Strona główna | Lista członków klubu | Strony członków klubu | Forom dyskusyjne klubu | Nasze wyprawy | Atlas grzybów | Przepisy |
| Statut klubu | E-kartki | Email klubu | Nowe forum klubu | Aktualne występowanie grzybów w Polsce |

 

  Jacek Sarnecki                                
Wspomnienia

“Jestem takim, jakim mnie uczyniliście”                                                Mojej rodzinie autor

 

Na grzyby, na ryby

Na ryby

- Och Piotrusiu, umieram - chlipała ciocia Jenka w poduszkę, przerażonym głosem zwracając się do ukochanego, śpiącego obok męża.

- Cóż się stało mój Aniele – odezwał się zaspanym głosem drobny, śniady, szczupły mężczyzna, leżący w cieniu swojej potężnej, o piętnaście lat młodszej połowicy.

- Kiedy się wstydzę powiedzieć...- cicho łkała ciocia, widocznie zdając sobie sprawę ze swego beznadziejnego położenia.

- Jak ci mam pomóc mój Skarbie, skoro nie chcesz nic powiedzieć?

Byli od niedawna małżeństwem. Zakochani w sobie po uszy. Stanowili zaprzeczenie jakiegokolwiek stereotypu “dobranej pary”. A jednak było to chyba najlepsze małżeństwo w mojej rodzinie.

- Czy nie będziesz się mnie brzydził?! - krzyczała już spazmatycznie ciocia.

- Ależ kochana Rybeńko, co ty opowiadasz za brednie-rzekł zapalając światło. - Powiedz natychmiast co ci jest! - nalegał zdenerwowany.

Będąc posłuszną żoną, zdecydowała się w końcu wyjawić mu swą tajemnicę.

- Otóż, Piotrusiu, ja umieram, to znaczy na pewno psuję się już od środka - wyjaśniała zdumionemu mężowi ciągle płacząc.

- Skąd możesz to wiedzieć, nie jesteś przecież lekarzem –dodawał otuchy swej zrozpaczonej, przytęgiej żonie wuj Piotr.

- Wiem to na pewno, robaki już ze mnie wychodzą - wyjęczała.

- O, cho.. cho.. cholera, mo.. mo.. moja przynęta-wykrzyknął przerażony, jąkający się w chwili wzburzenia wuj, energicznie odchyliwszy kołdrę, obserwując jak gromady białych robaków (wędkarska nazwa larw much) spacerują po ukochanej żonie.

- Jeńciu, Skarbie, nie ru..ruszaj się proszę, bo po..pognieciesz, zaaraz je zbiorę. Mu.. mu.. musiałem prze.. przewrócić pudełko z przy.. przynętą, ja.. jak gasiłem świa.. światło.

Dziesiątki tego typu anegdot związanych z niezapomnianym, zwariowanym lecz najwspanialszym wędkarzem, jakiego znałem, krążyły w rodzinie, opowiadane wielokrotnie przez ciocię, ciągle wywoływały huragan śmiechu. Miałem to wielkie szczęście spędzić kilka razy wakacje w ich wspaniałym towarzystwie i wielokrotnie brać udział w wyprawach wuja Piotra na ryby. Był jedynym, znanym mi wędkarzem, który zawsze odnosił sukces. Wiedział o rybach i wędkarstwie wszystko. Był niespotykanym wirtuozem w tej materii. Sam ryb nie jadł, pasjonował się jedynie ich łowieniem. Większość złapanych ryb rozdawał, a były to połowy niewyobrażalnie obfite. Pamiętam, że wizyta wuja na naszym rancho wiązała się z budową sporej wędzarni, a mama zachodziła w głowę, w jaki sposób zagospodarować codzienną dostawę świeżych ryb.

Wuj Piotr łowił na bardzo delikatny sprzęt. Do dziś nie rozumiem w jaki sposób wyciągał nawet kilkukilogramowe okazy na cieniutkie przypony i mikroskopijne haczyki. Pamiętam, że bardzo dbał o swój ekwipunek wędkarski i niechętnie go komukolwiek użyczał. Chciałbym przypomnieć pierwszy wspólny wyjazd na ryby, do Bieleckich Młynów nad Nidę, około ośmiu kilometrów od naszego domu pod Kielcami.

Miałem siedem, a może osiem lat. Pojechaliśmy starym, pamiętającym przedwojenne czasy Fiatem wuja Piotra. Było nas czterech, poza wujem i mną, jeszcze Antoni i brat stryjeczny Jędrek, syn wuja Henia, zwany przez wszystkich Bułą. Nieco młodszy od Antka, był naszym stałym kompanem. Dojechaliśmy w miejsce, gdzie Nida niedaleko starego, rozwalonego młyna, rozlewa się szeroko, tworząc większe koryto, przyozdobione przy brzegach lśniącymi liśćmi nenufarów, otoczona kępami krzewów i niekiedy starymi, olbrzymimi wierzbami. Płynie leniwie, gdzieniegdzie tylko tworząc wiry, z dnem mulistym, z rzadka porośniętym moczarką. Woda tam ciemna, nieprzejrzysta, unosząca zawiesinę mułu i planktonu.

