|
Czwarta wyprawa na smardze czyli integracja oddolna |
Nie da
się ukryć, że czas pędzi w zawrotnym tempie. Nie tak dawno grzebaliśmy w śniegu w
poszukiwaniu
pierwszych grzybów na Babiej Górze a tu już koniec kwietnia. Ostatnia ( w kwietniu)
wyprawa na smardze rozpoczęła się tradycyjnie. Spotkanie członków klubu Darz Grzyb
miało miejsce w Trstenie na Orawie. Podobnie
jak tydzień temu Górale przyjechali lekko spóźnieni ( twierdzili, że jechali pod
wiatr).Tym razem ekipa krakowska wzięła sobie do pomocy młodego grzybiarza Adama Kamińskiego ( syna Zenita). Ta zagrywka taktyczna była podyktowana względami praktycznymi; Adam, najniższy z ekipy, miał najwięcej szans na dostrzeżenie smardza jako że jego oczy są umieszczone najbliżej ziemi. Słabym punktem zastosowanego rozwiązania było to, że Adam nigdy jeszcze smardzów nie zbierał. Nie uprzedzajmy jednak faktów ... Dokuczliwy, siąpiący bez przerwy deszcz, nie popsuł nastroju jako, że perspektywy sobotniej wyprawy były wyjątkowo obiecujące; podczas poprzedniej wizyty na słowackiej Orawie uzyskaliśmy bowiem dokładne wskazówki gdzie szukać smardzów. Po uzgodnieniu trasy z mapą szliśmy na pewniaka... Nawet składowisko śmieci, urządzone u wejścia do pięknej, górskiej doliny, nie zepsuło nam humorów.
Przeszliśmy jak burza obok hałdy odpadków i starym zwyczajem rzuciliśmy się na brzegi potoku. Jak poprzednio tak i tym razem na
brzegach było sporo ciekawych obiektów: fiołki,
huby, rozszczepki, żagiew zimowa, kaczeńce, białe,
wiosenne kwiatki podobne z daleka do zawilców ... niestety smardzów ani na
lekarstwo. Stopniowo zaczęliśmy się bardziej interesować
samą doliną niż smardzami. A było na co popatrzeć; rozległe polany proszące
się o stada owiec, piękne lasy świerkowe,
skałki na brzegach wąwozów ...![]() Paweł II ( nowotarski) zwrócił uwagę, że Słowacy są bardziej zaawansowani od nas w procesie wchodzenia do Unii Europejskiej. Na dowód pokazał nam wygódkę terenową, w której zastosowano bardziej zaawansowane rozwiązanie – prawdziwy sedes ceramiczny jakkolwiek bez spłuczki. Totalny brak grzybów i ta właśnie wygódka spowodowały, że weszliśmy powoli na śliski grunt zagadnień integracji europejskiej. Już to, że możemy ot tak sobie wsiąść do auta, przekroczyć w pięć minut granicę i zbierać grzyby w innym kraju napełniło nas dumą; poczuliśmy się od razu Europejczykami i koniecznie chcieliśmy się integrować. Wokół było jednak pusto, nawet owiec nie było widać. Chwilowo trzeba było zaczekać z integracją i poszukać Pawła Chileckiego, który jak zwykle przepadł i nie reagował na wołania. Prawdopodobnie Paweł nie lubi wrzasków w lesie i dlatego prawie nigdy nie odpowiada na nasze wołania. Sam fakt zaginięcia Pawła wywołał nowe nadzieje na znalezienie smardzów. Zawsze kiedy Paweł znika na jakiś czas
pojawiają się smardze a właściwie pojawia
się Paweł i oznajmia, że znalazł smardze.
Nie inaczej było i tym razem. Znalazł i to od razu 22 ( słownie: dwadzieścia dwa).
