Serwis miłosników grzybobrania - Na grzyby !| Grzyby naszych miast | Nasza biblioteka | Nawigacja | O stronie | Objaśnienia | Masze wyprawy | Ciekawostki |
| Darz Grzyb | Czy są grzyby ? | Forum | Ciekawe linki | Nowości | Słownik | Literatura | Przepisy | Ankieta |

   Opisy, relacje ze spotkania i grzybobrań - Jordanów 2004
>>> Galerie foto <<<

Zdjęcie grupowe (nie wszyscy uczestnicy są na tym zdjęciu)

Relacje: Tadeusza , Aszy, Borowika Ponurego, Zenit , Paweł, Forel, Marek, Maryjka i Wafek

Sobota – 4 września – relacja Tadeusza

    Na III zjazd członków klubu Darz Grzyb staram się wyruszyć wcześnie rano aby zdążyć na wspólne grzybobranie zapowiedziane na godzinę siódmą.
Z Krakowa wyjeżdżam o szóstej. Na nieszczęście wpadam na “zakopiance” na “spowalniaczy” – gromadę wolno jadących ciężarówek. Uciekam z konwoju dopiero w Pcimiu i jadę dalej jako “król szosy”- przede mną tylko kilometry...

Zdążyłem. Okazało się, że pośpiech nie był tak bardzo konieczny ponieważ prezes Kamiński zarządził opóźnienie wymarszu; czekamy na przyjazd osób z najdalszego zakątka Polski – Paulusów z Kołobrzegu. Miejsce spotkania jest wspaniałe - teren zespołu szkół średnich w Jordanowie. Jest bajkowo; wystrzyżone trawniki, klomby z kwitnącymi kwiatami, kępy starych lip, potężne topole i dęby, altanki umożliwiające wspólne “posiady” przy ognisku. Prezes promienieje – przyjechało dużo klubowiczów ... z roku na rok impreza staje się coraz większa. W oczach Zenita widać ogromne szczęście; wszystko dopisało – jest piękna słoneczna pogoda i dużo uczestników. Czego więcej można sobie życzyć ?

Po kilku minutach z Zakopanego przyjeżdża Paweł Wielki. Tym razem strasznie dużą bryką. Kolo ósmej są wreszcie Pomorscy – przywozi ich brat Zenita zwany przez niego pieszczotliwie “bratkowskim”. Paulusowie mimo nieprzespanej nocy nie marudzą tylko razem z wszystkimi wędrują do lasu. Prowadzi miejscowy ”baca” Robert Leśniakiewicz, który “wynalazł” tak piękne miejsce na spotkanie grzybiarzy.

Lasy otaczające Jordanów są dla mnie zagadką. Robert ciągle coś w nich zbiera, fotografuje. Ja osobiście nie cierpię chodzenia po terenach porosłych jeżynami. Plącze się to pod nogami, nic nie widać a i grzyba się nie czuje. Czasami w plątaninie pnączy pojawia się oaza; widać igliwie i mech. Pojawiają się też powoli grzyby. Najwięcej jest kolczaków obłączastych, gdzieniegdzie jakiś kozak. Nagle słychać głośny krzyk. Poznaję prezesa – znam ten okrzyk; pewnie znalazł prawdziwka (okazało się później, że był to jego pierwszy i ostatni prawdziwek w trakcie sobotniego grzybobrania).

Grzybiarze rozchodzą się we wszystkich kierunkach, szukają przede wszystkim takiego podłoża, które dałoby szansę na znalezienie grzybów. Wchodzę w czysty, bukowy fragment lasu. Tu przynajmniej widać podłoże. Nie widać jednak grzybów. Po kilkugodzinnej wędrówce mam kilka kolczaków, dwa małe kozaki oraz garść pieprzników trąbkowych i żółtych. Niewiele tego ale jeżeli kilkadziesiąt osób przyniesie chociaż tyle – będzie z czego ugotować zupę.

