Richard Peters: “Elvis: The Music Lives On
– The Recording Sessions, 1954 – 1976".
 
“GUITAR MAN”
(2)
1966 – 1969



Na sesję, która miała rozpocząć się wieczorem 10. września zaproszono - oprócz stałego zespołu - nowego znaczącego muzyka. Był nim Jerry Reed, ekstrawertyk hojnie korzystający z uroków życia, a przy tym znakomity gitarzysta i kompozytor. Dla potrzeb tej sesji napisał piosenkę "Guitar Man", która jak miała pokazać przyszłość - pomogła Elvisowi powrócić na listy przebojów.
Doskonałe partie gitarowe Reeda można było usłyszeć również w innych utworach, nagranych w trakcie tej sesji.


SP - Guitar Man
"Guitar Man", elektryzujący numer rockowy, w którym Elvis z łatwością mógł odnależć elementy własnej biografii, został zarejesrtowany jako pierwszy. Pełna popisów gitarowych Jerry'ego i Scotty'ego, piosenka ta - jak cała zresztą sesja - na zawsze utrwaliła się w pamięci Reeda.

"Nigdy wcześniej nie doszło do naszego spotkania z Elvisem", mówi Reed. "I nagle dostałem od niego wiadomość - chciał, bym podczas tej sesji grał na gitarze. Więc pojawiłem się, z trzydniowym zarostem na twarzy. Robiłem dla niego wystarczająco dużo pieniędzy i nie byłem po prostu "nikim". Więc traktowałem go tak, jak byśmy znali się od lat. Rozmawiałem z nim tak samo, jak z każdym innym, a on po prostu podszedł do mnie i powiedział: 'Pogadajmy'".
"Powiem Ci, że to był poczciwy chłopak z Mississippi. Szło nam całkiem dobrze. I wiesz co? Ten chłopak był tak przystojny, że to zakrawało na zbrodnię. W pewnym momencie stanąłem tuż przed nim i powiedziałem: 'Słuchaj, chłopcze. Jesteś tak przystojnym facetem, że to doprowadza wręcz do bólu'. Na moment oniemiał. A ja po prostu szybko się oddaliłem, nie dając mu szansy na jakąkolwiek ripostę".

Kombinacja kilku najstarszych przyjaciół Elvisa i ekstrawertyków, którymi byli niewątpliwie Felton Jarvis i Jerry Reed, rozpaliła go w sposób, w jaki nigdy nie udało się zrobić tego ludziom z Hollywood, związanych z produkcją jego kolejnych filmów. Po "Guitar Man", Elvis zabrał się za R & B numer "Big Boss Man", który Charles McCoy wzbogacił swą znakomitą partią wykonaną na harmonijce ustnej. Potem przyszła kolej na utwory z repertuaru innych wykonawców, którym Elvis nadał własny kształt: "High Heel Sneakers" (Jerry Lee Lewis i Stevie Wonder), "You Don't Know Me" (Ray Charles) oraz "You'll Never Walk Alone". Ten ostatni utwór, będący w r. 1963 wielkim przebojem pochodzącej z Liverpoolu grupy "Gerry and the Pacemakers", stanowił pierwszy kontakt Elvisa z brzmieniem Mersey, które wchłonął w siebie póżniej cały świat muzyki pop. Był to kontakt pierwszy, lecz nie ostatni. Ten pełen radości klimat można było bez trudu znależć na ścieżce dżwiękowej filmu "Stay Away Joe", nagranej w pażdzierniku, która daleko odbiegała od wcześniejszych nagrań filmowych Elvisa.

Rok następny, 1968, miał być świadkiem jego triumfalnego powrotu na szczyty nowoczesnej muzyki. Kolejna sesja, która odbyła się w styczniu tego roku w Nashville, miała w sobie tę samą "żyłkę", co jej poprzedniczka. Elvis nagrał soundtrack do filmu "Live A Little, Love A Little". Potem rozpoczął próby do spektakularnego "Christmas Special", który na zawsze wszedł do legendy muzyki pop jako "Return of the King of Rock".

