziei na przyszłość spokojną, bez terroru),
to według słów co-producenta - Bones Howe, Elvis był nią bardzo
podekscytowany : “Powaliłem
go piosenką na podłogę wraz z mikrofonem, a on śpiewał przed sekcją
rytmiczną zupełnie zszokowaną i też całkowicie powaloną na kolana
jego wykonaniem. Muzycy siedzieli z otwartymi ustami .... nigdy dotąd
nie widzieli czegoś podobnego. Kiedy skończył i wyszedł otworzyliśmy
jego wokal a kiedy postanowił powtórzyć zgasiliśmy wszystkie światła
a on śpiewał w ciemności”.
“Zwolnili wszystkich
do domu” - dodaje
Binder, “i w
ciemnym studio został tylko Elvis. Śpiewał miotając się na
cementowej podłodze na tle szyby pokoju kontrolnego. Zrobił trzy a może
cztery próby i ponownie przyszedł do kontrolki. Graliśmy to jeszcze z
piętnaście razy”.
Oglądając później
fragmenty całego show z Binder’em i Howe’em - Elvis “śmiał
się i klaskał,
myślę, że podobało mu się, ponieważ obejrzał to ze cztery razy i
powiedział : ‘Wiecie, już nigdy nie zaśpiewam żadnej piosenki jeśli
w nią nie uwierzę’ - a mówił to zupełnie poważnie”.
Może nie wszystkie plany
zostały zrealizowane, ale z pewnością był to pomost umożliwiający
rok później powrót Elvisa do występów na żywo. i doprowadził do
bardziej bezpośredniego powrotu do domu.
W styczniu 1969 r, tuż po
pełnym triumfu występie w telewizyjnym show i gdy “If I Can Dream”
była ciągle na szczycie listy przebojów przekształcając się w
najlepiej sprzedającą się płytę od czasu “Crying In The Chapel”
z roku 1965, Elvis wrócił do Memphis na pierwszą sesję nagraniową -
od czasu kiedy rozstał
się z Sun Records 14 lat wcześniej.
13 stycznia przekroczył
drzwi malutkiego Amercan Studio - Clips’a Moman’a, mieszczącego się
w zniszczonej części
Memphis przy 827 Thomas Street. Objął szybkim, sceptycznym spojrzeniem
wszystko dookoła i przystąpił do pracy (“ Na górze między
krokwiami piszczały szczury” - opowiadał gitarzysta Reggie
Young, “to było trochę straszne studio”).
Jak rzadko kiedy bywało w
karierze Elvisa, sytuację w obecnej chwili nie komplikował biznes.
Zdaniem Marty Lacker’a,
vice-prezesa American (w tym czasie) i długoletniego członka
“Memphis Mafia”, decyzja zorganizowania sesji została podjęta w
czasie obiadu w Graceland, przed zaplanowaną przez Nashville datą.
Elvis nie otrzymywał
wielu dobrych piosenek – Lamar do pewnego stopnia domagał się ich więcej,
ale bez samo-zaangażowania ponieważ miał oddzielną umowę z Hill
& Range i był zmęczony klimatem panującym w Nashville.
Wszystkiego czego Presley
potrzebował, to nowego spojrzenia w zupełnie innym miejscu, a American
wówczas, znajdowała się w samym środku 3-letniego pasma sukcesów ze
122 nagraniami na listach przebojów i na dobrą sprawę z tą samą
sekcją rytmiczną akompaniującą od
Wilson’a Pickett’a, Neil’a Diamond’a do własnej lokalnej grupy
The Box Tops.
George Klein - inny dobrze
ustawiony członek świty, który jako autor piosenek miał własną
umowę z Chips’em, tak długo naciskał na American dopóki Red West
nie otrzymał kontraktu z towarzystwem wydawniczym Press Music.
Uważano, że głównym
powodem, dla którego Elvis zjawił się w American była chęć
nagrania przeboju. Zdaniem Feltona “on
po prostu chciał spróbować czegoś innego, przez długi czas robił
te same stare rzeczy i zdecydował się na coś nowego.”
Według punktu widzenia
Feltona, mógłby to być jedyny sposób przełamania wydawniczo
–filmowej hegemonii, która obecnie w Nashville manipulowała nim od
dwóch i pół lat, a on ostatecznie mógłby doprowadzić do takiego
rodzaju nagrań do jakich jego zdaniem Elvis był uzdolniony.