Grzybiarze powoli schodzą się. Przynoszą swoje zbiory. Są kolczaki ( duże ilości), kozaki czerwone ( Paulusowie mają kilka pięknych młodych “osiczaków”), kozaki – babki, pojedyncze rydze i o dziwo dużo pieprzników. Teresa z Tych rozpacza. Zostawiła w lesie masę pieprzników żółtych; uznała je za psujące się kurki. Jej syn Andrzej i Piotrek Perz ( Pimpek) ruszają ponownie po zostawione w lesie pieprzniki. Na końcu pojawiają się najmłodsza uczestniczka zjazdu – Natalka wraz z ojcem. Trochę za daleko poszli i musieli korzystać z fachowej informacji tubylców, którzy skierowali ich na Chrobacze czyli do Zespołu Szkół.

W zacienionej altance odbywa się selekcja. Zenit jako grzyboznawca dyplomowany ogląda każdego grzybka i podejmuje decyzje: na zupę!, do śmieci! Powoli rośnie sterta grzybów w trzydziestolitrowym garze. I nagle ni stąd ni zowąd okazuje się, że chyba będę gotował tę zupę. Robert przygotowuje ziemniaki i cebulę. Kroi je fachowo, po wojskowemu; nie żadna drobnica tylko ciach ziemniaka na 4 części i do wiadra.

Zupa musi być smaczna. Podsmażam ziemniaki ( trochę bardziej je rozdrabniam by mieściły się do przeciętnej wielkości ust) i cebulkę na maśle. Powoli kroję wyselekcjonowane i opłukane grzyby. Jest tego bardzo dużo. Do wymienionych już wcześniej grzybów dochodzą znalezione muchomory czerwonawe co powoduje, że niektórzy proponują nazwać potrawę – zupą z dreszczykiem. W końcu krojenie przejmują Teresa z Piotrem ( Tyszanie). Zapach jest coraz sympatyczniejszy - gar zaczyna bulgotać, dokładam kostki rosołowe... Forelowie przynoszą marchew i pietruszkę. Zupa zaczyna dochodzić. Jeszcze trochę soli i na koniec śmietana. Gotowe!
W oczekiwaniu na zupę uczestnicy zjazdu pochłaniają pieczone kiełbaski i pachnące plastry smażonego nad ogniem boczku. W końcu na stół wjeżdża gar z zupą. Nikt nie lży ani nie bije kucharza – widać zupa nie jest najgorsza.
Na deser ciekawostki grzybowe z mojej domowej przetwórni: marynowane smardze, muchomory czerwonawe, lejkowce dęte i wodnicha późna z cebulką. Paweł Paulus jest zachwycony – po raz pierwszy widzi i je smardze. Nikt nie boi się jakoś muchomorów czerwonawych. Co bardziej zawzięci grzybiarze ruszają w lasy leżące po przeciwnej stronie szkoły. Co chwilę ktoś przynosi nowe grzyby.

Od czasu do czasu uczestnicy zjazdu indagowani są przez dziennikarzy, którzy zaproszeni przez Zenita pragną dowiedzieć się czegoś ciekawego o grzybach, grzybiarzach a nawet o niedźwiedziach, które usadowiły się w lasach babiogórskich. Powoli zapada zmierzch i coraz lepiej widać płonące ognisko. Grzybiarze skupiają się wokół ognia. Gra gitara i słychać śpiew. Prezes jest coraz bardziej szczęśliwy i zapowiada, że w niedzielę w Zubrzycy grzybobranie będzie jeszcze lepsze. Muszę niestety jechać dzisiaj jeszcze do domu. Żal mi niewymownie tej niedzieli i wspólnego grzybobrania w pobliżu moich terenów “łownych”. Żal mi też dalszej części tego wieczoru ponieważ spotkania tego typu w miarę upływu czasu nabierają dopiero odpowiedniej barwy i smaku. Trudno- trzeba jechać... następne spotkanie już niedługo – czas leci tak szybko...