Na styczniowej sesji w Nashville wśród muzyków ponownie pojawił się Jerry Reed i raz jeszcze przywiózł ze sobą oszałamiający wręcz numer "US Male", który był hitem tej sesji.

SP - Guitar Man

W marcu miał on być wypuszczony jako singiel, wraz ze "Stay Away", przeróbką starej angielskiej piosenki folk, "Greensleeves", która pojawiła się w filmie "Stay Away Joe". Elvis nagrał również nową wersję przeboju Chucka Berry'ego "Too Much Monkey Business", której tekst nieco zmienił - tak, by stanowił odniesienie do wojny w Wietnamie. Był to jego pierwszy krok w kierunku utworów stanowiących komentarz do wydarzeń społecznych czy politycznych; gatunku, który stał się już "stemplem" wielu ówczesnych piosenkarzy.

Ścieżka dżwiękowa do "Live A Little, Love A Little" zarejestrowana została w marcu, w Los Angeles, z towarzyszeniem muzyków pracujących regularnie dla potrzeb filmu. Elvis nałożył swój wokal oddzielnie. Zainspirowany w oczywisty sposób swą wcześniejszą pracą w studiu nagraniowym, przepełnił wszystkie cztery utwory witalnością, przewyższającą wszystko to, co nagrał do filmów przez lata. Jest to szczególnie zauważalne w rockowym numerze "A Little Less Conversation", autorstwa Maca Davisa i Billy'ego Strange'a. We wrześniu utwór ten został wypuszczony na singlu.

SP - "A Little Less Conversation"

Było to pierwsze zetknięcie się Elvisa z piosenkami Maca Davisa, który już wkrótce miał dostarczyć mu jeden z największych hitów, nagranych podczas całej kariery artystycznej.

Przygotowania i kręcenie zrealizowanego dla sieci NBC godzinnego programu "ELVIS", który pojawił się na ekranach telewizyjnych 3. grudnia, zostały opisane w najdrobniejszych szczegółach. Ponieważ jednak większość materiału nagrano "na żywo", przed publicznością zgromadzoną w studiu telewizyjnym, a pozostały zarejestrowano w studiu nagraniowym - Elvis nałożył swój wokal po nagraniu podkładu instrumentalnego - opis tego wydarzenia wykracza poza ramy niniejszej książki. Niemniej wspomnienia producenta programu, Steve'a Bindera, związane z realizacją owego wydarzenia, które wywarło tak głęboki wpływ na karierę Presleya, są szczególnie interesujące.

Elvis

"Bardzo jasno zdawałem sobie sprawę z tego, że 'Special' będzie dla Elvisa momentem prawdy", powiedział póżniej.
"Gdyby zrobił po prostu jeszcze jeden show utrzymany w konwencji filmu, pogrzebałby swą karierę i pozostał w pamięci jedynie jako fenomen lat 50. Lecz gdyby mógł zrobić coś specjalnego i udowodnić, że jest numerem jeden, stanowiłoby to odrodzenie tego fenomenu".
"Już na początku zmusiłem Elvisa do osobistego zaangażowania się w proces powstawania programu i niesłuchania wskazówek Colonela. Parker chciał zrobić tradycyjny show bożonarodzeniowy z ostrokrzewem w tle i wybrać kilka piosenek świątecznych, których tuziny nagrywali piosenkarze tacy, jak Andy Williams czy Perry Como. A ja wręcz desperacko nalegałem, by Elvis stworzył coś własnego i pokazał światu, jakim człowiekiem jest naprawdę".

Pierwszym zadaniem Steve'a było nakłonienie Elvisa do zaśpiewania materiału stanowiącego połączenie jego najlepszych starych piosenek i ostatnich hitów, a być może również paru nowych numerów.
 
