Serwis miłosników grzybobrania - Na grzyby !| Grzyby naszych miast | Nasza biblioteka | Nawigacja | O stronie | Objaśnienia | Masze wyprawy | Ciekawostki |
| Darz Grzyb | Czy są grzyby ? | Forum | Ciekawe linki | Nowości | Słownik | Literatura | Przepisy | Ankieta |

   Wyprawa na Orawę - niedziela 11 lipca 2004
(Tadeusz zwany Wielkim...)

Lipcowe spotkanie na grzybobraniu krakowiaków i górali

Galeria foto II Galeria foto I >>> Inne nasze wyprawy

Górale...
Babia Góra Kozak świerkowy
Najwiekszy pociec tej wyprawy Mój jedyny prawdziwek tego grzybobrania Pod Babią Górą  
           

     Nareszcie po dłuższej przerwie udało nam się zgromadzić większą liczbę klubowiczów na wspólną wyprawę w lasy orawskie. Tym razem na przejściu granicznym w Suchej Horze spotkaliśmy trzech górali. Dwóch Pawłów przywiozło trzeciego uczestnika, którego Wiesiek postanowił natychmiast wcielić do klubu Darz Grzyb. Pięcioosobowa wyprawa ruszyła w lasy niedaleko Trsteny. Lasy w tej okolicy przypominają trochę okolice Rycerki Górnej, Ujsołów, Złatnej ( Beskid Żywiecki); polany szczytowe porośnięte charakterystyczną, białą trawą, w której lubią pojawiać się prawdziwki a lasy pełne borówek. Grzybów jednak nadal nie ma. Nasze zbiory niedzielne były marniutkie. Od czasu do czasu można było spotkać prawdziwka, czasem zdarzył się popularny na Orawie “pociec” albo klejówka kleista ( Gomphidius glutinosus). Pierwsze trzy znalezione prawdziwki wyrosły na brzegach głębokiej drogi leśnej. Na dodatek jeden wyrósł po jednej stronie drogi a dwa na przeciwległym brzegu. Najmniejszy z trójki jak widać całkiem “zbzikował” i wyrósł “do góry nogami”. To znalezisko ożywiło nieco zbieraczy i zapowiadało dalsze sukcesy. Po krótkiej przerwie przeznaczonej na tradycyjne ognisko i pieczenie kiełbasek ruszyliśmy trasą zaproponowaną przez Pawła Wielkiego. Okazało się jednak, że w tym dniu o wielkich zbiorach można tylko pomarzyć. Wprawdzie od czasu do czasu ktoś znajdował jednego prawdziweczka ale grzyby trafiały się średnio co 2 kilometry. Paweł Wielki, doskonale obyty z tym terenem i przyzwyczajony do dużych zbiorów, był tak zdegustowany, że pierwszego znalezionego prawdziwka wsadził do mojego koszyka. Ten gest traktowany był w moich rodzinnych stronach jako przekazanie szczęścia ( grzybiarskiego) drugiej osobie. Mama zawsze mawiała:

  • Nie dawaj nikomu grzyba bo stracisz szczęście!