Już po drodze wuj nam objaśnia, że dzień wcześniej zanęcił ryby w paru miejscach. To wszystko było dla mnie nowe i nieznane. Do tej pory łowiłem z zapałem kiełbie na płytkiej wodzie w naszej rzeczce. Moim sprzętem był leszczynowy kij z przywiązaną dość grubą żyłką , spławik z korka, plasterek ołowianej taśmy i haczyk jak “na rekina”. Zrobiłem ją sam, naśladując brata, otrzymawszy od Buły kawałek żyłki i haczyk. Kiełbiom nie przeszkadzał mój prymitywny sprzęt. Brały jak szalone. Wystarczało mieć trochę dżdżownic. Potem trzeba było wyśledzić stado kiełbi w kryształowo przejrzystej wodzie naszej rzeczki i zarzucić wędkę tuż przed stado, tak by prąd rzeki wolno przesuwał haczyk z dżdżownicą po dnie. Co za emocja móc obserwować jak rybka zbliża się do przynęty i ciągnie ją z wysiłkiem. Wystarczy poderwać i piękny tłusty kiełb wisi na żyłce. Łowiłem je z zapamiętaniem, czasem po kilkadziesiąt sztuk. To mała, lecz wyśmienita rybka. Smażyliśmy je po oprawieniu na patelni lub piekli na patyku w ognisku. Czasem miałem zamówienie od brata, by złapać mu parę kiełbi na “żywca”, co zawsze z ogromną gorliwością wykonywałem. Teraz jednak wiedziałem, że jadę na prawdziwe łowy. Widziałem wielokrotnie ryby, jakie przywoził wuj ze swoich wypraw. Lubiłem je oglądać i rozpoznawać, zadając dziesiątki pytań na co “wzięły”, jak walczyły i tym podobne. Pomagałem zawsze w ich obieraniu. Nauczono mnie też zabijać je szybko, tak by nie cierpiały.

Wróćmy jednak myślą do owego pięknego, lipcowego poranka. Świtało. Łąki osnute lekką mgiełką, co wznosi się znad wody i sunie wolno po zagłębieniach terenu, by zniknąć w końcu wraz z pierwszym ostrym promieniem słońca w pobliskich olszynach. Pojedyncze ranne nawoływania ptaków, lecz trwa jeszcze nocna cisza. To dopiero za parę chwil rozpocznie się poranne przebudzenie świata. Wszędzie upajający zapach wody i skoszonych łąkowych traw. Współczuję wszystkim, którzy nigdy nie doświadczyli tego widowiska.

Podjechaliśmy w pobliże rzeki, gdzie pod osłoną rozwidlonej pochyłej olchy wuj zostawia samochód, otwiera bagażnik i cicho wyjmuje cały sprzęt wędkarski. Cały czas nakazuje absolutną ciszę, porozumiewa się z nami bez słów, choć do brzegów rzeki dobre sto metrów. Drżę na całym ciele i z emocji i z porannego chłodu. Szukam swetra, w końcu go znajduję i szybko naciągam. Wuj Piotr sprawnie składa sprzęt, to samo robią Antoni i Buła. Ja stoję i patrzę. Dziś dostanę wędkę Antka, a on jedną ze słynnych wędek wuja. Widzę, jak z zarozumialstwem daje mi swój kij, przykazując należną uwagę. Natychmiast wuj ucisza go i czuję błogą satysfakcję...

Nareszcie wszystko gotowe. Idziemy po wilgotnej trawie, obładowani w kije, torby ze sprzętem i zanętą. Przez liście drzew przebijają się pierwsze, rachityczne promienie słońca. Dwa bociany, głośno łopocąc skrzydłami, lecą nisko w kierunku łąki. Przechodzimy na drugą stronę rzeki, po chybocącej, starej konstrukcji drewnianej, zbliżając się do bielejących ruin starego młyna. Tu wujek bezgłośnie przydziela każdemu stanowisko. Każe mi zostać na małym półwyspie, i czekać na jego powrót. Obserwuję, jak idzie z chłopakami po łuku w górę rzeki, zostawia po kilkunastu metrach Bułę i potem widzę Antoniego jak na dłoni, jest na wprost mnie, jako że znajdujemy się na ostrym zakręcie. Nida cicho szumi, przesuwając całe masy wody do przodu, nacierając na brzegi i poruszając rytmicznie, zanurzonymi w wodzie gałęziami drzew. Wraca wujek, wyjmuje groch gotowany w pończosze i rzuca parę garści w dwa miejsca, przygotowując nam łowiska. Nadziewa groch na haczyk swojej wędki i zarzuca w dół rzeki, ustawiając spławik na około półtora metra. Pokazuje mi palcem bym zrobił to samo ze swoją wędką. Nabijam groch, ustawiam spławik, zamach i pac! Wędka z przynętą ląduje tuż przy brzegu. Wujek odwraca się i ze zgrozą mi się przygląda. Niemym gestem każe powtórzyć rzut. Czy to moja wina, że pierwszy raz trzymam wędkę z kołowrotkiem w dłoni? Oczywiście był to zwykły blaszak, w niczym nie przypominający dzisiejszych cacek. Ponawiam rzut, starając się naśladować wyrzut wuja, niestety z podobnym rezultatem i głośniejszym chlapnięciem. Widzę, że twarz wuja naznaczona jest cierpieniem, patrzy mi z wyrzutem prosto w oczy. Pewnie dopiero teraz zdaje sobie sprawę, jaki bagaż ze sobą zabrał. A przecież Antek wczoraj mu radził, żeby mnie zostawił w domu. Oni z Bułą dotychczas nigdy mnie nie zabierali nad Nidę, wykręcając się brakiem trzeciego roweru, jakby nie mogli posadzić mnie na ramie. A tak ich błagałem...