Elvis
 
Chciał także "jam session", które dałoby publiczności wyobrażenie o tym, w jaki sposób on i zaprzyjażnieni z nim od dawna muzycy nagrywają płyty. Był to pomysł, do którego Elvis odniósł się entuzjastycznie i który zrealizował póżniej wraz ze Scotty'm, D.J. Fontaną, Charlie'em Hodge'em i Alanem Fortasem.

Majstersztykiem producenta był finał programu.
"Nie chciałem, by zakończył utworem w rodzaju "Silent Night", po czym powiedział 'dobranoc', podobnie jak wszyscy inni. Chciałem czegoś, co poruszyłoby każdego w sposób szczególny. Powiedziałem to dyrygującemu chórem Earlowi Brownowi, a on udał się do domu, by następnego dnia rano zadzwonić do mnie z dwoma słowami:"Mam to!"".

Tym, co miał Brown, był utwór "If I Can Dream", apel o pokój i zjednoczenie, skierowany do ludzi na całym świecie, który Elvis wykonał z pasją człowieka identyfikującego się w pełni z każdym słowem tekstu. Nagranie to zostało zrealizowane 29. czerwca w Burbank Studios, z akompaniamentem grupy "The Blossoms" i orkiestry pod batutą Billy'ego Goldenberga. W listopadzie "If I Can Dream" ukazał się jako singiel i naprawdę wstrząsnął wszystkimi - zarówno jego słuchaczami, jak i sprzedawcami płyt.

SP - "If I Can Dream"

Kontrakty obligowały Elvisa do nakręcenia w tym roku jeszcze dwóch filmów: mrocznego westernu "Charro", do którego musiał nagrać jedynie piosenkę tytułową pod muzycznym kierownictwem Hugo Montenegro (sławę przyniosły mu motywy muzyczne do filmów Clinta Eastwoode'a) oraz "Trouble With Girls", historii o wędrownej trupie artystycznej, z jednym tylko numerem, "Clean Up Own Backyard", będącym dziełem Maca Davisa i Billy'ego Strange'a, utrzymanym w tym samym stylu, co wielki hit, "US Male".

SP - "Clean Up Own Backyard"

W roku 1969 Elvis był gotów do uczynienia w swym życiu dwóch poważnych zmian: zdecydował się na reaktywację występów "na żywo", po raz pierwszy od blisko dekady (miejscem powrotu miało być Las Vegas) oraz opuścił studia nagraniowe w Nashville i postanowił, iż następne sesje odbywać się będą w Memphis. Było to prawie tak, jak gdyby chciał powrócić do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło i raz jeszcze potwierdzić, że nastąpiło całkowite odrodzenie się jego talentu.

Tym razem wybrał American Sound Studios, kierowane przez Chipsa Momana, które nie tylko położone było w niewielkiej odległości od Graceland, lecz również słynęło z produkcji przebojowych płyt. Chociaż w ciągu dwóch sesji Elvis nagrał tylko 34 piosenki, miały one zostać zaliczone do najlepszych w całej póżniejszej fazie jego kariery.

Usytuowane pod nr 827. na Danny Thomas Boulevard, studia zajęły miejsce dawnego sklepu nabiałowego w jednej z najuboższych części miasta i z zewnątrz prezentowały się równie niepozornie, jak małe studio Sun Sama Phillipsa. Posiadały jednak znacznie większą powierzchnię i lepsze wyposażenie. Gdy Elvis zasugerował Feltonowi Jarvisowi, że chciałby nagrywać właśnie tam, jego producent - człowiek Nashville z krwi i kości - z pewnością musiał poczuć ukłucie rozczarowania. Zbyt był jednak uszczęśliwiony rewitalizacją sił twórczych swego podopiecznego, by nie pójść mu na rękę.

Chips Moman, właściciel American Sound Studios, wyprodukował do tego czasu ponad 100 odnotowanych na listach płyt, które ze swą znakomitą szóstką muzyków sesyjnych zrealizował dla wykonawców tak zróżnicowanych stylistycznie, jak Wilson Pickett, Neil Diamond, Dione Warwick czy brytyjska piosenkarka Dusty Spriengfield.

