Strona główna | Lista członków klubu | Strony członków klubu | Forom dyskusyjne klubu | Nasze wyprawy | Atlas grzybów | Przepisy |
| Statut klubu | E-kartki | Email klubu | Nowe forum klubu | Aktualne występowanie grzybów w Polsce |

 

  Jacek Sarnecki                                
Wspomnienia

“Jestem takim, jakim mnie uczyniliście”                                                Mojej rodzinie autor

 

Grzyby, ryby

Czy widzieliście kiedyś kilkadziesiąt prawdziwków rosnących w cieniu jednego drzewa? Czy zebraliście kiedykolwiek kilkaset czy ponad tysiąc dorodnych, zdrowych rydzów? Czy przypadkiem trafiliście na zatrzęsienie grzybów, opanowani maniakalną wprost chęcią zbierania ich do coraz nowych pojemników, by w końcu zedrzeć z siebie koszulę i spodnie i napełniać je kolejnymi klejnotami lasu?

Kto jest dotknięty tą chorobą grzybową łatwo zrozumie ogromne wzruszenie , które udziela się w takiej chwili zbieraczowi. Czy można się dziwić roztrzęsionym dłoniom, rozbieganym oczom, cichym stłumionym okrzykom radości? Czy może być zrozumiałe dla zdrowego na rozumie człowieka, że oto grzybiarz pada na ziemię, jak rażony piorunem, obsypując pocałunkami co ładniejsze kapelusze, jednocześnie zdradziecko wyjmuje scyzoryk z kieszeni i zaczyna je wycinać do ostatniego grzyba? Podczas tej czynności rozgląda się podejrzliwie jak zbrodniarz, za wszelką cenę nie chcąc ujawnić innym chorym, miejsca znaleziska.

Znam to niestety z autopsji. Odkryłem również, że choroba jest dziedziczna i nieuleczalna, choć nie jest śmiertelna. Istotne, że co roku na zimę, ulega samowyleczeniu. Niestety, czasem już wiosną obserwujemy nawrót tej choroby, trwającej całe lato, nasilającej się jesienią, szczególnie w mgliste i dżdżyste dni. W moim przypadku zarażenie nastąpiło w zamierzchłych czasach, gdy w miastach zamiast taksówek stały rzędem dorożki, lokomotywy buchały parą wywożąc dzieci na wakacje, a lasy i wody lśniły czystością. Nie pamiętam, żeby mówiło się wówczas o ochronie środowiska. Jedynie we wspomnieniach pozostał mi las bez porozrzucanych puszek i butelek, a gałęzie drzew i krzewów nie powiewały plastikowymi torebkami. Rzeki cieszyły oko kryształowo czystą wodą, a w byle “kałuży” pluskały się ryby. To niewiarygodne, że nie było wówczas ministra i wielu tysięcy ludzi opiekujących się przyrodą w naszym kraju. W owym słodkim czasie przyjeżdżałem na wakacje, wraz z całą rodziną, do pewnej podkieleckiej wsi, a w zasadzie przysiółka zagubionego wśród wzgórz i lasów. Rodzice zakupili tam małe gospodarstwo, z drewnianym stylowym domem, które dziś określilibyśmy mianem działki. Tam spędzaliśmy co roku wakacje, goszcząc często ukochanych dziadków, jak i od czasu do czasu dalszą rodzinę i znajomych. Brak prądu dodawał uroku wspaniałym chwilom spędzonym na wsi, w zawsze licznym towarzystwie. Do najważniejszych atrakcji letnich dni należało właśnie zbieranie grzybów i łowienie ryb. Co ciekawe, że dwie te namiętności pozostały ze mną, wcale się nie starzejąc, choć dzisiaj już grzyby nie te i ryby już nie takie.

Na grzyby

- Jacuś zobacz co to - pytała mama czteroletniego brzdąca, trzymając go za rękę.

- Dzibek - odparłem, starając się wyrwać przepiękne znalezisko. Niestety, niewprawne rączki malca zanim wyrwały brunatnego borowika wpierw urwały mu piękną główkę i rozdarły trzon na dwoje. Podobno płakałem nad zniszczonym grzybem, a do dziś staram się nie uszkadzać zbieranych grzybów, by nie odrzeć ich z piękna.