Tekst: Tadeusz Ruchlewicz


     Z pewnym niepokojem jechaliśmy z mężem i towarzyszką naszych wędrówek Aiszą na spotkanie w Jordanowie . Obserwując klub w internecie od dłuższego czasu,mieliśmy nadzieję , że spotkamy tam sympatycznych zakręconych “świrów” grzybowych . Absolutnie nie pomyliliśmy się , nie tylko są “zakręceni grzybem” , sympatyczni , ale również bardzo życzliwi . Na miejsce zajechaliśmy w piątek wieczorem i natychmiast poczuliśmy się , jak w gronie dobrych znajomych . Od razu znalazły się wspólne tematy nie tylko o grzybach . Wieczór upłynął więc w miłej atmosferze przeplatany rozmowami i śpiewem , przy dźwiękach gitary i akordeonu . Nawet Borowik Ponury , który twierdził , że nie umie grać ani śpiewać , dał nam niezły koncert .

W sobotę wyruszyliśmy penetrować zbocza góry Przykiec i w trakcie tej wspólnej wędrówki mogliśmy dowiedzieć się wiele ciekawego na temat grzybów , ich miejsc występowania , wyglądu , upodobań ... Zbieraliśmy pod czujnym okiem Zenita takie gatunki , których wcześniej nie brałam pod uwagę , jako egzemplarze nadające się do spożycia . Miałam trochę wiedzy książkowej ale w naturze niektóre z nich zobaczyłam (a raczej rozpoznałam) po raz pierwszy np. muchomor czerwonawy , galaretek kolczasty , pieprznik trąbkowy ,szyszkowiec łuskowaty , uchówka ośla . Natrafiliśmy tam również na borowiki , podgrzybki , goryczaki żółciowe (tych było najwięcej) , kolczaki obłączaste , koźlarze babki , grabowe , świerkowe , maślaki , rydze , zasłonaki fioletowe i wiele innych .

W pewnym momencie wspólnej wędrówki straciliśmy pozostałych uczestników , bo zauroczeni pięknem napotkanych dziewięćsiłów bezłodygowych zajęliśmy się ich podziwianiem i fotografowaniem . Wydawało się , że straciliśmy orientację i zapuszczaliśmy się w coraz to większe jary i wąwozy . Przedzierając się przez kolejne gęstwiny weszliśmy na leśną ścieżkę , a tam na jej środku dwa piękne czerwone kozaki świerkowe . Ich znalezienie od razu dodało nam otuchy , spojżeliśmy na słońce , wyznaczyliśmy kierunek marszu i w świetnych nastrojach wróciliśmy do miejsca spotkania , gdzie czekał już Zenit i wnikliwie przeglądał wszystkie koszyki i sprawdzał grzyb po grzybie , które następnie przejął Tadeusz Ruchlewicz i ugotował z nich olbrzymi gar przepysznej pachnącej zupy . Po któtkim odpoczynku stwierdziliśmy , że zrobimy sobie spacerek w przeciwnym kierunku niż poranna wyprawa i tam pod świerkami , między krzewinkami borowiny znaleźliśmy duże skupiska pieprzników żółtawych . Do późnej nocy rozprawialiśmy o grzybach i nie tylko , i znowu towarzyszyły nam gitara akordeon i śpiew .

Następnego dnia rano (właściwie nocą) umówiliśmy się z Forelami na wypad w im znane grzybowe miejsca . Marta przywitała nas pachnącą kawą i gdy już zaczynało się rozjaśniać wyruszyliśmy samochodem kierowanym przez Jurka , który świetnie pokonywał we mgle kamieniste górskie drogi .
Pierwszy zagajnik penetrowaliśmy po omacku z nosem przy ziemi , bo widoczność z powodu wczesnej pory , mgły i lekkiej mżawki była kiepska .
Forel okazał się prawdziwym gospodarzem w myśl zasady “zastaw się , a postaw się” . Nie tylko zaprowadził nas w miejsca , w których rosną przepiękne czerwone kozaki , ale dawał cenne wskazówki typu : “pięć metrów od drogi i piętnaście w lewo powinny się pokazywać” i pokazywały się !!! , albo “w ten zagajnik nie warto zaglądać” . Po około półtorej godziny usatysfakcjonowani zbiorami musieliśmy wracać , bo z Jordanowa pod przewodnictwem Zenita mieliśmy wyruszyć na kolejną wyprawę w miejsce , z którym łączyły go młodzieńcze wspomnienia.

