Serwis miłosników grzybobrania - Na grzyby !| Grzyby naszych miast | Nasza biblioteka | Nawigacja | O stronie | Objaśnienia | Masze wyprawy | Ciekawostki |
| Darz Grzyb | Czy są grzyby ? | Forum | Ciekawe linki | Nowości | Słownik | Literatura | Przepisy | Ankieta |

   Tak dużo rydzy że trzeba się rozbierać...
12 czerwiec 2004

Galeria foto I Galeria foto II  

P1010097m.jpg (3075 bytes)
      Prognozy pogody i obłoki na niebie wróżyły kolejny kapryśny dzionek. Nic nie wskazywało na poprawę czerwcowej aury.
Nie rozpieszcza nas wiosna w tym roku...
Wilgotne powietrze i optymalna temperatura były jednak wystarczającą inspiracją do podjęcia decyzji w sprawie wyjazdu na grzybobranie. Wiesława - kolejne, moje - pierwsze w tym roku.
Skoro świt oboje wyjechaliśmy obierając kierunek na słowacką Orawę, nie zapominając o podstawowym wyposażeniu tj. pelerynie i nieprzemakalnych butach (podobno takie miały być! gwarantowane!)
Im bliżej celu tym wycieraczki samochodu pracowały intensywniej. Cała nasza nadzieja spoczywała w zwartym sklepieniu lasu. To najwspanialszy, naturalny parasol. Nie opuszczał nas dobry nastrój - wspaniały towarzysz niejednej drogi. Poprawił go jeszcze łyk smacznej, gorącej kawy. Poranna czarna nalewka w górach ma niezwykły smak i aromat. Polecamy…
Otuleni w pelerynki opuściliśmy samochód i udaliśmy się w stronę Zielonej Katedry. Już na wstępie powitały nas borowiki ceglastopore. Pierwszy, piękny okaz znalazł Wiesław. Podarował mi go:
- "Tereso... Na szczęście!"
Grzybek był wyrazem sympatii i życzliwości. Przyniósł spełnienie oczekiwań.
- Dziękuję Wiesiu raz jeszcze...
Przemierzaliśmy las poszukując cennych darów runa. Śmiało pokonywaliśmy rwące górskie potoki. Woda wlewała się do cholewek butów szybko je wypełniając. Ale cóż to znaczy dla wytrawnych, może trochę zwariowanych grzybiarzy? Po dotarciu na drugi brzeg opróżnialiśmy je i dalej... w drogę... W naszych sercach coś grało, las nadawał rytm tej melodii.
Po chwili pierwsze promyki słońca ożywiły soczystą zieleń iglastych borów, dodały także blasku kolejnym borowikom ceglastoporym rosnącym w bajkowym, jagodowym królestwie. Zaglądaliśmy niemal pod każdy smrek wypatrując miłych niespodzianek. Przyroda nas nie zawiodła. Wiele grzybów osiągnęło wiek dojrzały, ale były również młode okazy, jędrne i twarde.
W sam raz... na zupę już mamy...
Pogoda poprawiała się z godziny na godzinę. Krótki odpoczynek, chwila rozmowy przy tradycyjnym, smakowitym ognisku i Wiesław stanowczo oznajmił:
- "Jedziemy na rydze w pewne miejsce!"
Cóż można odpowiedzieć?
- Proszę... Prowadź!
Kolejna górska dolina powitała nas zmienną pogodą. Przemierzając łąkę patrzyłam w niebo błagalnym wzrokiem. Wiesław - jak zwykle - ze stoickim spokojem i skromnym uśmiechem fotografował spowite mgłą regle, otulone białym płaszczem zreby.
Wędrówka po lesie wzbogaciła nasze zbiory jeszcze o kilka borowików. Każdy był mile widziany. Leśną przygodę urozmaicały węże wypełzające spod moich stóp. Brrrrrrrrrrrrrrrrr...
Wreszcie dotarliśmy w jedyne miejsce nieskażone wiosennym deszczem. Była to ambonka na skraju polany. Kilkanaście szczebli drabiny i byliśmy na szczycie. Nareszcie sucho i słonecznie. Podziwialiśmy urok górskiego krajobrazu, motyw twórczości wielu poetów i malarzy. W rozmowie Wiesław wskazał także inne znaczenie tego miejsca. Smutny, a nawet przerażający akt działalności człowieka.
Po krótkim i miłym wypoczynku ruszyliśmy w poszukiwaniu rydzów.
Okoliczne łąki są puste, ale nieco dalej:
- "Są!" - usłyszałam gromki krzyk Wiesława.
Rzeczywiście... płaszczyk rydzy pokrył zbocze świerkowego lasu. Piękne, zdrowe, wybarwione grzybki same wpadały do koszy... jeden za drugim... i kolejne... i następne… Wiesław znalazł śliczną łąkową pieczarkę, którą również złożył mi w darze.
Kosz szybko wypełnił się po brzegi, napełniłam więc pelerynkę.
Wiesław zszedł w dół ze swoimi zbiorami i moim “grzybowym” płaszczem. Na szlaku prowadził rozmowy z okolicznymi mieszkańcami. A ja krzyczałam:
- Są następne!
Co robić? Gdzie je ułożyć? Czyżby powtórzył się scenariusz sprzed kilku lat?
Nie miałam wyboru, wiedziałam, że grzybków nie zostawię. Rolę kosza spełniła więc bluza. Na szczęście zmieściły się...
Szczęśliwi wróciliśmy do samochodu. Cieszyliśmy się ze zbiorów, z własnej wytrwałości, wiary w siebie i siły.

Wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić. Ale wtedy pojawia się Ten Jeden z Klubu "Darz Grzyb", który nie wie, że się nie da, i On właśnie to COŚ robi.
Dziękuję...

Teresa


P.S. Do ciepłego tekstu Teresy dodam że w czasie tej wyprawy udało nam się spotkać między innymi maślaki pieprzowe, muchomory mglejarki, muchomory królewskie, i piękne czasznice oczkowate (te ostatnie fotografowałem gdy Teresa z zapałem wykaszała połacie rydzy - jak nieraz wspominam często jakieś dobre zdjęcie cieszy mnie bardziej niż pełny kosz... :) Spodobał mi się np mały owad siedzący na mleczu... Zdjęcia są moją drugą pasją...

Foto: Wiesław Kamiński zenit@kki.pl
strona z serwisu www.NaGrzyby.pl