Cała rodzina skażona chorobą grzybową uczyła mnie stawiać pierwsze kroki w tym szaleństwie. Tego dnia byliśmy w komplecie. Babcia Walercia , w kretonowej, fioletowej sukni, w założonym na wierzch fartuchu, do którego zbierała grzyby, z nieodłącznym kijkiem-grzebidełkiem w dłoni, posuwała się do przodu swoimi ścieżkami ,wygrzebując ze ściółki niewidoczne dla reszty grzyby. Znana była z tego, że nigdy dobrowolnie nie chciała wracać z grzybobrania i nie wiadomo kiedy znikała nam z oczu. Potem cała rodzina musiała urządzać długie poszukiwania i siłą ściągać do domu. Babcia w momencie wejścia do lasu zawsze zaczynała śpiewać swoją monotonną melodię. Ojciec piosneczkę babuni określał obrazowo (wiadomo artysta) “pod góreczkę, pod góreczkę i z góreczki, z góreczki, itd.”. Śpiew babuni kończył się dopiero przy wyjściu z lasu. Może dlatego nie słyszała nawoływań, w rodzaju: hop hop !Babciu gdzie jesteś?, Mamusiu , gdzie Mamusia poszła? Albo przerażonego głosu dziadka Bronka, grzmiącego jak huk wodospadu: Waleria, Walerciu wracaj!!! A propos dziadka, to nie był z niego grzybiarz. Owszem, chęci miał, ale tej iskry talentu brakowało. Chodził po lesie jak geodeta, stawiając olbrzymie, równe kroki, zapatrzony w znikającą sukienkę Walerci. Z reguły miał słabe osiągnięcia, najczęściej kilka rozpadających się “kapci”. Dziadzio wsławił się w rodzinie ogłaszaniem fałszywych alarmów o wielkim wysypie grzybów, zwykle o czwartej nad ranem.

Na razie trwała idylla. Z głębi zagajnika dawał się słyszeć śpiew taty w całkowicie przez niego na tę okazję ułożonej piosence: “Tu grzyb, tu grzyb, tam pieczareczka, tu Antoś, tu Basia a tam Małgosieczka”...Przykro mi, że ja się nigdy w niej nie znalazłem, choć wielkie były późniejsze moje zasługi na polu grzybobrania. Może coś było w moim imieniu, że się nie rymowało ...a może po prostu był to koniec kompozycji. Trudno.

Ojciec rzadko chodził na grzyby. Był raczej jak generał wysyłający swe wojska na pole bitwy. Sam przeznaczył się do spraw wyższych, czyli kulinarnych. Natomiast nasza Mama uwielbiała zbieranie grzybów, przekazując nam całą swoją miłość do przyrody i piękna. Zachęcała nas do wysiłku, pierwsza pokazała cud letniego poranka w lesie, nauczyła cieszyć się naszymi zbiorami.

Chciałbym jeszcze wspomnieć wspaniałych grzybiarzy, jakimi niewątpliwie byli ciocia Jadzia z mężem, obuci zawsze w nieodłączne pepegi, z olbrzymimi rańcami na plecach i zbierający wszelakiego rodzaju gołąbki, podgrzybki, surojadki, kominki i tym podobne plugastwo, pogardzane przez nas wówczas . Jednak pamiętam cudowny smak pierogów gotowanych z tych właśnie grzybków przez ciocię. Zawsze też docenialiśmy umiejętności zbierackie wujostwa i obawialiśmy się ich konkurencji. Po prostu – byli z naszej rodziny!

Należałoby tu napomknąć o moim chrzestnym ojcu i Jędrku, przezywanym przez nas Bułą, o niezapomnianym wujku Piotrze, wszyscy oni to wspaniali grzybiarze, jednak mnie kojarzą się głównie z rybami, więc opiszę ich w następnym rozdziale, poświęconym właśnie rybaczeniu.

