|

| Grzybobranie w Lasach Janowskich 24-26
wrzesnia 2004 pod znakiem sromotnika Witam wszystkich i zapraszam na relację ze wspólnego z Zenitem grzybobrania. Uprzedzam, że czytacie to na własną odpowiedzialność i uprzedzam – don`t try this at home. Informuję, że na grzybach znam się jak gęś na winogronach i proszę relację traktować z przymrużeniem oka – choć wszystko jest prawdą, to lubię sobie zażartować przecie ;) 17 września, piątek; Rybnik Dzwonię do Zenita. Rozmawiamy po raz pierwszy w życiu – początkowo chciałem tylko przyłączyć się do Klubu, ale po dość długiej rozmowie stwierdziliśmy, że to za mało i że wartałoby się wybrać na grzyby. Uzgodniliśmy zatem, że jedziemy w następny weekend. Początkowo miało nas być trzech ale ostatni członek ekspedycji niestety odpadł i pojechaliśmy, jak mawiał Zagłoba, samowtór. 24 września, piątek – Dzień Sromotnika. O godzinie 13.00 przyjechałem po Zenita
do pracy i ruszyliśmy w drogę. Najpierw postanowiliśmy odwiedzić rezerwat Lipówka w Puszczy
Niepołomickiej. Nigdy wcześniej tam nie byłem, ale wrażenie było
kolosalne, jak wszyscy widzicie na zdjęciach. Rację ma Zenit że tam właśnie powinni
kręcić zdjęcia do ekranizacji trylogii Tolkiena a nie w (eeee, no właśnie jak się
toto nazywało??). Sceneria tam doprawdy bajkowa a i elfów zatrzęsienie. Godzina 4.50. O Boże. Czy stworzyłeś mi głowę po to żeby mnie tak bolała?? Wstałem. Zenit wynurza się z sypialni. Wygląda jak śmierć na chorągwi. Mówiąc szczerze, wygląda dokładnie tak, jak ja się czuję. Postanowiliśmy, że będziemy twardzi jak Roman Bratny. Z nieznanych przyczyn :P nie mieliśmy apetytu więc pojechaliśmy do lasu. Zimno jak jasna cholera. 3 stopnie w skali Celsjusza. Jeszcze trochę ciemnawo. W lesie rosną niewiarygodne ilości muchomorów cytrynowych. Zachwycony Zenit zaczyna je fotografować. Ja wchodzę w las i JEST !!!!!!!!!!!!!! Hahahahahahahaha !!!!!! Pierwszy jadalny grzyb tego dnia!!!!! Dumny z tego że to ja a nie Prezes znalazłem pierwszego prowadzę go do lasu w “moje” miejsca (Jezu, czemu nas tak suszy). Muszę Wam powiedzieć, że trafiliśmy z wyprawą tego właśnie dnia bardzo dobrze. Znajdowaliśmy kozaki, podgrzybki i prawdziwki. Jak w bajce. Koszyki się w końcu wypełniły. Wróciliśmy zatem do samochodu, przesypaliśmy grzyby do plastikowej skrzynki w bagażniku i idziemy dalej (ale chce nam się pić, dobrze że jest mineralna). Około 9.00 spotykamy pierwszych konkurencyjnych grzybiarzy. Patrzą z pogardą na nasze puste koszyki. Nie wiedzą, niebożęta, że ta pustka jest wynikiem tego, że raz już musieliśmy je opróżnić. Wywnioskowali z tego że nie warto chodzić po tym samym lesie co my i poszli gdzie indziej (a pies z nimi tańcował, ale nas suszy). Zbieramy ostro. Były maślaki sitarze, maślaki pstre i maślaki zwyczajne. Prezes postanowił nauczyć mnie odróżniać maślaka sitarza od pstrego. Ale się zaparł. No, ja odróżnię maślaka marynowanego od suszonego bez pudła. Ale takie tam? Przesada. W lesie trafiają się piękne czerwone muchomory. Robimy im zdjęcia bo są prześliczne. Nagle – robiąc fotkę takiego muchomorka widzę że obok rośnie prawdziwek!!!!! Jakby się umówili. Coś pięknego. Wiesiek uświadamia mnie, że czerwone muchomory i prawdziwki lubią swoje towarzystwo (napilibyśmy się mineralnej). I wtedy Prezes rzucił rękawicę. Idziemy sobie koło jałowców i słyszę: “Co ty Olo, podgrzybków nie zbierasz?”. Odwracam się, patrzę. SHIT!!!!! Jak ja go przeoczyłem?? Prezes mnie zawstydził. No, ale ja nie z tych co z nimi łatwo. Jak mnie kto wqrzy to nie ma litości – będzie kęsim. Jest przecie na świecie sprawiedliwość. A zemsta jest rozkoszą Bogów. 