Wuj bierze moje, a ściślej Antka wędzisko w ręce i sprawdza wszystko. Kręci z niezadowoleniem głową, coś reguluje przy kołowrotku, poprawia przynętę, po czym demonstrując mi chwyt wędziska i żyłki zarzuca precyzyjnie w miejsce zanęcenia. Chciałbym zagwizdać z podziwu, ale wiem, że byłbym ukarany dozgonną banicją. Potem widzę jak wuj Piotr bierze swoją wędkę i przesuwa się parę metrów w dół rzeki siadając wśród chaszczy, wtapia się w otaczający pejzaż i odtąd tylko wielka chmura papierosowego dymu sygnalizuje jego obecność. Trwa cisza, przerywana od czasu do czasu chlupotem i cmokaniem żerujących ryb, a nagły wystrzał wśród liści grzybienia zdradzał obecność polującego szczupaka. Oczekiwanie... Widzę całą naszą grupę, mogę też obserwować wędkę wuja. Mój spławik porusza się niezauważalnie zakreślając na czarnej wodzie niewidzialne koła. Czasami drga nieznacznie, jakby jakaś mała rybka próbowała uszczknąć kawałek grochu. Nagle cisza zostaje przerwana, słyszę świst kija i widzę rękę wuja z wygiętym w łuk wędziskiem, a naprężona żyłka jego wędki ginąca gdzieś w ciemnych wodach Nidy, zbliża się do brzegu w moim kierunku. Wuj przechyla wędzisko delikatnie w lewo i żyłka oddala się gwałtownie na środek rzeki, potem wraca i znowu przesuwa na środek. Trwało to zapewne z dziesięć minut zanim ujrzałem szeroki, ciemny grzbiet ryby, sunącej posłusznie w kierunku wuja, lądując w jego podbieraku. Podbiegam zobaczyć, mignęła mi brązowo-złota sylwetka pięknego karpia, lecz wskazujący palec wuja , nakazuje mi natychmiast wracać na stanowisko. Nabieram przekonania, że wuj doskonale porozumiałby się nawet z głuchoniemymi. Temu podobne rozmyślania przerywa cichy furkot mojego kołowrotka i przesuwające się wędzisko w kierunku rzeki. Spławika już nie widać. Chwytam za nieco przyciężki bambus Antka i podcinam ostro w górę. Solidna żyłka i hak mego brata wytrzymały, a ja czuję niewiarygodną siłę dużej ryby, hałasującej zawzięcie kilkanaście metrów dalej. Wuj już stał przy mnie, nakazując gestami podciągać lub popuszczać żyłkę, od czasu do czasu przytrzymując mi wędzisko, regulując skręcanie żyłki, na koniec pomagając skierować rybę do podbieraka i wyciągnąć na brzeg. Był to pierwszy karp, jakiego w życiu złapałem, a chociaż nie był największy i ważył około kilograma, to był na pewno najpiękniejszy. To niestety ostatnia moja ryba tamtego dnia, przy następnym braniu wędzisko mego brata pękło na pół, a olbrzym co tego dokonał, chlapnąwszy potężnie ogonem, znikł na zawsze w odmętach rzeki. Usłyszałem “o Boże!” brata Antoniego i zobaczyłem pełen rozpaczy gest mego wuja. Byłem już tylko kibicem i pomocnikiem. A było co robić . Wuj złapał osiem karpi, z czego część pełnołuskich sazanów i dwa piękne liny które odnosiłem do siatek, a potem do samochodu. Antoni z Jędrkiem mieli po 2-3 karpie. Wyprawa była udana, lecz pomimo, że zbliżała się dziesiąta i ryby przestały brać, zapaleńcy jeszcze siedzieli. Właśnie obserwowałem pojaśniałą od słońca rzekę, gdy nagle ujrzałem przed sobą płynące, cenne wędzisko wuja. Nie wierzyłem własnym oczom. Spojrzałem na Antoniego, siedział bez ruchu. Nie wytrzymałem, wrzasnąłem przeraźliwie, wskazując na oddalającą się własność wuja. Ten momentalnie zarzucił wędkę na znikający w dali skarb, który szczęśliwie przyciągnął w ostatniej chwili do brzegu. Oczywiście ryby na haczyku już nie było. Okazało się, że mój brat zasnął i nie zauważył jak ryba porwała mu wędkę. Co potem nastąpiło, to aż strach powtórzyć. Nasz, dotychczas niemy wuj, przemówił nad wodą. Nie, nie przemówił, on krzyczał, jąkając darł się w niebogłosy: cho...cho...cholera, ja wam dam ry..ryby, ja wam dam we...wędki!”, po czym zwracając się do mego brata “ty..ty Mysigieńcu (nie wiem co to znaczy, ale pamiętam doskonale ten epitet), że.. żeby ci sikacza zamu..zamuliło!” (najgorsze przekleństwo wuja)...To był przykry koniec wędkowania. Nigdy potem nie widziałem go tak wzburzonego, ale też już nigdy nie pożyczył nam wędki. Zły humor wujowi przeszedł dość szybko, bo po chwili dał mi kuksańca w bok i zapytał “I co Bucki, jak się ciągnęło karpia? Nie wiem, dlaczego tak mnie często nazywał. Pamiętam potem Mamę oglądającą z podziwem nasz połów i smak smażonych i wędzonych tamtych karpi.

Teraz muszę wspomnieć z wdzięcznością dziadka Bronka, ale nie z powodu jego wielogodzinnych opowiadań, jakie to ogromne ryby łowił na komlę w Wieprzu. Ten wspaniały człowiek, w owych ciężkich, powojennych latach, przywiózł mi z Lublina piękny, niebieski, z błyszczącą niklem kierownicą, rower. Jak się później dowiedziałem, składał go dla mnie w tajemnicy przez kilka miesięcy. Była to niewielka damka, co nie miało wtedy żadnego znaczenia. Ten królewski dar miał dla mnie wartość porównywalną do Ferrari w dzisiejszych czasach. Niewielka niebieska damka na wiele lat zapewniła mi udział we wszystkich wyprawach rybackich i nie tylko. To było moje okno na świat, jak parę lat temu podobnie określało się telewizor, a obecnie mówi się o internecie. Skończyły się wykręty starszych chłopaków. Teraz musieli mnie ze sobą zabierać!