- Jacuś, tu wyraźnie pachnie grzybem, rozejrzyj się tylko - namawiało mnie dość liczne starsze rodzeństwo, specjalnie podprowadzając na przepięknego brzozowego prawdziwka.

- A tu jesce som dwa dzibki – dodałem histerycznie wrzeszcząc, pokazując zdziwionym starszym ode mnie dzieciakom samodzielnie odkryte przeze mnie grzyby.

- I tu tez, i tu..., oooo tam jesce - pokazywałem kolejne moje odkrycia. Pamiętam też ten grymas zazdrości na otaczających mnie twarzach. Dziś już wiem, że to tylko oznaka poważnie rozwiniętej choroby grzybowej, na którą zresztą sam zapadłem.

Powoli uczyłem się odróżniać gatunki grzybów, ich przeróżne odmiany. Zrozumiałem, że mają swoje ulubione siedliska, przez nas nazywane po prostu miejscami. Każde z nas, a szczególnie ciężko chora na chorobę grzybową moja siostra Małgosia i ja, potrafiliśmy dokładnie określić, gdzie dany grzyb wyrósł. Po grzybobraniu, obierając je, ćwiczyliśmy się w odgadywaniu, gdzie poszczególne egzemplarze zostały znalezione.

- Tego znalazłaś na polanie brzozowej, pewnie tam przy dole, te cztery są z grabinek, te dwa wyrosły na pewno na rogu, pod dębem, te lukrowane są z brzózek, a te ze skraju lasu. Ale gdzie znalazłaś tego najpiękniejszego, nie wiem...

- To się i nie dowiesz - odpowiedziała zadowolona z siebie Małgosia, która tego dnia po dwukrotnym przeliczeniu zbiorów okazała się zwyciężczynią, pokonując mnie o cztery sztuki.

- Chyba, że...- tu szantażystka zawiesiła głos, zastanawiając się nad ceną - ukręcisz mi kogiel-mogiel z trzech żółtek. Był to w owych zamierzchłych czasach, najwyższej klasy przysmak, którym namiętnie się objadaliśmy. Czy to nie cud, że po zjedzeniu tylu jajek, mogę jeszcze pisać wspomnienia?

Chodziliśmy zazwyczaj do należących do nas lasów, jak i do najbliższych, sąsiedzkich. Niedaleko domu, tuż za polem w stronę rzeki, był piękny, mieszany, stary las z przewagą sosny i dębu, poprzetykany gdzieniegdzie, osiką, kruszyną czy jarzębiną, porośnięty niemalże w całości jagodzinami. Rosły tu pod koniec wakacji piękne brunatno-fioletowe borowiki o rozłożystych kapeluszach, pożółkłych od spodu. Jednakże las ten zaczynał się wąskim pasem grabiny, gdzie wiosną kwitły konwalie, wczesnym latem zbieraliśmy duże ilości brązowych prawdziwków. Potem szło się zwykle skrajem starego lasu od strony sadzonek, czyli młodniaka sosnowego. Odgrodzony był wykopanym, płytkim rowem, porośniętym gdzieniegdzie bujną roślinnością. Tu rosły przeróżnego rodzaju grzyby prawe, w zależności od drzewa pod jakim się znajdowały, jak i od podłoża na jakim żyły. Pod młodymi sosenkami były przysadziste, nieomal okrągłe, o jasnych nóżkach, wyrosłe jak brylanty wśród szmaragdowych płatów mchu; pod dębami natomiast zdarzały się grubiutkie, o prawie popielato-zamszowych główkach i ciemnych trzonach. Znajdowaliśmy też młode prawdziwki zupełnie białe, lub lekko zabarwione, ukryte pod grubym igliwiem w sadzonkach, tworzące górki niespodzianki i grzyby borowe ciemne i dorodne.