50 metrów dalej patrzę (zobaczy? Nie zobaczy? Zobaczy? PRZESZEDŁ!!!). – “Co z tobą Wiesiek? Nie zbierasz prawdziwków?” (pytam słodko). O dobry Jezu!! Jak on na mnie spojrzał ujrzawszy przeoczone prawdziwki! Gdyby wzrok mógł zabijać, moje ścierwo roznosiłyby dziś mrówki po Lasach Janowskich. Tak to właśnie w przyjacielskiej choć strasznie wysuszonej atmosferze wypełniliśmy znów koszyki i poszliśmy je po raz drugi opróżnić w bagażniku. Idąc piaszczystą drogą zauważyłem COŚ!! Były to gąski zielonki. W tym lesie one tak zawsze rosną, i choć nie udało mi się nigdy nazbierać ich hurtowo, to jednak spotykałem je tam. Wiesiek natomiast był wniebowzięty. Nie miał bowiem dotąd dobrych zdjęć tych grzybów. I tu znów odezwała się konkurencja. Wiedząc czego szukać znajdowałem gąski których Zenit o mało nie podeptał. Był niepocieszony. Okrzyknął mnie królem szukania gąsek, a ja w zamian pokazałem mu jak i gdzie się ich w tym regionie szuka choć tego dnia nie udało mu się znaleźć w pełni samodzielnie gąski. Znajdowaliśmy też rycerzyki czerwonozłote, które Zenit ocenił jako świetne na marynatę i kazał mi intensywnie zbierać. Pewnie zapytacie czemu ten dzień także był pod znakiem sromotnika? Cóż... Poprosiłem Wieśka żeby pokazał mi jak wygląda sromotnik (znaczy się muchomor sromotnikowy). Chciałem wiedzieć przed czym się strzec. Okazało się że.... Wiesiek nie znalazł dotąd i nie sfotografował tego gatunku!!!! (dopisek autora serwisu - spotkałem 1 raz w życiu i zdjęcia wówczas zrobione nie zadawalają mnie) Przez cały dzień uparcie szukaliśmy tych cholernych muchomorów. A kiedy nogi wlazły nam w dupsk.. znaczy się kiedy nas troszeczkę rozbolały ;) postanowiliśmy że znajdziemy muchomora sromotnikowego jutro. Po 11 godzinach spędzonych w lesie udaliśmy się do domu na zasłużony odpoczynek (który i tak skończył się czyszczeniem grzybów i piciem piwa do 12.30 w nocy) 26 września, Niedziela – czyli Keine Grenzen, Keine Gąsken Zaczęliśmy ostro. Pobudka o 4.50. Ledwo żyjemy, w piątkowy wieczór pokowboiliśmy i przez to spaliśmy 3,5 godziny a wczoraj do północy obieraliśmy grzyby przez co spaliśmy niewiele więcej. Gorzka kawa (nie mieliśmy cukru) i kiełbacha trzymana w garści z suchym chlebem – czyli pełna partyzantka. Ale nic to (jak z kolei mawiał Jerzy Michał Wołodyjowski. Znów postanowiliśmy być twardzi jak Roman Bratny (kim do cholery był ten Bratny he?) i jeszcze po ciemku ruszyliśmy do lasu. Byliśmy jednak straszliwie zmęczeni, niewyspani i obolali po dwóch dniach wędrówek po lesie i w samochodzie jadąc jeszcze po ciemku do lasu czuliśmy się nietęgo. Ponieważ jednak żeby znajdować poważne grzyby trzeba być w bojowym nastroju, musieliśmy go (znaczy się nastrój) stworzyć. Grzybobranie jest niczym wojna z międzynarodowym terroryzmem. Trzeba nadlecieć niespodziewanie nad grzyba i kiedy się go zlokalizuje trzeba mieć już scyzora w łapie – inaczej porażka. Grzyba zeżrą robale albo okaże się on krowiakiem podwiniętym. Dlatego ważny jest bojowy nastrój. Jak jest wojna to trzeba zabijać (jak z kolei mawiał Boguś Linda w jakimś strasznie głupkowatym filmie – ale tym niemniej miał rację). Dawni starożytni arabscy asasyni wprowadzali się w bojowy nastrój narkotykami (zwykle palili opium bodajże) ale jako że my z Zenitem narkotyków nie popieramy pomysł jednogłośnie odrzuciliśmy (ludzie nie bierzcie tego syfu bo to nie jest sposób na życie – lepiej pospacerować