Już po zaparkowaniu samochodów adrenalina nam podskoczyła , bo tuż przy parkingu w rosnących nieopodal brzózkach znajdowaliśmy kozaki rosnące grupami . Tym znaleziskom towarzyszyły głośne okrzyki radości . Ochoczo ruszyliśmy w dalszą drogę , bo przecież początek był bardzo owocny . Zenit zapowiadał , że występują tutaj borowiki i podgrzybki , więc po stromych zboczach wspinaliśmy się z entuzjazmem na górę Czyrniec .

Naszym celem gdzieś wysoko była polana , na której mieliśmy skonsumować kiełbaskę , którą Zenit z wielkim poświęceniem dźwigał w swoim plecaku . Po drodze znajdowaliśmy bardzo ciekawe okazy np. podgrzybek wyrastający z patyka (znalazł Pimpek) , wyrastający z kamienia , borowiki ceglastopore , borowiki grubotrzonowe , bielaczki owcze , maślaki pieprzowe , muchomory czerwonawe i wiele innych . Kiedy dotarliśmy wreszcie na polanę (kiełbasę zjedliśmy wcześniej) , powyjmowaliśmy z koszy nasze znaleziska i skrupulatnie czyściliśmy je z mchu , liści , igieł i ziemi , a potem napawaliśmy się pięknymi widokami otaczających nas gór .

Po powrocie do Jordanowa znowu jedliśmy wspaniałą grzybową zupkę , degustowaliśmy przygotowane przez Tadeusza Ruchlewicza marynowane smardze , no i oczywiście nie obyło się bez gitary (przywiezionej przez Wacka) i śpiewu . Późnym popołudniem wszyscy uczestnicy spotkania życząc sobie wielu takich spotkań i owocnych grzybobrań rozjechali się w różne krańce Polski .

Autor: Asza


No i minęła wspaniała impreza zorganizowana fachowo przez Wieśka Zenita. Na powitanie nieoceniony Wiesiu potraktował mnie zimnym piwkiem, z czego wynika że chłop zna się na rzeczy i wie czego grzybiarzowi pod wieczów potrzeba. Impreza obfitowała w wiele atrakcji. można było zbierać grzyby, można było zjeść zupę muchomorową, można było skosztować marynowanych smardzy oraz wspaniałej nalewki zrobionej przez Maryjkę. Podczas biesiadowania Wacek wyśpiewywał takie herezje, że nawet ksiądz biskup byłby zadowolony. Co co nie byli niech żałują. Takiego prezesa nie ma żadna organizacja. Niech żyje Prezes!
Autor: Borowik Ponury


Czekam na kolejne relacje... niebawem podam linki z tekstu do opisywanych sytuacji

Jak na pisał Borowik Ponury – już po spotkaniu... Dziękuje wszystkim uczestnikom imprezy za wspaniałą zabawę. Myślę nawzajem dużo nauczyliśmy się o grzybach i o organizowaniu tego rodzaju imprez. Dziękuję za wspaniałą pomoc ze strony wszystkich jej uczestników. Dziękuje gospodarzom internatu i szkoły za wszelką pomoc w realizacji naszego spotkania. I na koniec – do zobaczenia za rok może w jeszcze większym gronie... A teraz z kronikarskiego obowiązku dodam jakie grzyby mogliśmy spotykać i poznawać: borowiki szlachetne, podgrzybki brunatne, podgrzybki złotawe, kurki, kolczaki obłączaste, pieprzniki żółtawe i trąbkowe, koślarze babki, grabowe, czerwone, pomarańczowożółte, lakówki ametystowe i zwyczajne, muchomory czerwonawe, mleczaje smaczne, maślaki: zwyczajne, ziarniste, żółte, borowiki: ceglastopore, grubotrzonowe, uchówki ośle, szykowce łuskowate... i wiele wiele innych – co świadczy że grzyby rosną...
Zenit - autor serwisu www.NaGrzyby.pl 


Zjazd Klubu "Darz Grzyb" Jordanów 2004 (relacja Forela)

Piątek

Wyjechaliśmy z Krakowa późno, bo około 18, więc już na pewno nie zdążymy skoczyć na dół zobaczyć za osicokiem. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Z Pcimia zadzwoniłem do Zenita, o której zaczyna się impreza. Przyjeżdżaj od razu, mówi Wiesiek, Borowik Ponury już jest, to się poznacie. Krótka narada z Martą. OK. Na godzinkę wpadniemy.
Ta godzinka przedłużyła się do kilku. W tzw. międzyczasie zdążyła przyjechać Maryjka z Wackiem, Asza z Januszem i z Aiszą i jeszcze kilka osób. I już pierwszego dnia wiadomo było, że impreza będzie udana.