Potem skręcaliśmy w stronę rzeki, do brzózek. Rozbiegaliśmy się po polanach i wokół lasków brzózkowych, gdzie była prawdziwa kopalnia prawdziwków: całe gromady jasnych młodziaków, zanurzonych nieomal całkowicie w piachu i pięknych, jakby polukrowanych - właściwych brzozowych. Gdy było nam jeszcze mało, zaraz za brzózkami, mieliśmy wspaniałe miejsca grzybowe we wrzosach. Zbieraliśmy tam grzyby o pięknych, bardzo ciemnych kapeluszach, na wysokich równych trzonach. Widać je było z daleka jak plamy rdzawego brązu na tle zieleni i fioletu.

Należy zaznaczyć, że w owym czasie nikt inny nie zbierał grzybów w naszych lasach. Należały one nieomal wyłącznie do nas i do naszych gości. Okoliczni rolnicy z pobliskich chałup mieli swoje laski, a grzyby ich specjalnie nie obchodziły. Nasze lasy, z dala od szosy i kolei długo pozostały nieznane dla obcych.

Pamiętam, że na początku interesowały nas wyłącznie prawdziwki i rydze. Innych grzybów się nie zbierało. Wokół samego domu, pod brzozami, klonami, czy lipami również znajdowaliśmy grzyby. Kto rano wstawał, w piżamie i naprędce założonych na bose nogi butach, wybiegał przed dom szukając grzybów, których nie wyrywał, lecz zaznaczał i pokazywał je potem innym. Zostawialiśmy je na kilka dni, obserwując jak rosną.

Przypominam sobie lato, gdy w poszukiwaniu grzybów poszliśmy za wrzosy, w kierunku rzeki. Przechodziliśmy przez polanę, na całej powierzchni usianą kozakami. Było ich całe setki. Długo przyglądaliśmy się jak świeciły swymi młodymi, jasnobrązowymi łepkami wśród niskich, zroszonych traw. Było to nieprawdopodobne zjawisko. Wiedzieliśmy, że są jadalne, lecz nie były nam wtedy potrzebne. Pamiętam, jak potem ostrożnie przechodziliśmy na drugą stronę, by jak najmniej je uszkodzić. Już nigdy więcej nie widziałem takiej masy grzybów jadalnych na tak małej przestrzeni. Z czasem zaczęliśmy doceniać inne grzyby, m.in. właśnie kozaki, maślaki, opieńki i kurki. A widok setek kozaczków na niewielkiej polanie powraca do mnie niekiedy we wspomnieniach.

Oprócz rodzeństwa, uczestnikiem moich wypraw grzybowych, był mój brat stryjeczny i przyjaciel, trzy lata starszy ode mnie Kazik. Z nim też wiążą się moje dwa wielkie wspomnienia.

Spędzamy wspólnie wakacje. Przyjechała właśnie ciocia Jadzia. Próbuje zapędzić nas do jakiejś pracy. Jest gorąco, czujemy maksymalne rozleniwienie, nic nam się nie chce...A tu bez przerwy : synu!, idźcie po wodę, narąbcie drzewa, przynieście to, zanieście tamto. Nie wytrzymujemy, po prostu zwiewamy. A gdzie? Oczywiście do lasu, ale nie na grzyby. Zaledwie dzień przedtem przeszliśmy nasz las, a grzybów ani śladu. Przez absolutny przypadek zaszliśmy do olbrzymiego, mieszanego lasu , nazywanego przez nas Chłopskim, porośniętego dużymi sosnami, świerkami i dębami, z podszyciem mchu i jagodzin. W dalszej części obfitował wieloma polanami pełnymi borowin, a na prawo przechodził w podmokłą część, znaną nam z sejmiku bocianiego i żurawin. Przez ten las prowadziły dwie główne drogi z naszego przysiółka, a mianowicie do wsi i do młyna. Dotychczas znaliśmy go z corocznego zbioru borówek i przypadkowych grzybów, znalezionych przy drodze prowadzącej do wsi, jak i z wypraw na ryby. Przemierzając las bez określonego celu, natknęliśmy się na grzyby, których nie zapomina się do końca życia. Nie pamiętam, który z nas zauważył pierwszego olbrzyma ukrytego nieomal całkowicie pod grubym kożuchem mchu. Wystawała jedynie amarantowo-brązowa krawędź kapelusza. Na dość niedużej przestrzeni, jak w transie, w ciągu niecałych dwóch godzin znajdujemy około pięćdziesięciu pięknych borowików, z których wiele zbliża się do kilograma, a dwa na pewno przekraczają tę wagę. Jesteśmy obaj nieprzytomni z radości. Grzyby złożyliśmy na dwa osobne, podobnej wielkości stosy. Uśmiechamy się porozumiewawczo, ogłaszamy światu remis. Rozbieramy się szybko do spodenek. Sprawnie ładujemy zebrane grzyby do koszul i spodni. Wracamy szybko, zgłodniali na spóźniony obiad, nie przewidując czekających nas nieprzyjemności. Dodam jedynie, że nie zdradziliśmy nikomu naszego cudownego miejsca i jeszcze wielokrotnie zbieraliśmy tam piękne okazy. Jednak zbiór tamtego dnia już się nam nie powtórzył.