Mogło to oznaczać
konieczność przeniesienia Feltona do studia Chips’a (Chips Moman, co
natychmiast stało się jasne, nie miał zamiaru uginać się przed
kimkolwiek) i rezultaty o czym Felton był przekonany mogłby okazać się
warte tego. Od momentu przystąpienia do pracy nie było żadnych wątpliwości
co do słuszności podjętej decyzji.
Po zwyczajowym powitaniu,
bez fanfar i zamieszania (“Pamiętam, byliśmy podekscytowani
faktem grania z Elvisem “, wspomina perkusista Wayne Jackson, “ale
nie tak bardzo jak to było w przypadku Neil’a Diamond’a”)
rozpoczęli wersją gospel “Long Black Limousine” (opowiadała o
biednej dziewczynie zagubionej w wielkim świecie), którą Elvis
obdarzył pewnego rodzaju osobistym gniewem graniczącym z faktycznym
społecznym oburzeniem w stosunku do obcych.
Po tym utworze, Elvis
przeszedł od bluesów, ballad, współczesnej country - do utworu
“Mama Liked The Roses”
(jest ona hołdem dla macierzyństwa), autorstwa pracownika Studio
American, Johnny Christopher’a - tego samego, który zasłynął
równie szczerym i osobistym utworem – krótko mówiąc, to co śpiewał
reprezentowało w całości pełny rynsztunek nie tylko muzyki Elvisa,
ale i jego wersji muzyki.
Atmosfera była ciepła,
relaksująca, ale niemniej jednak skoncentrowana na kilku piosenkach, które
nie były w pełni wyszlifowane i kiedy Elvis wgryzał się w numer taki
jak : “I’ll Hold You In My Heart (“Till I Can Hold You In My
Arms”) nie można było mu odmówić, że
bardzo się stara – po prostu siadał przy pianinie i sekcja rytmiczna
z wahaniem łączyła się z nim i trwało to tak długo dopóki, dopóty
wszyscy muzycy nie byli przygotowani do pracy.
Piosenkarz i słuchacz
zatracał się emocjonalnie w rytmie i brzmieniu. Tym można tłumaczyć
gorącą atmosferę sesji a potęgowały tą gorącą atmosferę
okoliczności, których nie można było przewidzieć.
Traf chciał, że Roy
Hamilton, wspaniała gwiazda r & b oraz jeden z idoli Elvisa (
“You’ll Never Walk Alone”, “Unchained Melody, “ I’m Gonna
Sit Right Down And Cry”), pracował w klubie w Memphis i podczas dnia
nagrywał w studio Chips’a.
Kiedy Elvis dowiedział się
o tym, był bardzo podekscytowany - “Jak myślisz, nie będzie
miał nic przeciwko temu, jak wejdę i popatrzę ?”, spytał
George’a Klein’a, który akompaniował mu podczas sesji. Przez dwa
dni Elvis przychodził do studio na nagrania Hamiltona, zrobił sobie z
nim zdjęcie i oddał piosenkarzowi utwór, który zamierzał sam nagrać
mówiąc : “Byłeś
moim natchnieniem.”
“Człowieku, jak on śpiewał
!” - z przejęciem
opowiadał autorowi piosenki (Dickey Lee) - nieświadomy rozczarowania
jakie ten czuł tracąc nagranie jej przez Elvisa.
Czyż mógłby być większy
honor (co Elvis całkiem słusznie podkreślał) mieć piosenkę nagraną
przez Roy’a Hamiltona.
W pierwszych dnich,
10-dniowej sesji (Elvis opuścił kilka dni z powodu infekcji gardła i
wrócił miesiąc później na blisko tydzień) nagrał dwie piosenki,
które przypieczętowały sukcesem eksperyment i z powrotem umieściły
go na szczycie listy przebojów.
Stanowiły tak
nieprawdopodobną parę jakiej nie można było sobie wyobrazić sześć
miesięcy wcześniej : piosenka Mac’a Davis’a będąca wstrząsającym
opisem stosunków społecznych (jeśli nie jawnym protestem), a
uduchowiona kompozycja Mark’a James’a, która była wymierzona w
skomplikowane stosunki świata dorosłych, odrzucających zarówno namiętność
jak i ból.
