|
Robert K. Leśniakiewicz To wydarzyło się w sobotę, 2 października 2004 roku, kiedy to udałem się w lasy... Nie, nie w lasy syberyjskie, ale nasze – jordanowskie i spotkałem w nich dość niesamowitego koźlarza czerwonego – zwanego tutaj kozakiem, który przypominał wszystko, ale nie koźlarza... A to było tak: Idąc szybkim marszem spotkałem po drodze dwa małżeństwa, które wracały po grzybobraniu – wyniki mieli raczej marne: kilka podgrzybków i koźlarzy. Zero prawdziwków, maślaków czy borowików. Zasygnalizowali mi także słabą obecność kurek i kań. Pomyślałem, że trzeba będzie pójść w kierunku Gronia i Hyćkowej, jak niczego nie znajdę na tej górze, ale nie było tak źle i po pół godzinie w koszyku znalazło się kilka ładnych okazów. Odwiedziłem jeszcze miejsce, w którym występowały zazwyczaj kurki pod Groniem, ale tym razem “złapałem” tylko pięć owocników (marzenia o jajecznicy z kurkami rozwiały się jak dym, ale pożegnałem się z nimi bez żalu zważywszy znikomą ilość krwi w moim cholesterolu...) i puściłem się w drogę powrotną, kierując się ku przełączce pomiędzy Groniem a Bezimienną Górą z Amfiteatrem. Rozglądałem się po drodze jeszcze za gołąbkami zielonkawymi, które w tym roku pojawiły się w tych lasach i mój wzrok padł na coś, czego zrazu nie mogłem zidentyfikować. Wierzcie mi, to był najniezwyklejszy grzyb, jaki kiedykolwiek znalazłem. W porównaniu z nim blednie nawet znaleziony przez moją siostrę w przykcowych lasach czarnobylak popromienny – Czarnobylacus postradiatus L., we wrześniu pamiętnego 1986 roku... Grzyb z gatunku koźlarz czerwony miał dwa kapelusze, jak mi się początkowo zdawało. Wyrwałem go i ku swemu zdumieniu stwierdziłem, że był to tylko jeden kapelusz, ale rozdwojony – mało tego – przedzielony gałązką na dwie równe połowy, które potem odchyliły się od siebie! Całość przypominała mi dwugłowego orła w herbie c.k. Monarchii Austrowęgierskiej albo carskiej (i współczesnej) Rosji. A że to był kozak, to skojarzenie nasunęło się automatycznie... Oczywiście zabrałem dziwo ze sobą, przy okazji klnąc głupio i bezsilnie, bo oczywiście nie zabrałem ze sobą aparatu fotograficznego. Zdjęcia, które załączam zrobiłem dopiero po powrocie do domu, gdzieś koło siódmej wieczorem... Prawda, że jest oryginalny? Jordanów, dn. 2004-10-06 |