Z Kazikiem wiąże się wiele wspomnień, nie na jedną powieść. Przypomina mi się jednak jeszcze jeden dzień i nieprawdopodobne grzybobranie. Były to chyba ostatnie wspólne wakacje, spędzone pod jednym dachem. Absolutny brak grzybów w naszych lasach. Wybieramy się na rekonesans, oczywiście bez koszyków, do lasu, który jest opisany poniżej, w związku z rydzami. W mijanych lasach grabowych Kazik znajduje pod rosochatym grabem, dziewięćdziesiąt kilka małych prawdziwków, nadających się na marynatę. Przywołuje mnie, aby pokazać niezwykły widok. Jestem poruszony. Wyglądają jak rozsypane, włoskie orzechy. Jest też parę nieco większych. Kazik ściąga koszulę i rozpoczyna zbiór. Ja po pewnym czasie znajduję, niedaleko drogi, pod trochę pochylonym drzewem, stado liczące sześćdziesiąt dwa okazy. Widzieliśmy też całymi kępkami rosnące maleńkie kozaczki, których nie zbieraliśmy. Wróciliśmy do domu z pełnymi koszulami pięknych grzybków, obiecując sobie wyprawę na olbrzymie grzyby za dwa dni. Nie wiem, co się wydarzyło potem, co przeszkodziło nam ponownie iść do lasu. Szkoda, wysyp był pewny.

Cofnijmy się do czasu, kiedy poznałem rydze: druga połowa sierpnia, mogłem mieć siedem,osiem lat, gdy po raz pierwszy moje starsze rodzeństwo zabrało mnie na rydzobranie. Lasy rydzowe były położone parę kilometrów od naszego domu. Pamiętam, że poprzedniego dnia było wielkie poruszenie w rodzinie. Antoś lub Basia znaleźli kilka rydzów w małym zagajniczku, należącym do naszego sąsiada. Na wielkiej naradzie rodzinnej ustalono, po dokładnym obejrzeniu przyniesionych rydzów, że właśnie musiał nastąpić ich wysyp. Postanowiono, że nazajutrz rano, o piątej wyruszymy na grzyby. Nie było mi łatwo wstać o czwartej, po prawie nieprzespanej z emocji nocy. Pamiętam szarówkę i srebrzystą rosę zastygłą na trawie. Szło się miedzami, wśród kęp tarniny, rozdzierającej skórę i ubranie, wśród snujących się mgieł, leżących w niższych miejscach między pagórkami. Czuło się jakąś tajemnicę. Panowała cisza. Słychać było tylko dość żwawy odgłos naszych kroków, czasem pojedyncze słowa wypowiadane cicho, zaspanym, ochrypłym głosem. Poruszaliśmy się gęsiego za Antkiem, który nie zważając na mój młody wiek, parł bez przerwy do przodu. Musiałem podbiegać, by dogonić starszych. Jedynie Małgosia odwracała się, kontrolując, czy nadążam.

- Jacek, ruszaj się - ganiła mnie co pewien czas.

