Serwis miłosników grzybobrania - Na grzyby !| Grzyby naszych miast | Nasza biblioteka | Nawigacja | O stronie | Objaśnienia | Masze wyprawy | Ciekawostki |
| Darz Grzyb | Czy są grzyby ? | Forum | Ciekawe linki | Nowości | Słownik | Literatura | Przepisy | Ankieta |

   Wizyta w lasach Janowskich 25-26 wrzesień 2004
Olo - mój przewodnik po pięknych lasach

Realcja z udanej wyprawy z Olo w Lasy Janowskie (niebawem)

Relacja z wyprawy (Uwaga ! czytać mogą grzybiarze powyżej 18 lat)

  galeria foto I galeria foto II galeria foto III galeria foto IV galeria foto V galeria foto VI

Grzybobranie w Lasach Janowskich 24-26 wrzesnia 2004 pod znakiem sromotnika

Witam wszystkich i zapraszam na relację ze wspólnego z Zenitem grzybobrania. Uprzedzam, że czytacie to na własną odpowiedzialność i uprzedzam – don`t try this at home. Informuję, że na grzybach znam się jak gęś na winogronach i proszę relację traktować z przymrużeniem oka – choć wszystko jest prawdą, to lubię sobie zażartować przecie ;)

17 września, piątek; Rybnik

Dzwonię do Zenita. Rozmawiamy po raz pierwszy w życiu – początkowo chciałem tylko przyłączyć się do Klubu, ale po dość długiej rozmowie stwierdziliśmy, że to za mało i że wartałoby się wybrać na grzyby. Uzgodniliśmy zatem, że jedziemy w następny weekend. Początkowo miało nas być trzech ale ostatni członek ekspedycji niestety odpadł i pojechaliśmy, jak mawiał Zagłoba, samowtór.

24 września, piątek – Dzień Sromotnika.

