|
Majowa wyprawa na smardze czyli o tym jak integracja poprawia wzrok |
|
Tym
razem czekaliśmy na Pawła w Trstenie ponad pół godziny. Pół godziny to dwa
kwadranse, nie tylko akademickie. Wiesiek, wieczny optymista, zarządził wyjazd
stwierdzając, że Paweł ma instynkt i na pewno nas znajdzie. Wydawało się to mało
prawdopodobne ponieważ na Orawie co kilkaset metrów jest jakaś dolinka, w dolince
rzeczka, na brzegach rzeki smardze... ale skąd Paweł miał wiedzieć w którą dolinkę
skręcimy... Wiesiek miał jednak rację; Paweł dogonił nas tuż przed postojem w Zabiedovie. Jak to zrobił? Nie mam pojęcia.... Okazało się, że musiał zmienić trasę ponieważ na tradycyjnej, prowadzącej do przejścia granicznego Chochołów – Sucha Hora zarządzono remont mostu i zakaz jazdy. ![]() Wyprawa rozpoczęła się tym razem od prawdziwków. Nie były to jednak świeże grzyby z Doliny Zabiedovskiej ale marynowane. Konsumenci zgodnie twierdzili, że grzyby były znakomite; autorowi niniejszej relacji, a zarazem twórcy marynaty, miód kapał w serce a pot ściekał z czoła – temperatura mimo wczesnej pory była bowiem wysoka.. Pierwsze smardze pokazały się niebawem. Tym razem znalazł je Tadek w miejscu nietypowym, wprawdzie nad brzegiem rzeki ale nie wśród lepiężników.* Wyrosły sobie w igliwiu pod świerkami. Wiesiek jak zwykle obfotografował je ze wszystkich stron i ruszyliśmy dalej w górę rzeczki Zabiedovki jedną z piękniejszych dolin w tej części Orawy. Kolejnych smardzów nie było jednak. Całą nadzieję pokładaliśmy w Pawle. który jak zwykle poszedł swoja trasą. Z braku smardzów Wiesiek fotografował co się tylko dało i wymyślił sobie nowy temat - kwiaty wiosenne... ( jak sądzę niedługo zakwitną na jego stronie wszystkimi kolorami krokusy, pierwiosnki, zawilce, kaczeńce i wszystkie inne kwiaty wiosenne Orawy, których “nikt zliczyć nie raczy”). ![]() Paweł znalazł się w końcu i to w towarzystwie pięciu dorodnych smardzów, nawiasem mówiąc znalezionych w miejscu, które my przeszukaliśmy wcześniej od niego. Z siedmioma smardzami ale z poczuciem niedosytu wracaliśmy do samochodów. Winę za brak grzybów złożyliśmy na pogodę. Grzało niemiłosiernie i od tygodnia nie było kropli deszczu. Z wiadomości odczytanych ze słowackiej strony internetowej “Ideme na huby” można było się dowiedzieć, ze smardze w południowej części Słowacji zanikły zupełnie. Niewielką nadzieje czyniono nam zbieraczom w części północnej. Upał był jednak ogromny a ziemia stwardniała jak beton. Te majowe fanaberie pogodowe sprawiły
prawdopodobnie, że “gad wszelaki” wypełzł z nor i włóczył się po drogach.
Paweł spotkał po drodze dwie żmije,
Wiesiek zapatrzony w niebo wlazł na trzecią i dopiero okrzyk Pawła uratował jego gołe
podudzia przed atakiem wystraszonego stworzenia. Żmija
za karę została sfotografowana ze wszystkich stron i prawdopodobnie jej zdjęcie
zostanie opublikowane w internecie.Podczas powrotu z nad Zabiedovki podziwialiśmy oryginalne słupy przystrojone na wierzchołkach zielonymi gałęziami i wstążkami. Jest to tradycja orawska polegająca na stawianiu przed domami, w których mieszkają panny takich właśnie ozdób. Podobno przed domem panny nie lubianej na szczycie słupa jest suchy wiecheć. W Zabiedovie słupów było mnóstwo. W Polsce ten obyczaj upada, w Podsarniu koło Podwilka widać było tylko jeden słup. Ze względu na znaczne upały zrezygnowaliśmy z odwiedzenia doliny, w której ostatnio Paweł znalazł 22 smardze w jednym miejscu. Ta decyzja nie była zbyt bolesna z dwu powodów: po pierwsze mogliśmy sobie oszczędzić widoku i zapachu wysypiska śmieci u wejścia w dolinę a po drugie Paweł przyznał się, że trzy dni wcześniej odwiedził to miejsce i smardze wyzbierał. Tak więc pozostała nam ostatnia dolina prowadząca do leśnej chatki Słowaka, z którym tydzień wcześniej nawiązaliśmy poważne rozmowy integracyjne. Po drodze przeszukiwaliśmy, znane nam z poprzednich wypraw, łączki porośnięte kwitnącymi lepiężnikami. Na jednej z nich naaareszcieee (!) wyrosły smardze. Udane smardzobranie rozpoczął Tadek. Trzy smardze znalezione przez niego zostały sfotografowane i dopiero wtedy rozpoczęło się poszukiwanie z nosami przy ziemi. Łączka była nadzwyczajna; zebraliśmy na niej około 30 egzemplarzy smardza