"Zawsze chciałem nagrywać Elvisa", powiedział. "A on wiedział, co robimy my. Przyszedł do nas z powodu muzyków, którzy - obdarzeni ogromnym talentem - stanowili prawie rodzinę".

Prawdą jest, że Elvis znał większość muzyków pracujących dla Momana, pomimo że nigdy wcześniej z nimi nie nagrywał. Gitarzysta Reggie Young i grający na organach Bobbie Emmons pracowali kiedyś z Billem Blackiem, natomiast perkusista Gene Chrisman był członkiem grupy Jerry'ego Lee Lewisa. Prawie wszyscy ci muzycy pracowali również w studiu Sama Phillipsa, więc mimo że nie towarzyszyli mu starzy przyjaciele, Scotty, Floyd oraz D.J. Fontana (którzy, niestety, nigdy póżniej już z nim nie mieli nagrywać), wciąż miał za sobą utalentowany i wszechstronny zespół ludzi, doskonale znających swoje rzemiosło.

"Wszyscy ci faceci uwielbiali Elvisa i byli zachwyceni szansą wspólnej pracy", powiedział Chips. "Za pierwszym razem nagrywaliśmy przez całą noc, a Elvis udał się do domu po wschodzie słońca. Tuż przed wyjściem ze studia, powiedział mi: 'To czuje się dobrze, człowieku; ci muzycy są naprawdę dobrzy. Chcę udowodnić, że znowu mogę to robić - chę nagrać kilka dobrych hitów. Numerów jeden.' ".

I rzeczywiście - Elvis miał nagrać wówczas cztery przebojowe single, będące efektem dwóch sesji: "Don't Cry Daddy", "In The Ghetto" i "Suspicious Minds", zarejestrowane pomiędzy 13. a 23. stycznia oraz "Kentucky Rain", nagrany miesiąc póżniej. Materiał zrealizowany u Momana pozwolił na skompletowanie wypuszczonego w maju albumu "From Elvis In Memphis" oraz zapełnienie połowy LP "From Memphis To Vegas", który ukazał się w listopadzie. Nie bez powodu sesje u Chipsa Momana zostały póżniej uznane za jedne z najbardziej produktywnych w całej karierze Elvisa.

Pierwszy utwór, który nagrał w studiu Momana był nieco kuriozalny. Elvis wybrał na początek numer country and western "Long Black Limousine", z jego pogrzebową atmosferą i uderzającym komentarzem społecznym na temat śmierci i zwodniczej wartości sukcesu. Jednak technika nagrania, natychmiast wychwytywana przez ucho każdego słuchacza, miała być bardzo odległa od tego, co Elvis akceptował wcześniej. Po "Long Black Limousine" przyszła kolej na dwa numery country: "Gentle On My Mind", z którego wcześniejszy akompaniator Elvisa, Glen Campbell uczynił międzynarodowy hit, oraz "I'm Movin' On" Hanka Snowa, z którym Elvis występował na początku swej kariery.

Elvis przystąpił następnie do pracy nad dwiema nowymi piosenkami, które póżniej odbiły się szerokim echem na całym świecie: "Don't Cry Daddy" oraz "In The Ghetto". Obie były dziełem młodego teksańczyka, Maca Davisa, urodzonego w Lubbock, który postanowił zająć się tworzeniem piosenek po obejrzeniu koncertu Elvisa w r. 1954. W show tym brał również udział inny miejscowy muzyk, którego przeznaczeniem była krótkotrwała sława i pośmiertna legenda, Buddy Holly.

"Chips Moman zadzwonił do mnie i powiedział, że potrzebuje kilka utworów country na sesję z Elvisem", wspomina Mac. "Nie byłem pewien, o jakie utwory mu chodzi, więc wysłałem całą taśmę zawierającą 17 piosenek.
Pierwszymi były "In The Ghetto" i "Don't Cry Daddy" ".
 