O godzinie 13.00 przyjechałem po Zenita do pracy i ruszyliśmy w drogę. Najpierw postanowiliśmy odwiedzić rezerwat Lipówka w Puszczy Niepołomickiej. Nigdy wcześniej tam nie byłem, ale wrażenie było kolosalne, jak wszyscy widzicie na zdjęciach. Rację ma Zenit że tam właśnie powinni kręcić zdjęcia do ekranizacji trylogii Tolkiena a nie w (eeee, no właśnie jak się toto nazywało??). Sceneria tam doprawdy bajkowa a i elfów zatrzęsienie.
Zanim doszliśmy do rezerwatu Lipówka znaleźliśmy pierwsze grzyby. Były to gatunki, których dotąd nie znałem. Najpierw znaleźliśmy piękne łuszczaki zmienne – Zenit twierdzi że są świetne na marynatę więc jako amator grzybków w occie zacząłem je bez litości kosić roniąc łzy nad marnotrawstwem Zenita (oświadczył, że mam brać same kapelusze, bo korzonki są łykowate). Chlastam te grzyby i chlastam, tymczasem Zenit swoim zwyczajem fotografuje cosik niejadalnego. Po ukończeniu koszenia odwracam się nasycony sukcesem i co widzę? GRZYB!!! Monstrualny!!! Ponieważ (jako rzekłem) nie znam się za bardzo i takich grzybów dotąd nie zbierałem, ani mi przez myśl nie przeszło że toto może być jadalne (bo prawdziwka nie przypominało). Tym niemniej grzyb był piękny i zawołałem Zenita żeby zobaczył. Przyszedł i popatrzył na mnie z uznaniem (ku mojemu zdziwieniu). Zaczyna mi gratulować a ja w ogóle nie wiem o czym facet do mnie rozmawia. Okazało się że była to czubajka kania – duża i śliczna. Żeby wyskalować odpowiednio zdjęcie, postanowiliśmy położyć jej coś na kapeluchu – najlżejsze było pudełko papierosów. Spotkaliśmy także kilka pięknych sromotników bezwstydnych. Takiego grzyba też jeszcze w naturze nie widziałem. Muszę wam powiedzieć że sromotnik bezwstydny wygląda jak nie powiem co ;) Idziemy dalej.
I tutaj wielki RESPECT dla Zenita. Mówi do mnie – zobacz, to chyba opieńki. Ja patrzę, a na drzewie oddalonym o dobre 30 metrów coś tam rośnie. Podchodzimy – kurde, no opieńki, i to JAKIE!!! HA!! PIEKNE!!! Co ciekawe, były to jedyne opieńki tego dnia. Poza tym miejscem gdzie znaleźliśmy ich przecież mnóstwo, nie udało nam się wywęszyć ani jednej więcej.
Jak on je dojrzał z takiej odległości to się pewnie nie dowiem nigdy. Znaleźliśmy także przepiękne kanie czerwieniejące a Zenit z uporem godnym lepszej sprawy uczył mnie jak je odróżnić. Pod koniec wędrówki znaleźliśmy dużego flagowca olbrzymiego. Zenit cieszył się jak dziecko. Oświadczył że jest to bardzo rzadki grzyb i nigdy jeszcze takiego nie znalazł. Wracając znalazłem coś czego nie potrafiłem rozpoznać. Wziąłem żeby zapytać Wieśka co to takiego. Oświadczył że to jajo sromotnika bezwstydnego. Chciałem odrzucić je z obrzydzeniem, ale Zenit oświadczył, że nie wyrzucamy go tylko zjemy na kolację. Pomyślałem: no jasne gościu, zjemy se sromotnika, popijemy metanolem i pójdziemy w kimono. Aha! Akurat! Ale, jak mawiał Jurek Kiler, trzeba być twardym a nie mientkim. Żeby nie pomyślał że wymiękam zapakowałem jajo do koszyka i drałujemy dalej. Ponieważ rozpoczęliśmy wędrówkę po Puszczy Niepołomickiej dosyć późno, po dwóch spędzonych tam godzinach zaczęło zmierzchać i musieliśmy się ewakuować. Dojechaliśmy do Stalowej Woli, która była naszą bazą wypadową. Zainstalowaliśmy się w mieszkaniu, Wiesiek usmażył przywiezione przez siebie rydze, podsmażyliśmy też znalezione w puszczy kanie. Wiesiek otworzył flaszkę słowackiej wódki jałowcowej i zaczęliśmy się bratać. Po skonsumowaniu kań, rydzów i połowy flaszki Wiesiek zaczął obierać ze skórki sromotnika. OK – myślę. Żarty się skończyły. Jak jemy to jemy. Wyobraźcie sobie że zjedliśmy. Ja nawet uwieczniłem moment pochłaniania jaja przez Wieśka. Cóż, sromotnik bezwstydny jest pewnie niepocieszony. Ja na ten przykład byłbym, gdyby ktoś zjadł moje jajo. Ale cóż. Bywa. Ponieważ przeżyliśmy, okazało się, że na końcu łańcucha pokarmowego jest Wiesiek i ja. I nie będzie sromotnik pluł nam w twarz – do takiego wniosku doszliśmy kończąc flaszkę. Wtedy przyszedł Diabeł i podkusił nas żebyśmy napili się piwka. Dzień skończył się około 1.00 w nocy. Skończył się bardzo gwałtownie.....(a na 4.50 mieliśmy nastawione budziki)

26 września, sobota – czyli Ogary Poszły w Las.