Sobota

Pierwsza rzecz to zdjęcie grupowe wykonane przez Janusza i nie tylko. Potem długi sznur członków klubu zanurzył się w lasach Jordanowskich. i pierwsze okrzyki radośći. Niestety pełnych koszy nie było, wracamy w kilkanaście osób, bo reszta rozpełzła się po lesie (chyba się nie zgubią).
I tu najlepszy dowód, że nie ma takiego grzybiarza, który pusty las zostawi. Po przejściu dwudziestu osób, idący ostatni, Jurek, znajduje sporego podgrzybka brunatnego.
Mimo tego został mi pewien niedosyt. Mało jakoś tych grzybów. Skoczmy pod Kotoń mówię do Marty, zobaczymy czy w ogóle są te osicoki. Zabieramy Ninkę i Jurka i jedziemy. Znajdujemy kilkadziesiąt osicoków kilka podgrzybków i babek, jednego dziwka i pięknego muchomora, chyba cytrynowego. Kupujemy jeszcze włoszczyznę do zupy , która już się pewnie gotuje, bo zrobiła się już druga.
Włoszczyzna się przydała nasze grzyby już nie. Jest już dość grzybów stwierdził naczelny kucharz Tadeusz, będą na jutro.
czekamy na zupke i w końcu jest.Smacznego. Reszta dnia to ognisko, gitara Wacka, wspólne śpiewy i oczywiście opowieści. Na gitarze grał również Adam, czyli Borowik Ponury (nie wiem czemu ponury, powinien być raczej wesoły, ale takiego grzyba chyba nie ma, tu miejsce na autorytatywną wypowiedź Prezesa)

Niedziela

Rozochoceni wypadem pod Kotoń umawiamy się z Aszą i jej mężem na wypad na Jaworzynę, o 5 rano( barbarzyńska pora). Nie jest tak dobrze jak wczoraj po południu, ale jesteśmy zadowoleni, mimo kiepskiej pogody i widoczności. Mgła pozbawiła nas pięknych widoków z Jaworzyny (widok od Babiej aż po Turbacz).
Oczywiście spóźniamy się na wymarsz , ale na szczęście wymarsz, a raczej wyjazd też się opóźnił. W końcu ruszamy.
Przy drodze na Zubrzycę zatrzymujemy pojazdy i w las. I znów długi sznurek grzybiarzy. Trafiliśmy z Marta trochę pieprzników jadalnych i trąbkowych, pięknego goryczaka, nad którym z lubością wielką pastwili się Zenit z Pimpkiem i śliczną hubę. Wróciliśmy do auta wcześniej niż inni i czekamy przy kawce na resztę. Pojawiła się Maryjka z pełnym koszem osicoków a z nią Wacek , też z pełnym koszem. Okazało się , że nie poszli w górę, tylko obejrzeli sobie przydrożne brzózki i to z efektem.
Powrót do Jordanowa w dobrych humorach, bo kosze ciężkawe, krótki odpoczynek, zupka grzybowa i to już koniec niestety, aż do następnego roku.
Ale pewnie nieraz jeszcze w tym roku pojedziemy na grzyby, a nie po grzyby, bo w tym cały urok.

Autor: Forel


   Trochę się obawialiśmy, że może nas zabraknąć w Jordanowie. Na początku mieliśmy problemy z uzyskaniem urlopu, ale w końcu się udało.....ufff możemy jechać. Zapakowaliśmy w torby podróżne to co najpotrzebniejsze, scyzoryki, odpowiednie ubranie na grzybobranie , wygodnie ulokowaliśmy się w pociągu i 13 godzin później byliśmy już na miejscu. W Jordanowie zastała nas piękna słoneczna pogoda i kilkudziesięcioosobowa grupa zapalonych grzybomaniaków gotowych do wymarszu, która czekała już tylko na nas.

