(Richard
Peters: “Elvis. The Music Lives On
– The Recording Sessions, 1954 – 1976)
“GUITAR
MAN”
(1) 1966
– 1969
Wchodzący
wieczorem 25. maja do studia B Felton Jarvis, który w drugim,
bardziej dojrzałym okresie kariery Elvisa, uwieńczonym osiągnięciem
artystycznych szczytów, miał kierować jego pracą w studiach
nagraniowych, zaledwie od sześciu tygodni zatrudniony był w
Nashville, gdzie pełnił funkcję dyrektora administracyjnego.
Decyzję o powierzeniu roli producenta Elvisa właśnie jemu podjął
Chet Atkins, którego ostatnie lata dobitnie przekonały, że zamiłowanie
jego gwiazd do pracy w nocy odbija się zbyt niekorzystnie na jego własnym
życiu prywatnym. Kierowało nim także dziwne przeczucie, że Elvis
i Felton, zbliżeni wiekowo, mogą się bardzo dobrze uzupełniać.
Naprawdę rzadko Atkins miewał przeczucia bardziej trafne –
rzadko też prowadziły one do tak wspaniałych rezultatów.
Jarvis,
urodzony na przedmieściach “ Music City”, jak powszechnie określano
Nashville, muzykę miał najwyrażniej we krwi, a do świata show
businessu wkroczył jako – by posłużyć się jego własnymi słowami
– “ kiepski imitator Elvisa”.
Podobnie jednak jak Sam Phillips, dość wcześnie zdał sobie sprawę
z faktu, że jako artysta estradowy nie ma przed sobą żadnej
przyszłości, może jednak pracować w branży muzycznej jako
niezależny producent płytowy. Jego optymizm został nagrodzony z
chwilą, gdy pokierował nagraniem szeregu przebojowych singli
artystów tak znanych i popularnych, jak Fats Domino i Tommy Roe, z
póżniejszym hitem nr 1, “Sheila”, włącznie. Sukces tych
nagrań zwrócił uwagę RCA. Zaproponowano mu pracę, którą – z
uwagi na generalnie
rzecz biorąc niepewny charakter życia w charakterze “wolnego
strzelca” – Felton przyjął.
W najśmielszych
jednak snach nie mógł sobie wymarzyć, że zaledwie sześć
tygodni póżniej stanie przed szansą objęcia funkcji kierownika
artystycznego i producenta płyt artysty, który w wytwórni był
niekwestionowanym królem. Felton od lat był fanem Elvisa i teraz
miał ponosić osobistą odpowiedzialność za nagrywanie głosu, który
tak bardzo poruszył jego zmysły.
“Myślę, że
jednym z powodów, dla których od początku szło nam tak dobrze,
było nasze podobne, zwariowane poczucie humoru”, powiedział w
styczniu 1981 r. w jednym ze swych ostatnich wywiadów, udzielonym
na krótko przed śmiercią.
“Czy pamiętacie, że Elvis hodował kiedyś szympansa?
Cóż – ja także miałem swojego ulubieńca – 13- stopowego boa
dusiciela ! Trzymałem go w worku z konopii na podłodze swego biura
i uwielbiałem wprost patrzyć na wyraz oczu ludzi obecnych w studiu
w momencie, gdy worek zaczynał się poruszać. Kiedy Elvis zobaczył
to po raz pierwszy, po prostu skręcał się ze śmiechu i powiedział
, że jest to najbardziej zwariowana rzecz, jaką kiedykolwiek
widział”.
Podobnie jak
Elvis, Felton umeblował swoje biuro w sposób upodobniający je do
“pokoju – dżungli” i podobnie jak Elvis, uwielbiał wszelkie
żarty i psikusy. Zawsze też starał się odprężyć ludzi, z którymi
miał pracować, opowiadając dowcipy i wymyślając przeróżne
gry, dzięki czemu szybko zyskał opinię człowieka, któremu praca
z ludżmi pozbawionymi poczucia humoru sprawia ogromną trudność.
A sam Elvis polubił go oczywiście od początku.
Troska nowego producenta o jego sławnego podopiecznego objawiła się
już nocą, która stanowiła początek ich pierwszej wspólnej
sesji nagraniowej, gdy pozwolił każdemu z obecnych w studiu na
wybranie i zajęcie miejsca, które mu najbardziej odpowiadało oraz
zapewniało maksymalny komfort psychiczny. Nie miał zamiaru narzucać
tempa pracy i to nie dlatego, że onieśmielała go pozycja Elvisa
– to raczej instynkt podpowiadał mu, że właśnie w ten sposób
będzie mógł osiągnąć najlepsze efekty.