Kierowaliśmy się na ledwo siniejące na horyzoncie pasmo dużego lasu. Mijaliśmy pola z nieco żyźniejszą, rdzawą ziemią, choć gęsto usianą bielejącymi, wapiennymi kamieniami. Rędzina, jak później się dowiedziałem, była właśnie idealnym podłożem dla rydzów. Zbliżaliśmy się do lasu. Już szliśmy nie miedzą, lecz trawiastą drogą polną, która lekko opadając w dół, wprowadzała nas do dużego mieszanego lasu. Przecięliśmy las w poprzek dochodząc do szerokiej, gliniastej, z ciemniejącymi, mulistymi kałużami, centralnej leśnej drogi. Już na tych paru metrach Małgosia znajduje 3 małe rydze, rosnące dachówkowato w krótkiej trawie, w pobliżu poziomek. Przyglądam się jak rosną. Są mało widoczne. Podobne do wełnianek, które znam z brzózek. Siostra pozwala mi je zerwać. Pod nimi zauważamy maleńkie jak pięciogroszówki liczne rodzeństwo zerwanych grzybów. Oczywiście je zostawiamy. Wiemy już, że trafiliśmy na wysyp rydzów. Następuje krótka przerwa, podczas której starsze rodzeństwo omawia strategię grzybobrania. Jest decyzja: koncentrujemy się jedynie na zbieraniu rydzów, nie idziemy więc bardzo grzybnym lasem, lecz drogą aż do polan rydzowych. Drogę obstawiamy z dwóch stron i na jej obrzeżach zbieramy napotkane rydze. Ruszamy. Trochę się boję, las jest olbrzymi i bardzo różnorodny. Mijamy lasy mieszane z przewagą sosny, tonące w zielonych jagodzinach, co pewien czas bardzo ciemne i wilgotne grabiny, z pięknymi kępami zielonego mchu, a także jasne i potężne dębowe lasy, przyozdobione pióropuszami paproci. Pozostał mi do dziś zachwyt tym uroczyskiem. Po półgodzinnym marszu, droga przejaśnia się i z prawej strony widać ścierniska zalane porannym słońcem, a z lewej prześwieca pierwsza zielona polana, okolona młodymi zagajnikami. Wszystkie trzy polany usytuowane są na stokach niewielkiego wzniesienia, poprzedzielane wąskimi lasami grabowymi, z małymi sosnowymi młodnikami, upstrzone pojedynczymi jałowcami. Przez miejscowych rolników wykorzystane bywały jako pastwiska, stąd częste ślady ich wypasu znajdowaliśmy na naszych ścieżkach. Wchodzimy na polanę tyralierą, jak atakujący pluton wojska. Dotychczas mamy tylko 30 rydzów. Ja na sumieniu cztery zdeptane, i co gorsza pusty koszyk. Zaczynam sobie zdawać sprawę, że nie mam pojęcia o zbieraniu tych grzybów. Muszę obserwować rodzeństwo i dopiero uczyć się tej sztuki. Jednego jestem już pewien: rydz to najpiękniejszy grzyb na świecie i dołożę wszelkich starań, by osiągnąć mistrzostwo w ich zbieraniu. W myśli przepraszam rozgniecione przeze mnie rydze, postanawiam maksymalnie się skoncentrować. Co chwilę widzę schylające się rodzeństwo, słyszę stłumione okrzyki zwycięstwa. Małgosia, parę metrów za mną, klęczy na ziemi i przywołuje mnie gestem. Jest mi przykro, za chwilę się rozbeczę. Przyglądam się z zawiścią grzybom siostry. Bagoja ( tak pieszczotliwie nazywa ją ojciec) rozsuwa trawę ukazując mi całą kolonię może dwudziestu rydzów.

- Zobacz, wpierw zauważyłam tylko jednego, a całą resztę dopiero jak uklękłam i rozsunęłam trawę. Idź bardzo wolno, schylaj się, co chwilę odwracaj i oglądaj przebytą drogę. Są bardzo mało widoczne. Zobacz, przy jakiej trawie rosną, szukaj podobnych miejsc. Więcej ci nie powiem, na pewno sobie poradzisz. Ale spójrz jeszcze na Antka!