Gdybyśmy mieli ocenić spotkanie w skali od 1do 10 , to dalibyśmy najwyższą notę 10. Może nie było tyle grzybów, ile niejeden uczestnik spotkania mógł się spodziewać, ale atmosfera była przednia. W porównaniu z zeszłorocznym zjazdem członków klubu "Darz grzyb" liczba gości była kilkakrotnie wyższa.To pokazuje, że popularność naszego klubu ciągle wzrasta i być może kiedyś, to nieformalne zrzeszenie wyjdzie poza ramy internetu, do którego przecież nie każdy ma dostęp. W tym roku na spotkanie w Jordanowie przyjechaliśmy z małżeństwem naszych przyjaciół Asią i Dawidem Polański, którzy po raz pierwszy zasmakowali muchomora czerwonawego i innych gatunków. Asia była zaskoczona ilością gatunków, które nadają się do jedzenia, co więcej mają wyjątkowe walory smakowe. Do tej pory sądziła, że wszystko z wyjątkiem tych najszlachetniejszych-prawdziwków, podgrzybków itp., to zwykłe "psiaki". Jakże się myliła!

Nasze wspólne grzybobranie pierwszego i drugiego dnia dało nam wgląd w różnorodność gatunkową grzybów. Z moją żoną szczególnie ucieszyliśmy się ze znalezienia tych, które raczej nie występują w naszych okolicach-nad samym morzem. Poraz pierwszy widzieliśmy bielaczki owcze, pieprzniki żółtawe, borowiki grubotrzonowe, podlegające ścisłej ochronie szyszkowce łuskowate, rycerzyki czerwonozłote, uchówki ośle, lakówki pospolite, galaretki kolczaste, które pałaszowaliśmy już na miejscu na surowo. Do kosza trafiło kilka maślaczków (pieprzowe i żółte), kilka klejówek kleistych , muchmory czerwonawe i kozaki (czerwone,babki,pomarańczowożółte i moje ulubione grabowe). Podziwiać też mogliśmy grzyby,które zwracają na siebie uwagę pięknem barwy-lakówki amatystowe i zasłonaki (fioletowe i niebieskawe). Znaleźliśmy trzy okazy mleczaja smacznego, później upiekliśmy je na grillu.Mimo swego śledziowego zapachu smakowały wybornie. Obficie wysypały kolczaki obłączaste. Sporo było gołąbków różnego rodzaju, również te najsmaczniejsze-kunowe.
Na zdjęciach zostało uwiecznionych kilka podgrzybków brunatnych, które zaskoczyły nas kształtem i miejscem występowania. Jeden z nich,znaleziony przez Pimpka, wyrastał z patyka! Niedopisały tylko prawdziwki. Po grzybobraniu goście uraczyli nas marynowanymi smardzami, lejkowcami dętymi i wodnichami późnymi, w zbieraniu których podobno specjalizuje się nasz wiceprezes Tadeusz Ruchlewicz. Podczas rozmów przy grillu wymienialiśmy rózne spostrzeżenia i doświadczenia.
Temat był tylko jeden-grzyby. A o grzybach można dyskutować godzinami, bo to temat rzeka. Takie spotkania jak to w Jordanowie umożliwiają nam-zapalonym grzybiarzom-danie upustu swojej pasji i poznania wielu ciekawych ludzi z różnych stron kraju. Miło nam było poznać te osoby, które znaliśmy tylko z notatek na internecie-m.in.Pimpka, i Borowika Ponurego. Resztę uczestników chcielibyśmy gorąco pozdrowić i podziękować za wyborowe towarzystwo. Myślę, że tak jak Wy też nie możecie się doczekać kolejnego spotkania. Na nie warto przemierzyć nawet całą Polskę.