Zwykle na ryby jechało nas trzech: Antoni, Buła i ja. W lipcu , dopóki były ciepłe noce łowiliśmy od późnego popołudnia do dziesiątej rano dnia następnego, od sierpnia już tylko rano. Najczęściej miejscem wędkowania była Nida w pobliżu Morawicy, zaledwie siedem kilometrów od domu. Wieczorem i rano chwytaliśmy świnki, jazie, karpie i liny, a nocą stawialiśmy wędki na szczupaka, węgorza i miętusa. Całą noc paliło się ognisko, a jeden z nas, na zmianę dyżurował. Ile w nas było zapału, uporu, wytrzymałości na trudy! A ile w nas było radości! Dziś wiem, że to młodość dodawała nam skrzydeł i ubarwiała każdą eskapadę. Czasem jeszcze w snach widzę nasze ulubione miejsce nad rzeką, między krzewami, pod olchą, jest wieczór lub gwiaździsta noc i pali się ogień. Słyszę cykanie tamtych świerszczy i szum najpiękniejszej z rzek. Widzę dokładnie jak rozkładamy ekwipunek, podnęcamy, szykujemy wędki, by potem łowić dość blisko siebie. Ten rytuał się powtarzał i chcieliśmy, by trwał wiecznie. Jakie piękne świnki wyciągaliśmy z tamtych dołów! Pamiętam ogromne ich stada wygrzewające się na piaszczystych płyciznach Nidy. To dla nich założyliśmy pod lasem obrzydliwą, śmierdzącą hodowlę białych robaków. Nie mogły im się oprzeć, choć jest to ryba wyjątkowo płochliwa i ostrożna. Nie byłoby jednak naszych sukcesów wędkarskich, gdyby nie nauka i praktyka u wuja Piotra, patrona wszystkich wędkarzy w naszej rodzinie.

Zanim jednak poznałem smak wędkarstwa pod kierunkiem wuja, łapaliśmy piękne okazy ryb na sak i “na rękę” w naszej zimnej, źródlanej Morawce i w jej starorzeczach, porozrzucanych wśród zielonych łąk. Ponieważ oba sposoby wiązały się z wchodzeniem do wody, ograniczały się do pogodnych i ciepłych dni. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że sak to rodzaj zwężającego się worka z siatki rozpiętej na rusztowaniu z kijów leszczynowych, bądź jałowcowych. Wybieraliśmy się na takie łowy całą watahą dzieciaków, spędzających wspólnie wakacje. Najsilniejszy brał sak i wchodził z nim do wody, ustawiając naprzeciw jakiejś kępy wodorostów. Reszta uczestników wyprawy naganiała ryby, często brnąc w mule po dziurki od nosa. Jakie piękne okazy łowiliśmy nieraz w ten sposób, przeszukując różne dołki i odnogi rzeczne. Najczęściej ofiarą naszych wysiłków padały szczupaki, liny, płocie i okonie, a niekiedy piskorze i raki. Tego rodzaju rybaczenie budziło w nas niesłychane emocje. Wśród plusku wody słychać było podnieconą wrzawę dzieciaków:

- Oj walnął mnie w nogę, to musiał być olbrzym!

- Nie widziałeś gdzie śmignął?

- W szuwary, bo się trzcina poruszyła.

- Przestaw sak na prawo, bliżej brzegu!

- Ojej, zapadam się w muł. Pomóżcie, ja nie umiem pływać!...

- Jest , wpadł do saka! Wyciągaj!

Jak wspaniale wyglądały trzepoczące się, kolorowe i lśniące ryby, wśród urwanych pęków moczarki, na rozpiętej siatce saka. To też były piękne dni...

Łowienia “na rękę” nauczyłem się od Antoniego, który był w tym mistrzem. Wiele lat łaziłem za nim, nosząc jego ubranie i złowione ryby. Przyglądałem się z zainteresowaniem jak otoczony rojem ważek świtezianek, wkłada całą rękę, aż po pachę, w norę pod brzegiem rzeki. Słyszę jak oddycha ciężko z wysiłku, by po chwili powiedzieć: nic nie ma, lub: jest, coś jest, jeszcze nie wiem co...o, już wiem, to ładny miętus, już mi nie ucieknie, trzymam go pod skrzelami. I faktycznie po chwili mogłem zobaczyć wyrzuconego na brzeg, wijącego się wśród trawy, pięknego miętusa.

- Uważaj, żeby ci nie uciekł- napominał Antoni, przechodząc już dalej i szukając ryb w innej norze.

Pamiętam, że kilka razy mnie oszukał, krzycząc:

- Szczur, szczur mnie złapał!- udając, że nie może wyciągnąć ręki. Na pewno to było powodem, że samodzielnie dość późno zacząłem w ten sposób łowić. Bałem się panicznie ataku piżmaka na rękę. Było to całkiem prawdopodobne, czasem nora prowadziła w górę, gdzie czuło się powietrze i podejrzany ruch. Uciekałem z takiej nory jak najprędzej, telepiąc się cały ze strachu. Jednak łowienie tą metodą to fascynujące przeżycie i wciąga jak narkotyk. Trzeba z niezwykłą delikatnością i niesłychanym wyczuciem wsuwać dłoń do nory ukrytej w brzegu. Gdy jest szeroka powinno się jednocześnie wsuwać obie ręce, wolno przesuwając do przodu, aż do napotkania ryby. Gdy dotknie się ją odpowiednio delikatnie, nie spłoszy się lecz najwyżej poruszy niespokojnie. Należy potem delikatnymi krótkimi muśnięciami, ustalić gdzie głowa a gdzie ogon. Wkrótce po kształcie orientujemy się jaka to ryba. Przesuwamy dłoń w kierunku głowy i jeśli się uda przewlec palec pod skrzelami, to ryba nasza. Moją największą zdobyczą łowów “na rękę” był olbrzymi miętus, siedzący w połączonych dwóch norach i gdyby nie pewna panna w okularach, co dokopała się do niego od góry, to pewnie bym go nie wyciągnął.