Godzina 4.50. O Boże. Czy stworzyłeś mi głowę po to żeby mnie tak bolała?? Wstałem. Zenit wynurza się z sypialni. Wygląda jak śmierć na chorągwi. Mówiąc szczerze, wygląda dokładnie tak, jak ja się czuję. Postanowiliśmy, że będziemy twardzi jak Roman Bratny. Z nieznanych przyczyn :P nie mieliśmy apetytu więc pojechaliśmy do lasu. Zimno jak jasna cholera. 3 stopnie w skali Celsjusza. Jeszcze trochę ciemnawo. W lesie rosną niewiarygodne ilości muchomorów cytrynowych. Zachwycony Zenit zaczyna je fotografować. Ja wchodzę w las i JEST !!!!!!!!!!!!!! Hahahahahahahaha !!!!!! Pierwszy jadalny grzyb tego dnia!!!!! Dumny z tego że to ja a nie Prezes znalazłem pierwszego prowadzę go do lasu w “moje” miejsca (Jezu, czemu nas tak suszy). Muszę Wam powiedzieć, że trafiliśmy z wyprawą tego właśnie dnia bardzo dobrze. Znajdowaliśmy kozaki, podgrzybki i prawdziwki. Jak w bajce. Koszyki się w końcu wypełniły. Wróciliśmy zatem do samochodu, przesypaliśmy grzyby do plastikowej skrzynki w bagażniku i idziemy dalej (ale chce nam się pić, dobrze że jest mineralna). Około 9.00 spotykamy pierwszych konkurencyjnych grzybiarzy. Patrzą z pogardą na nasze puste koszyki. Nie wiedzą, niebożęta, że ta pustka jest wynikiem tego, że raz już musieliśmy je opróżnić. Wywnioskowali z tego że nie warto chodzić po tym samym lesie co my i poszli gdzie indziej (a pies z nimi tańcował, ale nas suszy). Zbieramy ostro. Były maślaki sitarze, maślaki pstre i maślaki zwyczajne. Prezes postanowił nauczyć mnie odróżniać maślaka sitarza od pstrego. Ale się zaparł. No, ja odróżnię maślaka marynowanego od suszonego bez pudła. Ale takie tam? Przesada. W lesie trafiają się piękne czerwone muchomory. Robimy im zdjęcia bo są prześliczne. Nagle – robiąc fotkę takiego muchomorka widzę że obok rośnie prawdziwek!!!!! Jakby się umówili. Coś pięknego. Wiesiek uświadamia mnie, że czerwone muchomory i prawdziwki lubią swoje towarzystwo (napilibyśmy się mineralnej). I wtedy Prezes rzucił rękawicę. Idziemy sobie koło jałowców i słyszę: “Co ty Olo, podgrzybków nie zbierasz?”. Odwracam się, patrzę. SHIT!!!!! Jak ja go przeoczyłem?? Prezes mnie zawstydził. No, ale ja nie z tych co z nimi łatwo. Jak mnie kto wqrzy to nie ma litości – będzie kęsim. Jest przecie na świecie sprawiedliwość. A zemsta jest rozkoszą Bogów. 50 metrów dalej patrzę (zobaczy? Nie zobaczy? Zobaczy? PRZESZEDŁ!!!). – “Co z tobą Wiesiek? Nie zbierasz prawdziwków?” (pytam słodko). O dobry Jezu!! Jak on na mnie spojrzał ujrzawszy przeoczone prawdziwki! Gdyby wzrok mógł zabijać, moje ścierwo roznosiłyby dziś mrówki po Lasach Janowskich. Tak to właśnie w przyjacielskiej choć strasznie wysuszonej atmosferze wypełniliśmy znów koszyki i poszliśmy je po raz drugi opróżnić w bagażniku. Idąc piaszczystą drogą zauważyłem COŚ!! Były to gąski zielonki. W tym lesie one tak zawsze rosną, i choć nie udało mi się nigdy nazbierać ich hurtowo, to jednak spotykałem je tam. Wiesiek natomiast był wniebowzięty. Nie miał bowiem dotąd dobrych zdjęć tych grzybów. I tu znów odezwała się konkurencja. Wiedząc czego szukać znajdowałem gąski których Zenit o mało nie podeptał. Był niepocieszony. Okrzyknął mnie królem szukania gąsek, a ja w zamian pokazałem mu jak i gdzie się ich w tym regionie szuka choć tego dnia nie udało mu się znaleźć w pełni samodzielnie gąski. Znajdowaliśmy też rycerzyki czerwonozłote, które Zenit ocenił jako świetne na marynatę i kazał mi intensywnie zbierać. Pewnie zapytacie czemu ten dzień także był pod znakiem sromotnika? Cóż... Poprosiłem Wieśka żeby pokazał mi jak wygląda sromotnik (znaczy się muchomor sromotnikowy). Chciałem wiedzieć przed czym się strzec. Okazało się że.... Wiesiek nie znalazł dotąd i nie sfotografował tego gatunku!!!! (dopisek autora serwisu - spotkałem 1 raz w życiu i zdjęcia wówczas zrobione nie zadawalają mnie) Przez cały dzień uparcie szukaliśmy tych cholernych muchomorów. A kiedy nogi wlazły nam w dupsk.. znaczy się kiedy nas troszeczkę rozbolały ;) postanowiliśmy że znajdziemy muchomora sromotnikowego jutro. Po 11 godzinach spędzonych w lesie udaliśmy się do domu na zasłużony odpoczynek (który i tak skończył się czyszczeniem grzybów i piciem piwa do 12.30 w nocy)