“In The Ghetto”, była
właśnie takim rodzajem piosenki, jakich wystrzegał się celuloidowy
Elvis i jedną, która pewnej grupie ludzi ze świty Elvisa sprawiała
problem z “image “.
Piosenka była znana zarówno
Felton’owi (znał Davis’a od lat z Atlanty) jak i Chips’owi i była
w czołówce 17 piosenek, które zaproponowano Bill’owi Medley z
Righteous Brothers.
Początkowo Chips myślał,
żeby nagrał ją były piłkarz Roosevelt Grriel, który wzrastał w
getcie i miał umowę z AGP. Kiedy Elvis po pewnym wahaniu postawił
jasno sprawę, że identyfikuje się z tą piosenką i że chce ją robić,
był to koniec jakichkolwiek dyskusji – wszyscy zawinęli rękawy i
wzięli się do pracy. W przypadku Chips’a oznaczało to, że przejął
rolę aktywisty jakiego przy Elvisie nie pełnił nikt od czasu Sama
Phillips’a.
Chips był w pewnym tego słowa
rodzaju “przeczekiwaczem”. Zdaniem Reggie Young’a, wierzył w
przeczekiwanie dopóki wszystko się wyklaruje, ale nie oznaczało to,
że miał zamiaru trzymać “buzię na kłódkę”. Gdyby Elvis był
nudny, Chips miał zamiar mu o tym powiedzieć i to nie zależnie od
tego co by ktoś z jego otoczenia pomyślał.
“Każda piosenka, nad którą
pracowaliśmy” -
wspomina
Reggie Young, “ była
w naszych wyobrażeniach potencjalnym numerem jeden. W “In The Ghetto”
naprawdę się wczuł i wyglądało to tak, jakby w końcu robił piosenkę,
którą rozumie i czuje. Włożył w nią część swojej duszy ... musiała
nim wstrząsnąć. W tym czasie entuzjazmował się tym co robi i naprawdę
przejmował się.”
Jeszcze bardziej godne
uwagi były pasja i uczucie jakie przelał w “Suspicious Minds”,
która niezupełnie przypadkowo była ostatnią piosenką tej sesji.
Nastąpiło wielkie
uderzenie firmy wydawniczej na piosenkę, ale Chips wyszedł z tego
zwycięsko po tym jak zagroził całkowitym skasowaniem sesji :
“Wiecie co wam powiem chłopcy ?, zwrócił się do zgromadzonych
tłumnie przedstawicieli RCA, wydawnictwa i zarządu, “ Przyjmijcie
do wiadomości fakt, że ta sesja jest kosztowna. Zrobię ją za darmo,
ale nigdy już nie wrócicie do studia.” Niemniej jednak piosenkę
(którą rok wcześniej autor, Mark James przeznaczył dla Scepter)
odsunięto od nagrania.
Według George Klein’a,
kierownictwo “starało
się trzymać Elvisa z dala od tej piosenki. Sesje były dobre, mieli
kilka hitów, ale ostatniego dnia wzięli się za dubbingi. Poszedłem
do Joe Esposito, który był prawą ręką Elvisa i powiedziałem poważnie
- ‘Joe, muszę z tobą porozmawiać. Jestem gotów położyć na szalę
całą moją radiową karierę dla tej piosenki ‘, a on na to : ‘O
czym ty mówisz ?’ - ‘
Chodzi mi o “ Suspicious Minds”, Elvis jeszcze jej nie dostał.
‘Tak ? Mamy kilka
wspaniałych piosenek.’ - ‘Joe,
na miłość Boską, to jest piosenka Nr 1 dla Elvisa ! Jeśli powiem to
Elvisowi, a on wie, że
Chips i ja jesteśmy przyjaciółmi, może pomyśleć, że chcę go
wybadać ponieważ sam chcę ją wydać lub coś w tym rodzaju. Ty
porozmawiaj z Elvisem. Joe ty nie masz takiego ucha jak ja, ale nie
jesteś głuchy’ - ‘Masz rację, to wspaniała piosenka.’