Gdy nora znajduje się nisko, a woda głębsza, to niekiedy, wpierw należy zanurkować. Przypomina mi się dzień, gdy nasza rzeczka płynęła starym korytem, przy Chłopskim lesie, a ja miałem zaledwie kilka lat. Pamiętam Antka po szyje w wodzie, jak zanurza się i wyciąga całe stosy kleni spod korzeni drzew gęsto porastających w tamtym miejscu oba brzegi rzeczki. Wkrótce potem ten odcinek rzeki został uregulowany, a klenie i inne ryby uciekły dalej, w kierunku trzech młynów, gdzie rzeka pozostała w naturalnym korycie, aż do połączenia z Nidą.

A jak zdobyć rybę, gdy było zimno i nikomu nie chciało się wchodzić do wody? Na taką okazję mieliśmy nałapane wieczorami przy latarce rosówki i kilkanaście tzw. gruntówek, które rozstawialiśmy późnym wieczorem, a zbieraliśmy o czwartej, czy piątej rano. Ryb nam więc nie brakowało...

Mijały lata, miałem już własny dobry sprzęt wędkarski i trochę doświadczenia, lecz pozostałem sam. Antoni rzadko przyjeżdżał na urlop, mieszkał i pracował w Warszawie. Buła łowił ryby ze swoim ojcem i do nas zaglądał sporadycznie. Kazik nigdy nie przejawiał ochoty do wędkowania, choć przypominam go sobie parę razy nad wodą. Samotny wyjazd do Morawicy, wcale mnie nie pociągał, tym bardziej, że zaroiło się tam od zmotoryzowanych wędkarzy. Nigdy nie pociągało mnie wędkowanie w tłumie. Wtedy przypomniałem sobie o kleniach w nieuregulowanej części naszej rzeczki i w jej dopływie przy starym młynie. Wybrałem się tam pewnym wczesnym, lipcowym popołudniem, w piękną słoneczną pogodę. Zabrałem ze sobą krótkie lecz z elastyczną końcówką teleskopowe wędzisko, trochę żyłek, haczyków, dobry, lekki kołowrotek i garść czereśni. Do młyna było około dwa kilometry przepięknym, Chłopskim lasem. Po dwudziestu minutach zbliżałem się do celu, przechodząc pod sosną, na której kiedyś widzieliśmy czarne bociany.

Jeszcze chwilę i jestem na miejscu. Woda przy młynie dość wysoka, ciemna i zmącona, po niedawnych deszczach. Na wypłyceniach widać spłoszone stada jelców, płotek i małych kleni, rozpierzchające się we wszystkie strony. Obieram stanowisko naprzeciw wąskiego, lecz głębokiego dopływu, gdzie woda burzy się nieco i wiruje. Zakładam pół czereśni i celuję w małe zawirowanie. Bingo! Teraz spławik kręci się zawzięcie w kółko, nie spływając i nie oddalając się zbytnio. Siedzę bez ruchu, przycupnięty za małym krzaczkiem, trzymając w pogotowiu ręce na wędzisku i przy kołowrotku. Jestem skoncentrowany i spięty. Skupiam całą uwagę na spławiku, pomimo, że kręci się koło mnie mała łasiczka. Jest ciekawska i czując zapach ryby zagląda mi do torby wędkarskiej, próbuje coś wyciągnąć, w końcu daje za wygraną i przebiegając mi po nodze czmycha w zarośla.

Parę minut później zobaczyłem po raz pierwszy uderzenie klenia w przynętę. Tego nie można porównać z żadną rybą. To jest błyskawica, wulkan, to atak torpedy, tego w zasadzie nie można zobaczyć, czy zaobserwować. Jeszcze przed chwilą był spławik, i po sekundzie, lekkie zawirowanie i nie ma nic. Nie wiadomo nawet w jakim kierunku porwał przynętę, jak zaciąć? Podejmuję szybką decyzję i lekko zacinam, boję się o dość cienki przypon. Jest, czuję jego ciężar, zdążył już uciec sporo metrów, wpływając w dopływ Morawki. Powoli wyholowuję go na szerszą wodę, starając się nie zahaczyć o zwisające gałęzie olchy. Żyłka napięta jak struna rysuje na wodzie przeróżne zygzaki. Niespodziewanie, resztką sił próbuje się uwolnić, wyskakując dość wysoko nad wodę. Popuszczam lekko żyłkę i ponownie napinam. Zmęczonego, kieruję w końcu na małą, piaszczystą plażę, ponieważ nie zabrałem podbieraka. Jest całkiem ładny, srebrno-złoty, z pięknymi, czerwono-ciemnymi płetwami i dość grubą łuską, waży na pewno około kilograma. Hurra (oczywiście w myślach), mam tu wspaniałe łowisko i cudownie biorące ryby! Nic mi więcej nie potrzeba!

Nie pomyliłem się. Do końca mego pobytu, przez parę lat łowiłem przy młynie, a potem w samym dopływie Morawki przepiękne, dorodne klenie, doskonaląc technikę ich połowu. Aby nie płoszyć tych ostrożnych ryb, trzymając mocno wędzisko, puszczałem wędkę na wodę i wysnuwałem stopniowo nawet kilkanaście metrów żyłki tak, by przynęta (najczęściej konik polny) posuwała się jak najdalej ode mnie, z wartkim prądem małej rzeczki. Po złapaniu ryby, natychmiast zmieniałem miejsce, wiedząc, że następnego klenia nie złapię tu, przez co najmniej pół godziny. Rezultaty tych metod były rewelacyjne. Poczułem się godnym uczniem wuja Piotra, a łowienie kleni dostarczyło mi najwięcej satysfakcji.

Na koniec chciałbym przytoczyć jeszcze dwie eskapady wędkarskie, w których brałem udział, a przeżycia z tym związane, na zawsze zostawiły ślad w mej pamięci...