26 września, Niedziela – czyli Keine Grenzen, Keine Gąsken

Zaczęliśmy ostro. Pobudka o 4.50. Ledwo żyjemy, w piątkowy wieczór pokowboiliśmy i przez to spaliśmy 3,5 godziny a wczoraj do północy obieraliśmy grzyby przez co spaliśmy niewiele więcej. Gorzka kawa (nie mieliśmy cukru) i kiełbacha trzymana w garści z suchym chlebem – czyli pełna partyzantka. Ale nic to (jak z kolei mawiał Jerzy Michał Wołodyjowski. Znów postanowiliśmy być twardzi jak Roman Bratny (kim do cholery był ten Bratny he?) i jeszcze po ciemku ruszyliśmy do lasu. Byliśmy jednak straszliwie zmęczeni, niewyspani i obolali po dwóch dniach wędrówek po lesie i w samochodzie jadąc jeszcze po ciemku do lasu czuliśmy się nietęgo. Ponieważ jednak żeby znajdować poważne grzyby trzeba być w bojowym nastroju, musieliśmy go (znaczy się nastrój) stworzyć. Grzybobranie jest niczym wojna z międzynarodowym terroryzmem. Trzeba nadlecieć niespodziewanie nad grzyba i kiedy się go zlokalizuje trzeba mieć już scyzora w łapie – inaczej porażka. Grzyba zeżrą robale albo okaże się on krowiakiem podwiniętym. Dlatego ważny jest bojowy nastrój. Jak jest wojna to trzeba zabijać (jak z kolei mawiał Boguś Linda w jakimś strasznie głupkowatym filmie – ale tym niemniej miał rację). Dawni starożytni arabscy asasyni wprowadzali się w bojowy nastrój narkotykami (zwykle palili opium bodajże) ale jako że my z Zenitem narkotyków nie popieramy pomysł jednogłośnie odrzuciliśmy (ludzie nie bierzcie tego syfu bo to nie jest sposób na życie – lepiej pospacerować po lesie). Wtedy wpadło nam do głowy że wojownicy siedemnastowieczni używali bębnów żeby zagrzewać się do walki. MUZYKA!!! Miałem taką w schowku – specjalnie na okazje kiedy głowa za kierownicą zaczyna ciążyć. Najpierw puściłem Zenitowi “The Prodigy” – płytę “The Fat Of The Land” o ile pamiętam. Kiedy poleciało “Smack My Bitch Up” i kątem oka dostrzegłem jak Zenit wybija rytm dłonią na fotelu – wiedziałem że zostaniemy przyjaciółmi. Nieprzyzwyczajonym bowiem trudno strawić taką muzykę. W Zenicie jednak wyraźnie budziła ona atawizmy – a o to przecież chodziło. Później była Metallica – oczywiście “Master Of Puppets”. Kiedy Zenit zaczął poruszać rytmicznie głową w rytm “Back To The Front” byliśmy gotowi. W naszych żyłach płynął czysty testosteron i byliśmy gotowi na spotkanie z GRZYBEM. Grzybie, drżyj.