Oprócz
starego, wiernego teamu – Scotty’ego, D.J.Fontany, Floyda
Cramera oraz grupy “The Jordanaires” – tej nocy w studiu
pojawił się także młody trębacz o nazwisku Ray Stevens, który
w przyszłości sam miał zrobić wielką, choć krótkotrwałą
karierę jako wokalista country; grający na organach David Briggs;
gitarzysta Chip Young oraz jeden z najbardziej zapracowanych muzyków
sesyjnych w Nashville, Peter Drake, znany wszystkim jako “Sneaky
Pete”, który grał na steel guitar. Wynajęto ponadto kwartet
wokalny “The Imperials” (Jake Hess, Gary Mc Spaden, Armond
Morales i Sheril Nielsen), który miał stanowić uzupełnienie
“The Jordanaires”. Obydwie grupy tworzyły akompaniament wokalny
w pierwszym nagraniu zrealizowanym przez Elvisa dla Feltona Jarvisa,
którym była utrzymana w szybkim tempie stara pieśń gospel “Run
On”, zaaranżowana i zaadoptowana przez samego Elvisa. Jarvis,
przebywający w pokoju kontrolnym, z ogromną pieczołowitością
wyrównywał poziom mikrofonów, wpatrując się jastrzębim
wzrokiem w konsoletę i rejestrując każdy niuans głosu Elvisa z
wyrazistością i precyzją, których tak bardzo brakowało podczas
nagrań ścieżek dżwiękowych większości jego filmów. Podniosły
nastrój nie zmienił się dzięki “How Great Thou Art”,
klasykowi Stuarta K.Hine’a, który Elvis zaśpiewał wyjątkowo pięknym,
aksamitnym i pełnym głosem. Opowiadano póżniej, że wykonanie to
poruszyło kilku muzyków i techników do łez i dla nikogo nie
stanowił zaskoczenia fakt, że jest ono uznawane za jedną z
najlepszych studyjnych interpretacji Presleya. Część muzyków
musiała być z pewnością ogromnie zaskoczona, gdy Elvis oświadczył,
że ma zamiar nagrać swą własną wersję piosenki Boba Dylana
“Tomerrow Is A Long Time”.
Istniały jednak
opinie, że słowa tego utworu nie dawały Elvisowi spokoju od
chwili, gdy po raz pierwszy usłyszał oryginalne nagranie i, w
zestawieniu z tym, co robił przez kilka ostatnich lat w zasadzie
nie trudno to zrozumieć. W każdym bądż razie oddał tekst w sposób
tak niezwykle emocjonalny, że niemal oszołomił wszystkich
obecnych w studiu. Był to przy tym pierwszy przypadek, gby nagrał
utwór trwający dłużej niż pięć minut. Jedyną rzeczą godną
pożałowania jest fakt, że RCA natychmiast nie wypuściła tego
znakomitego utworu w postaći singla. Zamiast tego postanowiono
uzupełnić nim LP, na którym zarejestrowano ścieżkę filmu “Spinout”.
Gdyby stało się inaczej, nowy etap kariery Elvisa mógłby z
powodzeniem rozpocząć się znacznie wcześniej, niż miało to
miejsce.
Po nagraniu “Tomorrow Is A Long Time” przyszła kolej na nowe
wersje dwóch innych przebojowych singli – pochodzącej z 1962 r.
piosenki Ketty Lester, “Love Letters” oraz “ Fools Fall In
Love”, którą Leiber i Stoller napisali w r. 1957 dla grupy
“The Drifters”.
Przed rozpoczęciem rejestracji “Beyond The Reef”, podczas której
Elvis, wspierany wokalnie przez dwójkę swych przyjaciół, Reda
Westa i Charlie’ego Hodge’a, sam grał na fortepianie, Felton
Jarvis wszedł do studia, by kierować pracą akompaniujących muzyków.
Cała sesja trwała cztery noce, podczas których nagrano 18 nowych
utworów. Rankiem 28. maja, tuż po wschodzie słońca, Elvis
poprosił wreszcie o jej zakończenie. Znak w postaci uniesionego
kciuka, który otrzymał od Feltona Jarvisa, miał być póżniej
powtarzany przez fanów na całym świecie, gdy zaczęto wypuszczać
piosenki nagrane w czasie tych gorących, wiosennych nocy.
A gdy w roku 1967 na rynku ukazał się album z utworami
religijnymi, zatytuowany “How Great Thou Art”, w pełni zasłużenie
przyniósł Elvisowi jego pierwszą nagrodę Grammy.
Felton Jarvis, któremu
zależało na zdyskontowaniu sukcesu tej sesji – i związanej z
nim osobistej satysfakcji Elvisa – początek następnej wyznaczył
na 10. czerwca, zaledwie dwa tygodnie póżniej. Ponieważ chodziło
o nagranie bożonarodzeniowego singla, utworu “If Every Day Was
Like Christmas” autorstwa Reda Westa, Jarvis polecił przynieść
choinkę, a następnie – udekorowaną od góry do dołu – ustawić
w rogu studia. Migoczące na niej czerwone światła świeciły
jasnym blaskiem, jakim – zgodnie z powszechnymi nadziejami i
oczekiwaniami – rozbłysnąć miała teraz kariera Elvisa.