po lesie). Wtedy wpadło nam do głowy że wojownicy siedemnastowieczni używali bębnów żeby zagrzewać się do walki. MUZYKA!!! Miałem taką w schowku – specjalnie na okazje kiedy głowa za kierownicą zaczyna ciążyć. Najpierw puściłem Zenitowi “The Prodigy” – płytę “The Fat Of The Land” o ile pamiętam. Kiedy poleciało “Smack My Bitch Up” i kątem oka dostrzegłem jak Zenit wybija rytm dłonią na fotelu – wiedziałem że zostaniemy przyjaciółmi. Nieprzyzwyczajonym bowiem trudno strawić taką muzykę. W Zenicie jednak wyraźnie budziła ona atawizmy – a o to przecież chodziło. Później była Metallica – oczywiście “Master Of Puppets”. Kiedy Zenit zaczął poruszać rytmicznie głową w rytm “Back To The Front” byliśmy gotowi. W naszych żyłach płynął czysty testosteron i byliśmy gotowi na spotkanie z GRZYBEM. Grzybie, drżyj. Postanowiliśmy zapolować na gąski
– poprzedniego dnia znaleźliśmy mnóstwo grzybów do suszenia i marynowania, zatem
mogliśmy sobie na ten luksus pozwolić. Zenit postanowił spuścić ze smyczy MNIE jako
niezawodnego gąskobójcę. Ostatnia godzina gąsek wybiła. Niestety, było to bez
znaczenia, bo w tym konkretnym
lesie gąsek po prostu nie było. Znaleźliśmy natomiast kilkanaście prawdziwków
(niektóre przepiękne), dużo podgrzybków, maślaków (i znowu Zenit mnie męczył czym
się różnią ale tym razem już łapałem – w nocy ukradkiem po ciemku czytałem atlas
który mi sprezentował), były tez kozaki.
Ja znalazłem przepięknego kozaka
pomarańczowożółtego, później w domu zrobiłem z nim zdjęcie mojej ukochanej
córce. Pojawiły się także kurki.
Bardzo mnie to ucieszyło, bo jak pisałem wcześniej, mam lekką szajbę na punkcie
grzybów marynowanych. No i właśnie podczas zbierania kurek słyszę triumfalny krzyk
Zenita. Lecę zobaczyć. Znalazł rydze.
Co prawda tylko trzy (w tym jeden robaczywy) ale mogłem zobaczyć jak wyglądają i Zenit
nauczył mnie jak je odróżnić od mleczaja wełnianki. Po chwili ja także obok
znalazłem cztery rydze. Byłem szczęśliwy, bo to były pierwsze rydze w mojej karierze.
Po kilku godzinach Prezes zaczął wyraźnie wymiękać. Coś tam marudził o powrocie czy
jakoś tak. Oświadczyłem że nie wracam bez pełnego kosza (dobijanie go sprawiało mi
jakąś perwersyjną przyjemność). Postanowiliśmy zmienić las. Przejechaliśmy kilka
kilometrów i weszliśmy do lasu. Na samym początku rosły trzy duże dęby. Zenit
powiedział, że to wymarzone miejsce dla borowika królewskiego. Podniecony taką
perspektywą zacząłem myszkować. WTEM !!!!!!! Zenit zachowywał się dziwnie. Prawie
płakał z radości. Znalazł GĄSKĘ!!!!!!!!!!!!!!
Okurde!! NIE!!! DWIE GĄSKI!!!!!! Sprawiło mi wielką przyjemność że się tak cieszy.
Oświadczył że to jego pierwsze w pełni samodzielnie znalezione gąski – a ja
przyznaję, że ich nie zauważyłem. A`propos sromotnej porażki – muchomora sromotnikowego ni cholery nie udało nam się znaleźć. W ten sposób zakończyła się nasza przygoda w Lasach Janowskich, ale polubiliśmy się (choć przecież mogę mówić tylko za siebie) i obiecaliśmy sobie za 2 tygodnie jechać jeszcze raz i pokazać gąskom co to znaczy SECURITATE i totalny brak litości. Zatem – Ciąg Dalszy Niewątpliwie Nastąpi................. Chciałbym w tym
miejscu serdecznie podziękować Pawłowi Chileckiemu – wiem Pawle, że żyjesz w
błogiej nieświadomości, ale spójrz na koszyk
który niosę – znajomy, co? Tak, zapomniałem swojego i Zenit zabrał
koszyk Pawła. Dziękuję Ci zatem Pawle – Twój koszyk przyniósł mi szczęście
(mogę go od Ciebie odkupić) – a i zwiedził lasy, w których być może nie był
wcześniej. |