stożkowatego ( Morchella conica). Wiesiek sfotografował po raz pierwszy w tym
roku grupę grzybów leżących
pokotem. Po takim sukcesie musiało być oczywiście ognisko i tradycyjna kiełbasa na patyku. Po spożyciu zasłużonego posiłku i ugaszeniu pragnienia grupa rozdzieliła się; Paweł poszedł w las za grzybami a Wiesiek z Tadkiem w kierunku chatki Słowaka. Po drodze dopadliśmy jeszcze trzy smardze. “Pustelnika” nie było początkowo widać ale okazało się, że zmożony upałem zasnął. Byliśmy jednak bezlitośni. Gospodarz został obudzony i natychmiast potraktowany integratorem o wysokich walorach leczniczych ( Gnieźnieńska żołądkowa gorzka). Pierwsze efekty integracji polsko- słowackiej pojawiły się natychmiast; rozwiązaliśmy szybko trudny problem sprzed tygodnia – okazało się, że zioło o nazwie dobromysel to po prostu lebiodka zwyczajna znana u nas również pod nazwą oregano. Gospodarz wyznał także, że interesujące nas dubaki ( prawdziwki) zaczynają się w okolicy jego domku na Jana czyli 24 czerwca. Stwierdził także, że rosną w dużych ilościach i nazbieranie 300 sztuk na jednym grzybobraniu to betka, ale że nie zbiera nigdy więcej niż jeden koszyk. W związku z tym, że nasze działania integracyjne zaczęły przypominać praktyki zbliżone do wywiadu gospodarczego pożegnaliśmy gospodarza i udaliśmy się na poszukiwania Pawła. Po drodze Wiesiek zeznał. że działanie integratora powoduje wyostrzenie
wzroku. Dowiódł tego natychmiast znajdując kilka smardzów w miejscu gdzie przed chwila
nie było ich widać. Pokrzepieni tym sukcesem zaczęliśmy nawoływać Pawła. Znalazł
się niebawem . Miał
pięć smardzów stożkowatych i nowy gatunek – smardzówkę czeską
( Verpa bohemica).Smardzówka, w odróżnieniu od smardza posiada trzon kończący się aż pod wierzchołkiem kapelusza ( u smardzów trzon jest zrośnięty z brzegiem dolnym kapelusza, w środku kapelusza jest pusto). Na wszelki wypadek jeden egzemplarz smardzówki Paweł pozostawił do fotografii. Pozostawił ale nie zaznaczył... na szczęście wyostrzony wzrok Wieśka i wypoczęte oczy Tadka znalazły zgubę. Czy ten egzemplarz był smardzówką czeską to jeszcze pytanie. Miał charakterystyczny dla smardzówek układ trzonu i kapelusza ale sama
rzeźba kapelusza przypominała raczej smardza półwolnego ( Morchella semilibera). Ten
problem pozostawiliśmy na później gdyż w międzyczasie Tadek natrafił na nową
zagadkę: grzybek znaleziony przez niego miał kapelusz pofałdowany jak mała
piestrzenica, bez śladu żeberek tak charakterystycznych dla smardzów. Dopiero
konsultacja z atlasem Pawła wykazała niezbicie, że znaleźliśmy nowego grzyba a
konkretnie nową smardzówke o nazwie łacińskiej Verpa conica co po polsku można
odczytać jako smardzówka stożkowata. Gdyby tłumaczyć nazwę z języka czeskiego ( w
takim języku był atlas Pawła) można było otrzymać nazwę Smardzówka naparstkowata.
Upojeni sukcesem i źródlaną wodą zakończyliśmy pierwszą w maju wyprawę smardzową.
Powoli trzeba zacząć myśleć o prawdziwkach, kurkach, maślakach i innych grzybach
letnich. * Wszystkie dotychczasowe relacje z naszych wypraw “smardzowych” zawierają błędne określenie roślin, wśród których rosną smardze. Zawierzając lokalnym nazwom pisaliśmy ciągle o łopianach. Okazuje się, że rośliny fotografowane
przez Zenita nie są łopianami. Zwrócił nam na to uwagę Marek Snowarski (
www.grzyby.pl ) za co serdecznie dziękujemy. Prawidłowa nazwa tej rośliny to
Lepiężnik ( Petasites). Na zdjęciach Zenita występują dwa gatunki
lepiężnika: Lepiężnik biały ( Petasitas albus) i Lepiężnik
różowy ( Petasitas officinalis). Dla ścisłości można podać, że w
Polsce występują również inne gatunki tej rośliny ( kutnerkowaty, łysiejący ,,,) A więc smardze zbieramy wśród lepiężników. Łopiany zostawiamy młodzieży męskiej, która zrywa ich owoce, zaopatrzone w haczyki by rzucać nimi we włosy koleżankom. |
| Powrót do strony opisów wypraw | |