To co zobaczyłem, zadziwiło mnie jeszcze bardziej. Mój brat, prawie dorosły mężczyzna, zwykle poważny i przynajmniej na pozór nie ulegający emocjom, trzymał swoje buty w dłoni i na bosaka wykonywał jakiś dziwnie spowolniony taniec, przypominając obłąkanego Indianina.

- Co się gapisz mały- odezwał się ze zwykłą sobie irytacją.

- Tu w większej trawie to jedyna metoda - dodał z pewnością eksperta.

- Boże, ja nie dam rady! - pomyślałem. - Ja tak nie umiem!

Zrezygnowany wróciłem na swoją ścieżkę, sunąc wolno, wpatrując się tępo w trawę. Szedłem teraz wzdłuż kilkuletnich sosenek samosiejek, otoczonych krótką soczystą zielenią. Nagle dojrzałem przycupnięte pomarańczowo-czerwone niewielkie krążki. Padłem na kolana. Są! Nareszcie! Do tego piękne, dorodne, o podwiniętych brzegach, o wyraźnym rysunku ciemno pomarańczowych kółek. Obciąłem korzonki i natychmiast czerwone mleczko zabarwiło mi palce na brązowo, a ja naznaczyłem je zielonym dotykiem. Uniosłem je w górę i poczułem ich wspaniały zapach. Obecnie, po wielu latach zbierania tych grzybów, lubię je wąchać jak narkotyk i sądzę, że po zapachu rozpoznaję ich najprzeróżniejsze kryjówki.

Tamtego dnia wróciliśmy do domu około południa, dźwigając kosze i awaryjne siatki pełne najpiękniejszego bogactwa lasu. Rozmowom i przechwałkom nie było końca. Liczyć nam się nie chciało, bo by za długo trwało. Dziś myślę, że mogło ich być kilka tysięcy. Potem oczywiście było mnóstwo pracy z przygotowaniem grzybów do marynaty i solenia, ale za to na obiad mama podała najlepsze na świecie smażone rydze.

Od tamtej pory przeżyłem wiele wspaniałych rydzobrań, kiedy niejednokrotnie sam znajdowałem po tysiąc, czy więcej rydzów. Odkrywałem nowe miejsca rydzowe i doskonaliłem się w ich zbieraniu. Niestety, bywały lata nieurodzajne i suche, kiedy większość grzybów, a w tym i rydzów, była robaczywa i nie nadawała się do zbioru. Poznałem jednak zapaleńców, co nawet robaczywego rydza nie wyrzucali.

Moje rodzeństwo rozpierzchło się po świecie, a ja przez parę lat mieszkałem z rodzicami w naszym drewnianym, podkieleckim domku. Lasy się zmieniały, zmieniały się miejsca grzybowe. Po latach doświadczeń zauważyłem, że grzyby, w tym również rydze uciekają ze starych lasów do przyległych młodników. Są to zmiany powolne, ale nieuchronne. Drugim moim spostrzeżeniem jest, że grzyby rosnące w nietypowym dla nich środowisku, mają nietypowy wygląd. Znalazłem całą masę rydzów, całkowicie zielonych, szaro-zielonych, a nawet popielatych, rosnących pod dębami, w pobliżu brzóz, czy zupełnie w polu, dość daleko od najbliższych drzew. Zawsze jednak miały blaszki czerwone, pomarańczowe mleczko i przepiękny aromat. Dla nie znających się na rzeczy mogę dodać, że rydz w miejscu skaleczenia go, zabarwia się na zielono.

Zmieniały się czasy. Zmotoryzowani kielczanie odkryli naszą bonanzę, a okoliczni mieszkańcy nauczyli się zbierać grzyby na sprzedaż. Duża konkurencja, ale też przedeptane lasy, zbyt intensywny zbiór zubożyły i nasze miejsca grzybowe.