Miałem chyba osiemnaście lat i byłem już dobrze oswojony z wędkowaniem. Trwają wakacje, połowa sierpnia, zbliżają się moje imieniny. Przyjeżdżają mój ojciec chrzestny, czyli wujek Heniek i pan Wacław Szunke, teść mojej starszej siostry i zapraszają mnie na nocną wyprawę na ryby, nad Nidę, aż za Wiślicę, mniej więcej pięćdziesiąt kilometrów od naszego domu. Oczywiście przyjmuję zaproszenie i po krótkich przygotowaniach sprzętu i przynęty wyruszamy starą Warszawą pana Wacława po nową przygodę. Wujek Heniek, najmłodszy brat mego ojca (do jego braci zwracaliśmy się per wujku ), wędkarstwa uczył się też u wuja Piotra, najstarszego z braci Sarneckich i długie lata stanowili nierozłączną parę. Jednak wędkowanie wuja Henia zasadniczo różniło się od Piotra. Nie było w nim takiej finezji i kunsztu, było za to solidnym wędkarstwem nastawionym na dużą rybę. Ale i wszelkie rekordy należały do niego. Miałem okazję zaobserwować jak łowi. Nie zapomnę, co mi powiedział, przygotowując sobie wędkę:

“- Synu, jeżeli chcesz złapać naprawdę dużą rybę, musisz mieć wytrzymały sprzęt, mocną żyłkę, duży hak a na nim duużą przynętę. A potem to wystarczy cierpliwie czekać”.

Nie sądziłem, że jeszcze tej nocy udowodni mi, że ma rację. Po dojechaniu na miejsce, pan Szunke zatrzymał samochód na wysokim, urwistym brzegu Nidy, porośniętym krótką, zwiędłą trawą. Oceniam, że do lustra wody jest tu sporo ponad metr. Naokoło pustka, ani drzew, ani krzewów. Znajdujemy się chyba na skraju jakiegoś pastwiska. Nieco dalej brzeg opada, przechodząc w piaszczystą łachę z paroma krzaczkami. Nie jestem zachwycony. Nie widać też żadnych ludzkich siedzib. Pustynia. Już przeciwległy brzeg wydaje mi się ciekawszy, jest cały pokryty krzewami, niski, z widocznym wałem przeciwpowodziowym. Widzę naprzeciwko nas dwóch wędkarzy. Jeżeli znalazłbym most, przeszedłbym na drugą stronę. Zaczynam żałować, że przyjechałem.

Zauważam, że wujek Heniek też nie jest szczęśliwy z wyboru miejsca przez pana Szunke. Jest już zbyt późno, by jechać gdzie indziej. Tymczasem teść mojej siostry na dobre rozłożył się przy wysokim brzegu, wysypuje całe pojemniki zanęty, podśpiewuje wesoło, obserwując spławiki swoich wędek.

- Łapmy żywce! - ogłasza wujek Heniek - przydadzą się na noc.

Biorę jedną lekką wędkę, ciasto z kaszy manny i paczkę płatków owsianych, a znalazłszy małą wyrwę w wysokim brzegu, przykucam i sprawdzam głębokość wody w kilku miejscach. Jest bardzo głęboko. Zastanawiam się, co bym zrobił, gdyby wzięła duża ryba .Należałoby podholować ją około 200metrów, w stronę piaszczystej łachy. Tu, z tego wysokiego brzegu, nie dało by się wyciągnąć nic większego. Zakładam małą kulkę z kaszki i zarzucam niedaleko brzegu. Wysypuję pół pudełka płatków na wilgotną ziemię, mieszam, wyrabiam kulki i rzucam, celując w spławik. Zbędna robota, nic nie bierze, nawet pan Szunke przestał śpiewać i z apatyczną miną patrzy w spławiki. Wuja nie widzę, poszedł rozejrzeć się gdzieś dalej. Zmierzcha, za godzinę nie zobaczymy nawet końca własnego nosa. Robi się chłodno. Nisko, na wodzie, tworzą się małe kłęby mgły, rozwiewane co chwila przez zimne podmuchy wschodniego wiatru.

- Jak wiatr ze wschodu, to ryba chodu- głośno śmieje się pan Szunke.

- Tak, tak - potwierdzam, lecz właśnie mój spławik zaczął wyczyniać dziwne figury, kładzie się, odwraca, kręci w kółko.

- Co jest? - myślę i lekko zacinam. Po chwili wyciągam niebrzydką płotkę i zanoszę ją, do stojącego wiaderka z wodą, przygotowanego na żywce. Jeszcze 15 minut i kończymy wieczorne łapanie. Przychodzi przemarznięty wujek, też z niczym. Opowiada zmęczonym głosem, że wzdłuż łachy jest beznadziejnie płytko.

- Tu nie ma gdzie łapać! - kwituje, uśmiechając się krzywo.

Co robić, nie ma żywców, moja płotka jest za duża. Na szczęście zabrałem parę rosówek. Szybko szykujemy nocne wędziska uzbrojone w wytrzymałą żyłkę i duże haki ze stalowymi przyponami. Zakładamy rosówki i zarzucamy “na grunt”, a kije ze szczytówkami zaopatrzonymi w dzwoneczki, ustawiamy w pobliżu samochodu. Ja z panem Wackiem jesteśmy już gotowi, by coś przegryźć i udać się na spoczynek. Wujek grzebie się długo z mocowaniem przyponu.

- Jacuś, a podaj mi dziecko, tę twoją płotkę.

- Wujku, za duża, to patelniak - próbowałem perswadować.

- Dej synu, dej, nie żałuj chrzestnemu- ponaglał mnie z kieleckim, śpiewnym akcentem. Sprawnie przeciął skórę na grzbiecie płotki, przeciągnął przypon, założył prędko sporą kotwicę, którą częściowo ukrył pod skórą.

Płotka niestety dogorywała...

- Co ty Heniuś, lubisz łapać na martwą rybkę? - śmiał się do rozpuku pan Szunke, a i mnie zrobiło się weselej. Wuj bez słowa zarzucił żywca dość daleko i nieco w kierunku piaszczystej łachy, by nie splątać z naszymi wędkami.

