|
Bardzo krótka wyprawa na pierwsze borowiki ceglastopore.
| O tej porze roku pojawiają się w lasach orawskich pierwsze borowiki
ceglastopore, zwane przez mieszkańców Orawy poćcami albo pociecami. Jak
mawia Pan Noga z Chyżnego – “ pociec wszystkich grzybów ociec”. To stare
porzekadło mówi, że spośród “hrubych” grzybów pierwszy pojawia się pociec. W sobotę – 29 maja na poćce wybrałem się z wnukiem, zaprawionym już w wędrówkach za grzybami. Wstaliśmy o 4 30, o 5 06 ruszyliśmy w drogę. Jeszcze przed siódmą przekroczyliśmy a właściwie przetoczyliśmy się przez granicę w Chyżnem. Pogoda psuła się wyraźnie. W Krakowie były wprawdzie chmury ale nie padało. Na granicy Orawy pojawiły się mgły i zaczęło kropić. W Trstenie kapuśniaczek zamienił się w deszcz i tak już było niestety do końca. W pierwszej orawskiej dolinie, po 15 minutach marszu, byliśmy całkowicie przemoczeni. Szczególnie dostało się Grzesiowi. Nic mu nie pomógł kapelusz z liścia lepiężnika. Najbardziej ucierpiały dolne części ciała. Adidasy nie nadają się do wędrówki po mokrych trawach. Staraliśmy się jak najdłużej iść lasem aby unikać bezpośredniego kontaktu z deszczem, niestety od czasu do czasu należało wychodzić na polanki. Tam właśnie rosły poćce. Pierwszego borowika ceglastoporego ( Boletus erythropus) wypatrzyłem w trawie. Był już raczej sędziwy ale o dziwo jeszcze zdrowy. Wnuk zrewanżował mi się natychmiast znajdując swojego pierwszego ( w tym roku oczywiście) z drugiej strony kępy borówek.. Potem zaczęło się sypać... pojawiały się coraz piękniejsze i coraz młodsze. Pięć leżących pokotem młodych egzemplarzy rosło obok siebie. Nieco dalej pojawił się ten najpiękniejszy, który widać w ręce Grzesia. Wydawało się, że “Pana Boga chwyciliśmy za nogi” i napełnienie koszyka poćcami to tylko kwestia chwili. Deszcz jednak padał nieustannie i na dodatek był coraz intensywniejszy. W butach Grzesia chlupała woda... trzeba było rejterować. Ratowaliśmy się ogniskiem, które w strugach deszczu ciężko było rozpalić. Udało się na tyle, że mogliśmy się raczyć pieczonymi kiełbaskami i nieco ogrzać. Góry dymiły co podobno zapowiada tęgie grzyby ale nie mogliśmy już wejść do lasu bo z każdej gałęzi zlewał się natychmiast strumień wody. Po drodze do samochodu “napadły na nas” jeszcze dwa poćce, które widać na fotografii w borówkach a następnie leżące obok siebie i pokazujące ceglaste pory pod spodem kapelusza. Koniec wyprawy został wymuszony. O 9.30 byliśmy z powrotem na granicy w Chyżnem. Wiedzieliśmy jednak, że grzyby rosną i to rosną zupełnie nieźle. Tekst i zdjęcia: Tadeusz Ruchlewicz |