Autor: Paweł z Kołobrzegu


Relacja ze zjazdu grzybiarzy w Jordanowie

Ja śpioch wielki kiedy przeczytałam informację że wyprawa grzybiarzy wyrusza o godzinie 7 rano w sobotę, postanowiłam przedłużyć sobie poranną sobotnią drzemkę i namówiłam Wafka co byśmy wyruszyli do Jordanowa już w piątkowy wieczór. Okazało się po przyjeździe na miejsce, że zjawiło się tam sporo klubowiczów. Ciekawe jakie mieli motywy wcześniejszego przyjazdu ?

Ale po zapoznaniu się bliżej wszystko było jasne. Klubowicze przyjechali w celu wymiany doświadczeń, która była integralną częścią tegoż spotkania. Zaplecze logistyczne było bardzo dobrze przygotowane.... pojawiło się jedzonko na słodko i słono do wyboru, a ku zdrowotności alkohole ziołowe i piwko chmielowe. Nie zabrakło również muzyki , która pokrzepiała Nam serca . Płynęła melodia dla ucha z gitarry strun i wspaniałe piano z akordeonu. Solistów było wielu i wszyscy odważyli się zagrać nie bacząc na drobne potknięcia.

Klubowicze przybywali na spotkanie wieloma dostępnymi środkami transportu, bardziej lub mniej markowymi autami, pojazdami napędzanymi siłami mięśni tzw rowerami oraz żelaznymi koniami czyli pociągami i to z odległych zakątków Polski. Integracja okazała się na tyle skuteczna , że przeciągnęła się do dosyć późnych godzin nocnych.

Dzień pierwszy był wyczerpujący, przecieraliśmy lasy porosłe jeżynami niczym trzcina sięgająca do pasa, ale przekraczanie ich to wyśmienita gimnastyka, szczególnie dobrze robiąca na mięśnie brzucha.

Pomimo obfitości co najmniej marnej grzybów , udało się nam znaleźć kilka kozaków i podgrzybków, oraz piękny okaz powalonego szyszłaka gałęziastego i świeżo wyrośnietą uchówkę oślą.

Potem była wspaniała zupa grzybowa, kiełbaski, niekończące się degustacje grzybów o bynajmniej orientalnych smakach, wódek różanych i koników bujanych....... hahaha.

W niedzielny poranek pobudka tarratatata.......... wyjazd w kolejne piękne grzybowe miejsca . Zachwycił Nas tam przejmujący i szczebiotliwy śmiech połączony z wrzaskiem okrutnym, to był taki odgłos radości , który wydobył się z niewątpliwie dobrze zbudowanych płuc naszej kumpeli grzybiary Eli z Kołobrzegu.

Elżbieta zareagowała tak jakby weszła w gniazdo os a to nie osy, to były piękne kozaki czerwone, które zebrały się gromadnie i chyliły swoje piękne czerwone głowy do jej stóp. Grzybobranie było bardzo obfite głównie w ciekawostki i zdobycze sprzętów sanitarnych, które Wafek kolekcjonował penetrując przydrożne rowy , wycinając kosą kozaki czerwone, które akurat dominowały w tutejszych lasach. Właściwie w przydrożnych rowach. Prócz grzybów Wafek przyniósł wiele przydatnych w codziennym życiu rzeczy np. rower, wiadro , była też piękna wanna ale nie było chętnych i mocnych mężczyzn, którzy pomogliby wydobyć ją z Tego uroczego zasypanego śmieciami rowu. Wydobyty rower jest rowerem klubowym, i każdy klubowicz mający ochotę się na nim karnąć ma do tego wszelkie prawo. Rozstanie jak to zwykle bywa było długie i trudne............. ale pozostały wspomnienia, zdobycze i wspaniale kontakty , które póki co mają się dobrze. Pozdrawiamy wszystkich zjazdowiczów , zjeżdżających się i tych, którzy zamierzają się zjeżdżać. Bawmy się grzybowo i bądźmy kontaktowi. Pozdrawiamy Darz Grzyb

Maryjka i Wafek


   Jak dla mnie, spotkanie klubu Darz Grzyb miało tylko dwie wady: za mało grzybów i za mało młodzieży. Natomiast zalet był pełen kosz, że wymienię tylko: nalewki, zakąski i przetwory grzybowe Maryjki i Wafka; pyszne smardze Tadeusza i oczywiście muchomory czerwieniejące Zenita, obecne zarówno w zupie, jak i w słoiku. Wiesiek to sobie chyba w ogóle nie wyobraża jedzenia bez muchomorów. Ale nawet jakby nie było w ogóle grzybów, dobrze jest spędzić czas w miłym towarzystwie, którego na spotkaniu nie brakowało.