Z towarzyszeniem niemal identycznej, co poprzednio, grupy muzyków,
pracujących w cieniu tej choinki aż do godziny pierwszej po północy,
Elvis nagrał również dwa inne utwory: spokojną, romantyczną
balladę “I’ll Remember You”, autorstwa Kuikalini Lee oraz
hipnotyczną, nastrojową “Indescribably Blue” Darella Glenna.
To właśnie wtedy Jarvis ustalił schemat, według którego miały
przebiegać wszystkie póżniejsze sesje Elvisa. Do wielu wymyślonych
przez niego tricków, mających na celu wprowadzenie piosenkarza w
dobry nastrój, należało bezgłośne, oparte na ruchach warg “śpiewanie”
przez szybę studia, zsynchronizowane z jego głosem czy też naśladowanie
scenicznych ruchów Presleya. Na twarzy artysty niezmiennie pojawiał
się szeroki uśmiech, który w dwójnasób wynagradzał wysiłki
Jarvisa.
Jednak – niezależnie od tego wszystkiego – Felton zachowuje
daleko idącą powściągliwość i skromność, gdy mówi o swoim
wkładzie w powstanie legendy Elvisa.
“Cała moja zasługa sprowadza się do robienia tego, co chciał”,
powiedział kiedyś,
“Wybierał piosenki, opracowywał aranżacje, mówiąc przy tym każdemu,
czego od niego oczekuje. Prawie nigdy nie rozpisywał aranżacji.
Najczęściej miał je w głowie. Rozumiesz, był bardzo lojalny w
stosunku do swoich przyjaciół i przez całe lata grał z tymi
samymi muzykami. Ponieważ byli jego przyjaciółmi, gdy tylko
przybywał do studia, podchodzili do niego i – przed rozpoczęciem
pracy – przez chwilę rozmawiali z nim swobodnie na osobności.
Niektórzy z tych ludzi mogli Elvisa nie widzieć od miesięcy,
dlatego też przed rozpoczęcim sesji zbierali się w rogu studia,
otaczając go kręgiem. A muzyka powstawała po prostu w miarę
rozwoju sesji”.
“Elvis zawsze musiał nagrywać to, co stanowiło odbicie jego
nastroju w danym momencie. Chciał “czuć” właściwą piosenkę
we właściwym, odpowiednim dla niej czasie.
Dla przykładu: gdy RCA chciała mieć album gospel, Elvis prosił o
możliwość spędzenia tygodnia w studiu i śpiewał wszystko, co
przyszło mu do głowy w danej chwili – bluesa, rocka, pop,
gospel. A potem, pod koniec tygodnia, miał już przygotowane utwory
gospel i to w ilości, która z powodzeniem wystarczała na
skompletowanie albumu”.
“ Były noce, podczas których nie nagrano ani jednego utworu,
ponieważ Elvis po prostu dobrze się bawił, skacząc wokół
studia jak koń – razem z innymi muzykami. Kiedy zaczynał się
uczyć nowej piosenki, uczył się jej szybko i pociągał za sobą
wszystkich. Zawsze mówił do każdego faceta obecnego na sesji –
muzyka, technika, kogokolwiek – ‘Cześć, miło Cię znowu
widzieć’ ”.
W pierwszym okresie ich współpracy Elvis był nadal związany
kontraktami ze światem filmu, a Felton wciąż pamięta jedną z
historii, jaką piosenkarz mu opowiedział. Elvis najwidoczniej
chciał, by w jednej z piosenek towarzyszyła mu grupa “The
Jordanaires”, lecz reżyser filmu upierał się, że to niemożliwe.
“Gdy śpiewasz w filmie tę piosenkę, zjeżdżasz samotnie na
motocyklu w dół autostrady”, tłumaczył z naciskiem w głosie
reżyser.
” Więc skąd pojawią się nagle członkowie ‘The
Jordanaires’?” Na co Elvis odparł bez chwili wahania:
“Stąd, skąd pochodzą.!”
Po tych dwóch przełomowych, stanowiących punkt zwrotny sesjach w
Nashville, Elvis powrócił do swych filmowych zobowiązań w
Hollywood, nagrywając ścieżki dżwiękowe do filmów “Double
Trouble”
oraz “Easy Come,
Easy Go”, a następnie równie mało interesujących:
“Clambake”
(nakręcony w lutym 1967 r.)
oraz “Speedway”
(czerwiec
1967).
Dla nikogo nie stanowił zaskoczenia fakt, że wszystkie sprzedawały
się w znikomych ilościach. Dopiero jednak we wrześniu 1967 r.
Elvis ponownie przybył na Południe, by wziąć udział w znaczącej
sesji w “Music City”.
W marcu 1967 r. odbyła się co prawda sesja z udziałem
profesjonalnych muzyków z Nashville, lecz z powodów, które wciąż
jeszcze stanowią zagadkę, zakończyła się ona całkowitym
fiaskiem: nagrano tylko jedną piosenkę, “Suppose”, z zamiarem
włączenia jej do filmu “Speedway”, lecz nawet ona została
zarejestrowana ponownie w czerwcu.