Postanowiliśmy zapolować na gąski – poprzedniego dnia znaleźliśmy mnóstwo grzybów do suszenia i marynowania, zatem mogliśmy sobie na ten luksus pozwolić. Zenit postanowił spuścić ze smyczy MNIE jako niezawodnego gąskobójcę. Ostatnia godzina gąsek wybiła. Niestety, było to bez znaczenia, bo w tym konkretnym lesie gąsek po prostu nie było. Znaleźliśmy natomiast kilkanaście prawdziwków (niektóre przepiękne), dużo podgrzybków, maślaków (i znowu Zenit mnie męczył czym się różnią ale tym razem już łapałem – w nocy ukradkiem po ciemku czytałem atlas który mi sprezentował), były tez kozaki. Ja znalazłem przepięknego kozaka pomarańczowożółtego, później w domu zrobiłem z nim zdjęcie mojej ukochanej córce. Pojawiły się także kurki. Bardzo mnie to ucieszyło, bo jak pisałem wcześniej, mam lekką szajbę na punkcie grzybów marynowanych. No i właśnie podczas zbierania kurek słyszę triumfalny krzyk Zenita. Lecę zobaczyć. Znalazł rydze. Co prawda tylko trzy (w tym jeden robaczywy) ale mogłem zobaczyć jak wyglądają i Zenit nauczył mnie jak je odróżnić od mleczaja wełnianki. Po chwili ja także obok znalazłem cztery rydze. Byłem szczęśliwy, bo to były pierwsze rydze w mojej karierze. Po kilku godzinach Prezes zaczął wyraźnie wymiękać. Coś tam marudził o powrocie czy jakoś tak. Oświadczyłem że nie wracam bez pełnego kosza (dobijanie go sprawiało mi jakąś perwersyjną przyjemność). Postanowiliśmy zmienić las. Przejechaliśmy kilka kilometrów i weszliśmy do lasu. Na samym początku rosły trzy duże dęby. Zenit powiedział, że to wymarzone miejsce dla borowika królewskiego. Podniecony taką perspektywą zacząłem myszkować. WTEM !!!!!!! Zenit zachowywał się dziwnie. Prawie płakał z radości. Znalazł GĄSKĘ!!!!!!!!!!!!!! Okurde!! NIE!!! DWIE GĄSKI!!!!!! Sprawiło mi wielką przyjemność że się tak cieszy. Oświadczył że to jego pierwsze w pełni samodzielnie znalezione gąski – a ja przyznaję, że ich nie zauważyłem.
Ale zaraz zaraz. Przecież królem gąsek byłem ja!!! Biorąc pod uwagę fakt, że ogólnie rzecz biorąc wiedza i doświadczenie Zenita (powiedzmy sobie szczerze – no pozwoliłem mu wygrać :P) sprawiła że znalazł tego dnia dużo więcej grzybów niż ja, poczułem smutek. Nawet w kategorii gąsek mnie zdetronizował. Cóż. Niestety, prócz gąsek nie znaleźliśmy w tym lesie kokosów. Pojechaliśmy parę kilometrów dalej –nagle Zenit kazał mi się zatrzymać – w młodniku rosły piękne czerwone muchomory. No przepiękne, wierzcie mi. Orzekł, że tam musi być prawdziwek. Zatrzymaliśmy się, wleźliśmy. Zenit (no zgadnijcie co zaczął robić??). Tak. Macie rację. Zaczął fotografować muchomory. A mi kazał iść szukać prawdziwka tam (i wskazał na jakieś zarośla). No to leżę. Boże co to za pachróście!!!!! Krzaki, kolce jakieś, śmieci. Syf i malaria. I nagle. O Jezu, jaki on piękny !!!!!!!!!!!! Tego dnia za nic nie mogłem znaleźć młodego fajnego prawdziwka. A ten był CUDNY!!! CMOK!!! CMOK!!!! Śliczny. Ale nic więcej w tym lesie nie było. Postanowiłem