Wyjechałem w piątek po południu, miałem zamiar jechać pociągiem z Krakowa, potem wpadłem na pomysł, żeby zabrać rower, ale ostatecznie jechałem tylko rowerem. Była po prostu ładna pogoda i grzechem byłoby korzystać z innych środków transportu. Przecież jechałem na spotkanie grzybiarzy z całej Polski, a ludzie zbierający grzyby - to też ludzie, co są z przyrodą za pan brat. Nie ukrywam, że dodatkową motywacją (szczególnie na podjazdach) były dla mnie słowa Zenita, że jak przyjadę, to wezmę tylko prysznic i będzie na mnie czekać zimne piwo. Niby takie proste, a działa jak marchewka na kiju.

Po dotarciu do celu, w hotelu czekała już ekipa reprezentacyjna klubu Darz Grzyb. Gospodarzył oczywiście Wiesiek, od spraw artystycznych był Wafek, napoje kontrolował Borowik Ponury (tego wieczora nie był zbytnio ponury), a wszystkimi opiekowała się Maryjka - przecież świat bez kobiet by się po prostu rozsypał. Dodam jeszcze, że oprócz ciekawego towarzystwa i pełnej gastronomii, w pokoju imprezowym znalazł się akordeon Weltmeister, gitara z miękkim chwytem oraz niekończące się opowieści i anegdoty grzybowe (nie zabrakło też rozmów na inne tematy, przecież członkowie Klubu - to nie tylko mykolodzy!).

Sobotnie grzybobranie opóźniło się, ponieważ czekaliśmy na przybyszów z Kołobrzegu. Gdy Ela, Aśka, Paweł i Daniel dotarli do hotelu, z marszu ruszyli na grzyby, nie zważając na zmęczenie po 14-to godzinnej jeździe pociągiem. Wyprawa udała się, głównie za sprawą pieprzników trąbkowych i żółtych, były także prawdziwki, kozaki, ciekawe grzyby chronione (zebrane przez przypadek) i inne rzadkie okazy. Zupa (której reżyserem był Tadeusz) okazała się znakomita. Ania, która przyjechała na spotkanie przygotować relację dla Dziennika Polskiego, wyłowiła w pewnym momencie z miseczki kawałek grzyba i spytała się mnie, czy to jest muchomor czerwieniejący. Istotnie, pytanie było na miejscu, bo Zenit wcześniej wrzucił do gara parę tych okazów. Kto wie, może to właśnie one dodały smaku tej potrawie...

W niedzielę wyruszyliśmy już samochodami, przewodnikiem był Robert z Jordanowa. Ledwo zajechaliśmy na mały parking przy drodze, Wiesiek rozkazał nam szukać kozaków w przydrożnych brzózkach. Nie mylił się, grzybów było pełno - chyba nie było osoby, która by nie skosiła jakiegoś czerwonego łebka. Co ciekawe, przez te parę chwil znaleźliśmy więcej grzybów, niż w ciągu parogodzinnej wędrówki w głąb lasu - na pewno tak było w moim przypadku. Gdy wracaliśmy z Robertem samochodem z grzybobrania, na drodze stała zaparkowana znana nam czerwona fura. Parę metrów od niej z lasu wracał zadowolony Jurek, trzymając w ręku ogromnego kozaka. Jak nam potem powiedział, po prostu zatrzymał się, bo zobaczył ładne brzózki. To się nazywa spontaniczne grzybobranie...

Po południu zaczęła się fala odjazdów. Żegnaliśmy się zadowoleni z owocnego weekendu. Była piękna pogoda i wszystko się udało, jak trzeba. Bez względu na to, czy w przyszłym roku będą grzyby, jaka będzie inflacja i koniunktura - znowu spotkamy się, aby porozmawiać, rozpalić ognisko, napić się piwa i cieszyć się życiem. Do zobaczenia za rok!

Marek Teluk