Joe poszedł i porozmawiał
z Elvisem i jeszcze tej nocy nagrali ją. Była to jedna w najbardziej
skomplikowany sposób opracowana piosenka w jego karierze - tym razem
rywalizował talent z aspiracją. Reggie Young grał na Super 400
Gipsonie – gitarze Scotty Moore. Wcześniej, Scotty podarował ją
Chips’owi, który w przyszłości będzie się chlubił nią jako
największą pamiątką z muzycznego biznesu. Grali tę piosenkę w kółko
i wszyscy byli nią porażeni. Felton, kiedy zwinął sesję o siódmej
rano był także w zupełnej ekstazie.
W wywiadzie jaki w tym
czasie udzielił Elvis reporterowi James’owi Kingsley z Comercial
Appeal, stwierdził, że jest zadowolony z sesji, która była jedną z
tych napędzających sprzedaż pyłt i do tego nie była związana z
filmem.
“Moim zdaniem, Memphis
jest miastem”,
powiedział
Elvis (w czasie wywiadu) i wtedy zwrócił się do producenta ... “ciężko
pracujących artystów.”, a następnie spytał :“Mamy
trochę hitów, prawda Chips ?”, “Być może kilka twoich !” -
pada odpowiedź.
Dwutygodniowa sesja w
lutym, po trzech tygodniach przerwy była także godna uwagi.
Tu powstały : bluesowa
“Stranger In My Own Home Town” dorównująca nawet “ Reconsider
Baby”, “True Love Travels On A Gravel Road” (oryginalny numer
country Dallas’a Frazier’a i A.L. “Doodle” Ovens’a, hit Percy
Sledge na liście soul), “After Loving You” (jeden z najbardziej
wyrazistych i pełnych pasji numerów Elvisa w stylu country,
zaliczanych do standardów Eddy Arnolda), “ Power Of My Love” (mocny
pop- blues) i “Kentucky Rain” – współczesna country najbardziej
dojrzałego gatunku.
Prawdopodobnie szczytowym
punktem trwającej sześć nocy sesji, była jego wersja, “Only The
Strong Survive” - Jerry Butler’a, która otwierała listę soul i której
Elvis nadał swoje własne piętno nie tyle w głównej ile w
recytowanej części piosenki.
Przez całą sesję czuło
się w tle dziką desperację przeciwstawioną rzeczywistej beztrosce
– wyglądało tak, jakby poczucie śmierci wkradło się, chwyciło
piosenkarza za gardło i w końcu zawładnęło nim bezpośrednio.
Wyrażone jest to w ochrypłym
wokalu, który można przyjąć jako zamierzony efekt, lub nie -
przechodzący w ostrość śpiewanych namiętnie przekleństw, które
nagle się urywają (jak
w “Suspicious Minds”) i na dobrą sprawę nie ma przejścia i efekt
jest wstrząsająco prawdziwy w sposób, który nie mógł być
przewidywalny czy świadomie odtworzony.
“In The Ghetto” weszło
na listy w maju, “Suspicious Minds” było hitem Nr 1 a “Don’t
Cry Daddy”, “Kentucky Rain” i “Mama Liked The Roses” zostały
sprzedane w ilości jednego miliona każda.
Podczas gdy Felton podkładał
głosy na ”In The Ghetto” i rogi na “Suspicious Minds”, Elvis w
lipcu w Las Vegas otwierał pierwszą serię swoich występów na żywo,
które trwały osiem lat.
Pomimo sukcesu sesji,
Elvis nigdy nie wrócił do Studio American, gdzie dobry nastrój płynący
z muzyki znikał w kotłowaninie zazdrości i ranił uczucia.
Sesje w Memphis stały się
pomostem powrotu Elvisa do Nashville, gdzie pod kierownictwem samego
Feltona odbył 4-dniową sesję-maraton, podczas której nagrał ponad
30 tytułów.
Zastój został
definitywnie przełamany, ale co ważniejsze został ustanowiony
kreatywny wzorzec Elvisa.
W końcu dekady ustalił
się standard, według którego jego muzyka będzie na zawsze oceniana :
“Musisz być
silny, żeby utrzymać się” deklarował
Elvis z niemal przerażającą zaciekłością w
“Only The Strong Survive”.
Wkroczył w nową dekadę
z przeświadczeniem siły i wiary w przyszłość.
Wiedział, że jakoś,
prawie na przekór jemu samemu - muzyka zwycięży.