jechać do lasu w którym byliśmy wczoraj. Zenit protestował, miał już nogi wbite w d.... i chciał do domu. Powiedziałem mu że jak chce do domu to droga wolna – 240 kilometrów w gumowcach – na Boże Narodzenie w sam raz zajdzie bo kluczyki mam JA a JA idę na grzyby :P. Poszliśmy więc. Las wyczyszczony do cna. Zero grzybka. Nawet niejadalne przez jakichś ćwierćdebili powywracane. (Wiadomo, niedziela godzina 15.00 wejście do lasu). Po ok. 4 km postanowiliśmy zawrócić. Ponieważ obaj byliśmy zmęczeni – poszliśmy drogą a nie lasem. I o dziwo – zacząłem znajdować grzyby. Maleńko – to fakt. Ale zawsze. Tu maleńki kozaczek, tam mały podgrzybeczek. I nagle......... TRACH!!!!!!!!!!!!!!! GRZYB!! Hmmmmmmmm (kurde, co to jest???) Ma rurki, więc na 99,9% (w tym regionie) jadalny. Podobny do podgrzybka, ale strasznie jasny. Częściowo biały, częściowo słomkowożółty. Podgrzybek albinos czy jaka cholera? Wykręciłem go z ziemi – patrzę – tam gdzie dotknąłem sinieje. AHA – myślę. Podgrzybek. Ale nie, sinieje bardzo. Robi się atramentowogranatowy po najlżejszym dotknięciu. Pytam Zenita (który kilkanaście metrów dalej fotografował jakiegoś trujaka) co to może być takie zmieniające kolor. Ten leci do mnie jak wariat. Olo!!! Znalazłeś modrzaka!!! Ja nigdy takiego nie znalazłem i nie mam dobrych zdjęć!! Ty świnio po co go zrywałeś!!!! Teraz jest cały granatowy i znowu zdjecia będą psu na bude!!!! Ech. Wcale nie miał napisane na kapeluszu że to piaskowiec modrzak i że jest rzadki to skad miałem wiedzieć??? Zenit sfotografował, ale był niepocieszony. Powiedział, że jak spieprzyłem robotę, to mam mu znaleźć drugiego modrzaka i nie dotykać. Myślał, nieszczęsny, że odpuszczę. Ale nie ze mną te numery Brunner!!! Mówisz – masz. Kilkaset metrów dalej znalazłem drugiego modrzaka. Zenit obfotografował go ze wszystkich stron i był najszczęśliwszym czarnuchem na całej plantacji. W ten sposób zostałem Królem Modrzaków co zrekompensowało mi sromotną porażke w kategorii gąsek (ale jak się ma gąska do modrzaka? Phi!!!).

A`propos sromotnej porażki – muchomora sromotnikowego ni cholery nie udało nam się znaleźć. W ten sposób zakończyła się nasza przygoda w Lasach Janowskich, ale polubiliśmy się (choć przecież mogę mówić tylko za siebie) i obiecaliśmy sobie za 2 tygodnie jechać jeszcze raz i pokazać gąskom co to znaczy SECURITATE i totalny brak litości. Zatem – Ciąg Dalszy Niewątpliwie Nastąpi.................

Chciałbym w tym miejscu serdecznie podziękować Pawłowi Chileckiemu – wiem Pawle, że żyjesz w błogiej nieświadomości, ale spójrz na koszyk który niosę – znajomy, co? Tak, zapomniałem swojego i Zenit zabrał koszyk Pawła. Dziękuję Ci zatem Pawle – Twój koszyk przyniósł mi szczęście (mogę go od Ciebie odkupić) – a i zwiedził lasy, w których być może nie był wcześniej.

Powyższą relację sponsorowały literki LSD.....................

Zdjęcia do ostatniej części relacji i mój komentarz niebawem - Zenit - autor serwisu www.NaGrzyby.pl