Coś w tym musi być bo na tym totalnym “bezgrzybiu” od czasu do czasu udawało mi się znajdować jakiegoś prawdziwka (Paweł – dziękuję!). Najpiękniejszy krył się pod gałęziami świerka, tuż przy drodze leśnej. Jak widać na zdjęciu miał całkiem biały kapelusz bo wyrósł bez dostępu światła słonecznego. Moje zbiory były jednak skromne i ograniczyły się do dziesięciu prawdziwków łącznie z tym otrzymanym od Pawła. Stąd też określenia używane przez Wieśka, kreujące mnie na “Wielkiego” ( grzybiarza oczywiście) uważam za mocno przesadzone. Prawdopodobnie zadziałał tu kontrast jako, że Wiesiek do końca naszej eskapady na Orawie słowackiej nie mógł znaleźć prawdziwka. Dla kompensacji niepowodzeń zmuszony był fotografować prawdziwki i inne grzyby - niekoniecznie jadalne. Na polanach podszczytowych królowały tym razem muchomory ... królewskie ( Amanita regalis). Czasem, ale rzadko, można było spotkać muchomora czerwonego ( Amanita muscaria), niżej występowały muchomory czerwonawe ( Amanita rubescens), które jako jadalne nadawały się do koszyka.
Na wielki okaz prawdziwka, ukrytego pod gałęziami świerka, trafił Paweł Kołodziej. Trzeba powiedzieć, że obok olbrzyma przeszły wcześniej trzy osoby nie zauważając go; czasem przypadkowy rzut oka w odpowiednie miejsce daje szansę zobaczenia grzyba podczas gdy wiele osób koncentruje wzrok obok poszukiwanego obiektu. Dzięki temu zresztą można zbierać grzyby nawet wtedy gdy przed nami przeszło wiele osób...
Po pokonaniu grzbietu wzniesienia i przeszukaniu świerków na polanie podszczytowej podjęliśmy decyzję o powrocie do doliny. Przed opuszczeniem polany zaspokoiliśmy pragnienie w wodopoju (zbudowanym dla wypasanych tu stad bydła), gdzie tryskała świeża, chłodna woda ze źródła. Krowy nie reagowały, uznały widać, że wody im nie ubędzie.

W trakcie schodzenia w dolinę upadł jeszcze jeden mit. Akurat kiedy dowodziłem, że w gęstych zaroślach borówki czarnej nie ma co szukać prawdziwków, bo albo nie rosną albo ich nie widać, trafiłem na pięknego borowika, który ulokował się na wysokiej kępie porośniętej borówkami.

W trakcie kiedy Wiesiek fotografował niespodziewane znalezisko pojawił się najbliższy “krewny” – kolejny borowik “borówkowy”. Okazało się później, że były to jedyne okazy znalezione w tym miejscu. Nad potokiem pożegnaliśmy górali i niezbyt zadowoleni z wyników grzybobrania ruszyliśmy z Wieśkiem by odwiedzić Matkę Niepogód czyli naszą Czarodziejską Górę ( grzybiarską) a więc Babią. Mieliśmy jeden cel – odwiedzić miejsce, gdzie równo rok temu znaleźliśmy kilkadziesiąt pięknych, brązowych prawdziwków. Miejsce to, odkryte kiedyś przez Pawła W. zostało ochrzczone jako – Pawłowa Wygoda. Już po drodze zorientowaliśmy się, że Babia w dalszym ciągu nie rodzi prawdziwków. Osoby wracające z grzybobrania miały puste koszyki albo dwa trzy grzybki na dnie. Postanowiliśmy wygrać te zawody i z nadzieją ruszyliśmy na babiogórskie szlaki grzybowe. Okazało się jednak, że grzybów nadal nie ma. Znaleźliśmy co prawda po jednym prawdziwku ( Wiesiek dopadł swojego nad szumiącym potokiem ja zaś wysoko w górze) ale to było wszystko. Jedynym optymistycznym akcentem było pojawienie się młodych czerwonych kozaków świerkowych (Leccinum piceinum). Kozaki wyrosły na stałym stanowisku, które “owocuje” od wielu, wielu lat i nigdy nie zawodzi. Tydzień wcześniej na Babiej nie można było znaleźć ani jednego kozaczka.

Około godziny 15 na “miękkich” nogach, skatowanych licznymi podejściami, wróciliśmy do samochodu, pokłoniliśmy się Babiej i po wypiciu kilku łyków wody z górskiego potoku zakończyliśmy niedzielne grzybobranie.

Jak widać grzybów nadal nie ma. Mój pełny koszyk mógłby świadczyć o czymś przeciwnym ale proszę wierzyć – to jeszcze nie jest ani pojaw ( jak mówią mikolodzy) ani wysyp ( jak mówią grzybiarze – amatorzy) – to jest na razie ...okrutna orawska nędza. Czekamy na nów bo to co się pojawiło na pełni księżyca na Orawie trudno traktować jako normę dla tego okresu.

Tekst: Tadeusz Ruchlewicz
foto: Wiesław Kamiński

Strona z serwisu www.NaGrzyby.pl