Smardze były jednak maleńkie. Niektóre nie
miały jeszcze charakterystycznej dla kapelusza
faktury. Zgodnie z decyzją Pawła smardzom darowano życie. Mają na nas czekać
cały tydzień. Z żalem pożegnaliśmy uroczą
dolinę, która wprawdzie nie obsypała nas smardzami, ale za to umożliwiła
wykonanie wielu pięknych zdjęć.Powrót do miejsca postoju naszych stalowych mustangów przebiegał w atmosferze dyskusji o integracji europejskiej. Niezwykle ważkim bodźcem, który przypomniał nam ten temat były stworzenia uwiązane obok siebie na łańcuchach; pies i
cielę. Oto piękny przykład; drapieżca i trawożerca razem - łeb w łeb, noga w
nogę, żyją sobie spokojnie i bezkonfliktowo. No tak - powiedział któryś z dyskutantów – ale zobaczcie co je tak naprawdę integruje! To są łańcuchy, na których je uwiązano. Łańcuch jako integrator wydał nam się nieprzyjemny więc odeszliśmy od niemiłych skojarzeń chwaląc za to Dobrego Pana Prezydenta, który podobno poprosił Słowaków by nie żądali od nas ( nie tylko grzybiarzy) przedstawiania na granicy równowartości 50$ na każdy dzień pobytu i ubezpieczenia zdrowotnego. Swoja drogą nigdy od nas czegoś podobnego w tym roku nie żądano. Korzystając z chwilowej przerwy w deszczu podjęliśmy próbę znalezienia nieco
większych Morchelli. Tym razem udaliśmy
się na stare miejsce, tam gdzie smardze rosły
tydzień temu. Przed wyjściem na łączkę
smardzową należało się jednak posilić. Wiesiek lubi odprawiać odpowiednie rytuały
grzybowe, które podobno przynoszą szczęście więc wymyślił, że tak jak tydzień
temu należy zapalić ognisko w tym samym
miejscu a dopiero potem udać się na smardze. Cóż było robić...Na zdjęciach Wieśka widać, że niezbyt dbaliśmy o linię. Kiełbasy ociekały tłuszczem. Wypróbowaliśmy nawet słowacką kiełbasę z papryką. Tym razem Zenit zafundował grupie piwo made in Austria. Szkoda, że tylko jedno. Piwo padło w większej części łupem Tadka, który akurat nie prowadził samochodu. Ognisko pomogło; na smardzowej łączce czekały na nas piękne grzybki. Pierwszego znalazł Adam co potwierdziło słuszność naszych założeń, że małe ( niskie) jest dobre ( do zbierania smardzów). Niestety kontra Pawła była natychmiastowa – znalazł smardza największego w historii dotychczasowych wypraw. Ostatecznie łączka “sypnęła” trzema albo czterema smardzami i na tym się niestety skończyło. Po zejściu z łączki kolejnego smardza wypatrzył Tadek. ![]() W sumie ekipa znalazła 36 smardzów z czego 30 Paweł. Komentarze są zbyteczne. Muszę jednak jak najszybciej skorzystać z porady okulisty ( a może lepiej okulistki...). Końcowa faza wyprawy miała charakter oddolnej inicjatywy integracyjnej. Integrowaliśmy się z niezwykle sympatycznym i gościnnym Słowakiem – pustelnikiem, którego już po raz drugi spotkaliśmy w małym domku zbudowanym w leśnej głuszy. Gospodarz podjął nas rumem i herbatą. Rum był wyśmienity ale jeszcze lepsza herbata ziołowa. Okoliczna ludność na wiosnę zbiera określone rośliny i suszy je. Stwierdziliśmy, że podstawowe składniki tej herbaty to pierwiosnki i podbiał. Nazwy słowackie kolejnych dwóch składników nic nam niestety nie mówiły ( np. dobromysel). Nasz gospodarz okazał się zresztą grzybiarzem. Zaprezentował nam piękny atlas
Aurela Dermeka (wydany w języku słowackim), zdjęcia
grzybów na ścianie i doskonałą znajomość tematyki ze szczególnym
uwzględnieniem grzybów trujących ( Wiesiek fotografował przyniesione przez Tadka i
Pawła wieruszki wiosenne co spotkało się z głośnymi protestami gospodarza
sądzącego, że grzyby chcemy zjeść). To wszystko tak podnieciło Wieśka, że
postanowił pustelnika zapisać zaocznie do
klubu Darz Grzyb.Umówiliśmy się na następne spotkanie integracyjne za tydzień. Ty razem my przywieziemy integrator; byłoby bowiem niegrzecznie by koszty integracji polsko – słowackiej obciążały wyłącznie gospodarza negocjacji. Trudno bowiem oczekiwać, że jego zapasy rumu są nieskończone... Końcowy etap wyprawy był znowu deszczowy. Deszcz spowodował, że na pobocza drogi wypełzły ślimaki winniczki. Z braku innego tematu Zenit fotografował ślimaki; pojedyncze, podwójne a nawet potrójne... Nie jestem pewien czy wszystkie ujęcia ślimaków są zgodne z ustawą ale to już zmartwienie autora strony. Na koniec informacja dla miłośników Babiej Góry:
śnieg jeszcze zalega w partiach szczytowych co pokazuje panorama wykonana z drogi Chyżne
– Jabłonka. Na koniec wyprawy Wiesiek odwiedził Spytkowice - miejscowość którą
wspomina z sentymentem (od grzybów tej miejscowości zaczynał atlas - "Grzyby Orawy
i Podhala". Pokazał mi najbardziej urokliwe miejsca w lasach Spytkowic. |
| Powrót do strony opisów wypraw | |