- Heniuś, zniosło ci na piach - zaśmiewał się pan Szunke, patrząc na strapioną minę wujka, który kończąc pracę, umieszczał wędzisko nieopodal naszych.

Wyciągnęliśmy kanapki zabrane z domu i szybko chowamy się do samochodu. Brr, jak zimno. Jak to dobrze, że Mama dała termos z gorącą herbatą. Jest coś jeszcze, wujek Heniek wyciąga butelkę czystej wódki. Okazuje się, że pan Szunke ma trzy kieliszki. Szybko organizujemy małe przyjęcie imieninowe, które trwa niemal do północy. Jest nam ciepło i wesoło. Zasypiamy...

Około drugiej, słyszymy szamotanie i dzwonienie, chyba jednej z wędek. Słychać przeraźliwie brzmiące głosy prawdopodobnie z drugiego brzegu:

- Hej, wy tam w samochodzie!!!

Pierwsze skojarzenie zaspanych umysłów: Okradają nas! Odsuwamy wolno szyby i dobiega nas furkot kołowrotka podobny do dudnienia pociągu. Niewidzialne głosy kontynuowały wrzaski:

- Hej, wstawajcie, wielka ryba! Nam też wzięła, ale już zerwała!!! Tłucze się przy naszym brzegu!!

Jest ciemno, nic nie widać, ani jednej gwiazdy, ani księżyca. Pan Szunke włącza długie światła, które oświetlają nasze wędziska i brzeg Nidy. Wędzisko wuja tańczy! Oprzytomnieliśmy momentalnie. Teraz już błyskawicznie zerwaliśmy się z siedzeń i wyskoczyliśmy z samochodu jak z procy. Wuj dobiega do wędziska, chwyta je oburącz i próbuje podciągnąć. Nic z tego, jak zaczep. Patrzymy na kołowrotek, zostało niewiele żyłki. Wóz albo przewóz, trzeba próbować ciągnąć na siłę. Wuj się zapiera i cofa w stronę samochodu. Niewiele, ale poszło. Wuj nakręca odzyskany metr żyłki, zbliżając się ponownie do brzegu. Obaj z panem Szunke biegamy wokół wuja, nie wiedząc jak mamy pomóc, czy przytrzymywać wędzisko, czy pomagać skręcać. Na razie usuwamy wszelkie przeszkody koło nóg wujka, doradzając i wykrzykując nerwowo: trzymaj mocno, nie popuszczaj! Po półgodzinie podobnego podciągania wuj ma już omdlałe ręce i może 10 metrów odzyskanej żyłki. Pomagamy na zmianę przytrzymywać wędzisko i skręcać żyłkę. Przesuwamy się systematycznie w stronę piaszczystej łachy. Pan Szunke przestawia samochód, by oświetlał nam drogę. Ciągle jednak nie wierzymy w powodzenie. Godzina czwarta rano, szarówka , ryba jest już zaledwie parę metrów od piaszczystej łachy, na której stoimy. Zapalam nerwowo papierosa, asekurując żyłkę przed porastającymi tu chaszczami.

- Boże, Jacek, co robisz, przepalisz żyłkę! - wykrzykuje wuj ostatkiem sił.

- Leć po podbierak! Już go mamy!

Pobiegłem jak burza, gasząc po drodze papierosa. Za chwilę byłem z powrotem. Włażę do płytkiej wody z podbierakiem w dłoni, ryba jest tuż, tuż, chlapiąc potężnym ogonem.

- Nadstawiaj podbierak! - charczy wujek.

- Gdzie, nic nie widzę, podciągnij bliżej! - odpowiadam, rozglądając się wokół.

Za chwilę ciemny, szeroki łeb wielkości wiadra wynurzył się koło mojej nogi. Na głowie miał coś w rodzaju włosów, jak okazało się później, były to setki rybich pijawek. Zaparło nam dech. Cofnąłem się przerażony, a podbierak wypadł mi na trawę. I tak okazał się niepotrzebny. Po chwili dociera do nas, że ta maszkara, to głowa potężnego suma i zaczynamy szybko debatować, jak wydobyć go z wody. Boimy się stracić rybę w takim momencie. A sum rzuca się niespokojnie, otwiera szeroko skrzela i wali z całej siły ogonem. Przydałby się stalowy hak z mocnym, długim uchwytem, ale nic takiego nie posiadamy. Pan Szunke poddaje pomysł zabicia bestii w wodzie i wyciągnięcie martwej na brzeg. Wuj Henio ma obawy, że nie zdołamy jej zabić i ryba ucieknie. Przypomina mi się łapanie “na rękę”, szybko objaśniam i po chwili wkładając z obu stron ręce potworowi pod skrzela, dźwigamy go pomalutku na brzeg. Udało się!!

Jesteśmy wszyscy nieprzytomni ze szczęścia. Pod nami leży wyłowiony sum, ma 174 cm długości i 28 kg żywej wagi! To dopiero ryba! Nie muszę chyba dodawać, że odeszła nam już ochota na dalsze łowienie. Byliśmy tak wykończeni, że wkrótce po zabiciu i przeciągnięciu suma, próbujemy zasnąć po nocnych przeżyciach. Niestety, podeszło do nas jakieś olbrzymie stado krów, rycząc nam nad głowami. Co było robić. Zebraliśmy szybko wędki ( na jednej był niewielki węgorzyk) i szybko odjechaliśmy do domu. Pamiętam jak wielkie oczy zrobiła Mama na widok olbrzymiego suma. Wujek zabrał go do Kielc, gdzie po obfotografowaniu i sprawieniu przez rzeźnika, przywiózł mi mój udział, w postaci olbrzymiego kawału mięsa. Było wyśmienite!