Na szczęście nie wszyscy znają i umieją rozpoznać moje ukochane rydze. Jest rok 1975 lub 1976, połowa września. Po kilkudniowym ochłodzeniu w końcu sierpnia, jest mokro i ciepło. Środek tygodnia. Mieszkam nadal w kieleckich lasach. Od dwóch dni rano i wieczorem jest mglisto. Przeczuwam wysyp rydzów, których jeszcze nie było tego lata. Niestety, tego dnia wyjeżdżam na 3 dni do pracy, na szczęście muszę dojechać do celu dopiero wczesnym popołudniem –mam zatem trochę czasu. Muszę zdążyć zajrzeć chociaż do paru miejsc. Wyruszam wcześnie rano. Wpierw zaglądam do pobliskich zagajników, gdzie potwierdza się moje przeczucie. Pełno młodych, zdrowych rydzów. Grzyby błyszczą od rosy, są piękne i dorodne, w intensywnych kolorach. Znajduję ich całe kolonie. Spieszę się. Serce mi wali z emocji i przerażenia, że będę musiał przerwać zbiór i pędzić do pracy. Przeklinam w duchu, że tak się złożyło. Jestem nienasycony. Zupełnie chory. Postanawiam iść jeszcze do rydzowego lasu, co prawda nie na polany, ale na nowo odkryte miejsce po prawej stronie drogi. Ukrywam olbrzymi kosz pełen rydzów w kolących jeżynach i mając zapasową siatkę biegnę na miejsce rydzowe. Docieram tam po paru minutach, cały zdyszany. Miejsce trochę nietypowe: las mieszany, młody, dużo mchu, paproci i dwie zielone dróżki, przy których rosną rydze. Tym razem się nie kryją. Jest ich pełno. Po kilka i kilkanaście, czerwienią się z daleka. Patrzę na zegarek, późno, powinienem być już w domu, trzeba się przebrać, zjeść śniadanie. Co tam, przecież ich nie zostawię. Kucam, zaczynam ścinać i chować do siatki pierwsze rydze, gdy nagle słyszę głosy, dużo głosów. Są już o parę metrów. Grzybiarze! Zamarłem, wstaję i stoję nieruchomo nad dróżką czerwoną od rydzów. Obserwuję w milczeniu jak przechodzą i depczą na moich oczach całe dziesiątki grzybów. Jeden, przechodzący najbliżej, odwraca się do mnie z uśmiechem, ukazując mi pusty kosz.

- Co, nie ma jeszcze grzybów, może za tydzień? ...Nie mogę wymówić słowa. Poszli, odetchnąłem. Muszę się spieszyć. Po półgodzinie ściągam koszulę, ponieważ siatka jest już pełna. Trudno, trochę się połamią, ale nie mogę ich zostawić. Nie wiem, ile rydzów znalazłem tamtego dnia, ale chyba był to mój życiowy, nie do pobicia rekord. Co ważniejsze, że w zasadzie i do pracy zdążyłem. Do dziś się głowię dlaczego tamci ludzie nie zauważyli rydzów. Może nie były im przeznaczone?...

Ostatni rok w podkieleckim domku obfitował w grzyby, szczególnie rydze, zbierane nawet w listopadzie. Dowiaduję się, że przyjeżdża mój brat Antoni, ale tylko na jeden dzień. Wiem, jak bardzo lubi rydze. Jednak pechowo, właśnie tamtej nocy przychodzi mróz, obwieszczając koniec zbiorów. Znajduję kilkanaście przemarzniętych rydzów. Jestem szczęśliwy, mogę je bratu usmażyć. Mimo niewielkiego sukcesu, ten dzień został mi w pamięci.

Jeszcze chciałbym przypomnieć 8 maja 1977roku. Ostatnie imieniny naszej ciężko chorej Mamy. Jest piękny, słoneczny dzień. Wiosna tamtego roku przyszła wcześnie. Majowy dzień przypomina letni. Jest ranek. Nie budząc nikogo idę na krótki spacer do naszego lasu. Tuż przed grabinkami , w rosnących chaszczach znajduję pięć pięknych , dorodnych kozaków. Są młode. Pachną lasem i grzybami. Niosę do domu, jako prezent dla Mamy. Pamiętam Jej radość. Ma w oczach łzy. Pewnie zdaje sobie sprawę, że są to ostatnie grzyby, jakie widzi.

Opowiadanie nadesłane na konkurs 2003