SP - "Don't Cry Daddy"
 
"Spodziewałem się, że Elvis może wybrać "Don't Cry Daddy", ponieważ - jak się póżniej dowiedziałem - powiedział, że wywołuje to w nim reminiscencje związane z utratą matki. A "In The Ghetto" została odrzucona przez jednego z jego ludzi, którzy twierdzili, że nagrał już wystarczającą ilość utworów zbliżonych tekstowo do protest - songów. Tyle, że Elvis doszedł do zupełnie przeciwnego wniosku - i oczywiście miał rację".

SP - "In The Ghetto"

"In The Ghetto", ze swą poruszającą emocjonalnie historią upośledzonego społecznie czarnego chłopca, który wyrasta na młodego mężczyznę, którym rządzi zło, po ukazaniu się w kwietniu 1969 r. wstrząsnęła słuchaczami - nigdy wcześniej w tak krótkim czasie nie sprzedano ponad miliona egzemplarzy jakiejkolwiek płyty. Błyskawicznie też poszybowała w górę list przebojów.

Elvis zamykał sesję całkowicie odmienną wersją hitu Bobby'ego Darina "I'll Be There" i - będącym wyrazem uznania dla spółki Lennon / Mc Cartney - nagraniem utworu "Hey Jude", który był okupującym szczyty list przebojów hitem grupy "The Beatles".

A na zakończenie nagrał pierwszą z czterech wersji piosenki, która miała stać się czymś w rodzaju jego "podpisu", "Suspicious Minds" (wszystkie pozostałe wersje tego utworu zarejestrowane zostały w czasie koncertów). Także ta piosenka stała się pod koniec roku wielkim przebojem.

Efektem sesji lutowej - która znów odbyła się pod czujnym nadzorem Feltona Jarvisa - były nagrania utworu Neila Diamonda "And The Grass Won't Pay No Mind", kompozycji Burta Bacharacha "Any Day Now" oraz "It Keeps Right On A-Hurtin' " autorstwa Johnny'ego Tillotsona.
Tillotson, podobnie jak Mac Davis, został zainspirowany do zajęcia się śpiewaniem i pisaniem piosenek po obejrzeniu koncertu Elvisa w swym rodzinnym Jackson na Florydzie.

"On wyzwalał tak wielką energię, iż wydawało się, że wznieca iskry, a publiczność płonęła, jakby była jedynie drewnem na podpałkę", powiedział wiele lat póżniej.
"Zobaczyłem wówczas, że ten rodzaj muzyki może naprawdę poruszyć ludzi i wiedziałem, że ja również muszę śpiewać".
"Czułem się naprawdę dobrze, gdy nagrał moją piosenkę. Chodziło o jego sposób operowania głosem, ten jakiś rodzaj głodu. Nie był to pierwszy utwór, jaki mu wysłałem. Wcześniej napisałem piosenkę, której dałem tytuł "Dreamy Eyes". Powstała ona po spotkaniu żony Elvisa - dlatego, że była tak bardzo piękna i miała w sobie tak wiele uroku. Cóż, wysłałem mu tę piosenkę, lecz Elvisowi bardziej przypadła do gustu "Hurtin' ". A potem dowiedziałem się, że wybrał ją na swój album".
"W tym samym roku pojechałem do Las Vegas, by zobaczyć jego show. Gdy wchodził na scenę, przestawało istnieć cokolwiek innego. Elvis był największym artystą estradowym, jakiego widziałem".
Las Vegas, 1969
Chociaż w pozostałym okresie swej kariery Elvis miał skoncentrować się głównie na swych tournées koncertowych i wykonaniach "live", nagrał równieżkilka innych wspaniałych piosenek, które w historii muzyki pop zapewniły mu na zawsze miejsce "Króla"

 


“Elvis: The Music Lives On – The Recording Sessions, 1954 – 1976".
Richard Peters

 





© EPFP 
compiled by
Andrzej Lipczynski
e-mail
elvisal@kki.pl





This site is best viewed at 800 x 600 Resoluton