Ostatnie wakacje zbliżają się ku końcowi, od września będę mieszkał i pracował w Stadninie Koni w Michałowie k. Pińczowa. W wigilię moich imienin przyjeżdża na olbrzymim motorze z koszem, nasz kochany Buła. Zaprasza mnie na eskapadę wędkarską na starorzecze Nidy, w Jurkowie, niedaleko Wiślicy. Z Bułą zawsze! Szkoda, że nie ma Antka. Pytam czy przygotować przynęty.

- Nie, nic nie bierz, mam kautofle, białe łobaki, czełwone łobaczki i kaszkę-łewelację, ostatnie odkłycie, zobaczysz! - odpowiada swoją śmieszną mową. Szykuję dwa kije i trochę sprzętu, Mama robi kanapki i wlewa gorącą herbatę do termosu. Zjadamy coś ciepłego, pakujemy manele i w drogę. Musimy koniecznie dojechać na miejsce przed zmrokiem, aby zanęcić. Jadę z duszą na ramieniu, bo Buła prowadzi jak wariat, podśmiewając się ze mnie: Co Szwendeł, boisz się? On też mnie przezywa. Czy to nie przywara rodzinna? Dla wyjaśnienia: przezywano mnie “Szwender”, od nazwiska mojego ukochanego żużlowca Szwendrowskiego, jeżdżącego wówczas w “Motorze” Lublin.

Docieramy szczęśliwie, w miarę wcześnie. Buła zaklepuje miejsca w stodole, u znajomego rolnika. Zostawiamy tam motor i cały sprzęt. Wyposażeni jedynie w dwie olbrzymie torby zanęty i bardzo dobry humor, brniemy zarośniętymi miedzami i dróżkami, kierując się w stronę przepięknych, zielonych łąk, gdzie wśród kęp rosochatych drzew, ukryte były urocze, rybne starorzecza Nidy. Po drodze Buła mi wyjaśnia, że rano dojedziemy tu motorem zupełnie inną, choć dłuższą drogą. Wybieramy sobie miejsca naprzeciw siebie i wsypujemy całą zanętę. Starorzecze jest w połowie porośnięte grążelami, ma piękną opalizującą wodę, a brzegi zarośnięte wysoką, przekwitłą już, nieskoszoną trawą. Powierzchnia wody żywa, rozedrgana od spławiania się drobnych rybek, wydziobujących pył naszej zanęty. Gwałtownie się ściemnia, wracamy na nocleg, nie mogę doczekać się ranka. Niestety, Buła bierze pół litra wódki i idziemy do chłopa na kolację. Kanapki i termos według niego przydadzą się rano.

Świt, pianie kogutów, porykiwanie bydła, trochę zaspaliśmy.

- Co Szwendeł, zabalowaliśmy wczołaj, chłop niepotrzebnie przyniósł tą flaszkę samogonu...Holendeł..., ostatni łaz.

Polnymi drogami dojeżdżamy pod samo starorzecze. Ku naszemu zaskoczeniu, siedzi już tam dwóch wędkarzy, na szczęście nie na naszych zanęconych miejscach. Patrzą na nas niechętnie, mimo skierowanych w ich stronę pozdrowień. Wygląda na to, że tu nocowali, może mają rozstawione gdzieś sieci? Buła daje mi każdej przynęty po trochu, wskazując na żółtą kulę z kaszki. Zaczynamy wielkie łowy. Rozstawiam dwie wędki, jedną na kartofla, drugą na kaszkę. Parę minut i słyszę zacięcie kija Buły. Widzę, że wyciąga coś dużego. Podnosi z wysiłkiem do góry i pokazuje pięknego lina.Za chwilę u mnie branie na kaszkę, podcinam, lecz po pewnym czasie, czuję szarpnięcie i...przypon pęka. Szlag mnie trafia, musiała być ładna sztuka, czułem jej ciężar.

- Zmarnował takie branie!- słyszę komentarz nieprzychylnych nam wędkarzy.

Próbuję się uspokoić, nie reaguję na zaczepne słowa, wiążę nieco mocniejszy drugi przypon. W międzyczasie zauważam, że Buła ciągnie drugą rybę. Pokazuje z daleka, znowu lin. Zakładam kaszkę, zarzucam i po chwili mam piękne, zdecydowane branie. Podcinam, czuję spory opór, walczę dość długo, przeciwnik jest mocny, nie chcę stracić drugiej ryby, słyszę cały czas obraźliwe komentarze na nasz temat. Są wściekli, powoli zdaję sobie sprawę, że im nic nie bierze. Moja druga wędka na kartofla też milczy. Wyciągam pięknego, dużego lina, wprowadzając go do płytkiej zatoczki po prawej stronie mego stanowiska. Pomagam sobie podbierakiem. Jeszcze takiego nie widziałem, połyskuje zielenią i złotem, ma chyba ze 2 kilo. Zarzucam znowu na kaszkę, w międzyczasie zmieniam przynętę na drugiej wędce na czerwonego robaka. Często łapałem liny na dżdżownice, może coś weźmie. Widzę naprzeciwko, że Buła z wysiłkiem ciągnie coś “naprawdę poważnego”. Zauważam, jak ryba wprowadza mu wędkę w grążele i przewiduję, co stanie się za chwilę. Dźwięk zerwanej żyłki i rechot nieprzyjaznych wędkarzy, potwierdzają moje przewidywania.

Buła zaczyna im odpyskowywać, robi się nieprzyjemnie. Na szczęście, w końcu dają za wygraną i bez słowa pożegnania odchodzą.

Łapiemy jeszcze parę godzin, wyciągając ze 20 kg linów, w wadze od pół do trzech kilo. Wszystkie, co do jednego, złapane były na kaszkę manną zabarwioną szafranem i z jakimś tajemniczym dodatkiem. Z jakim? Spytajcie Bułę. Mnie nie chciał tego zdradzić.

 

Warszawa 24.05.2003



Opowiadanie nadesłane na konkurs 2003